poniedziałek, 2 września 2019

Pamiętamy - uroczystości 1 września w Strzelnie



Pamięć o wrześniu 1939 r. została nam zadana przez naszych przodków i stała się obowiązkiem kolejnego już pokolenia strzelnian czczenia ofiar II wojny światowej. W martyrologii tysiącletnich dziejów narodu polskiego był to czas największych ofiar. Wówczas zginęło nas 6 milionów obywateli. Jeszcze większa liczba poddana została niewolniczej pracy i totalnemu wyzyskowi. Wszystko to sprawili sąsiedzi zza zachodniej granicy - Niemcy spod znaku swastyki, do których 17 września dołączyli wschodni sąsiedzi - Rosjanie spod znaku sierpa i młota.

W 80 rocznicę wybuchu najokrutniejszej z okrutnych II wojny światowej, 1 września 2019 r. strzelnianie uczcili pamięć o tamtym dniu, latach zniewolenia i ludobójstwa. O godz. 11:30 w bazylice pw. św. Trójcy w Strzelnie odprawiona została msza św. w intencji Ojczyzny i pamięci poległych. Kulminacja obchodów rocznicowych miała miejsce pod Pomnikiem ku czci pomordowanych w latach 1939-1945 - ofiar II wojny światowej. Pod Pomnikiem przy ulicy Kolejowej zgromadzili się delegacje, poczty sztandarowe, mieszkańcy miasta i gminy wraz z władzami miejskimi i duchowieństwem. Pośród nimi byli: burmistrz Dariusz Chudziński z małżonką i dziećmi, radni z przewodniczącym RM Piotrem Dubickim, radny powiatowy Paweł Jankowski, proboszcz strzeleński ks. kan. Otton Szymków z wikariuszami, ks. Maciejem Korybalskim i ks. Danielem Leszczyńskim.

W niekonwencjonalnej, rekonstrukcyjnej scenerii pełnej eksponatów pamiętających działania wojenne honorowe miejsca zajęli harcerze z drużyny przy Szkole Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Jana Dałkowskiego. Ci młodzi ludzie przygotowani przez opiekunów: Aldonę Matuszak, Violettę Konieczną i Jacka Łuczaka, dali piękną i wzruszającą oprawę całej uroczystości. W montażu słownym wprowadzili zebranych w klimat tamtych ciężkich i okrutnych dni - dni wojny. Prowadzenie całej uroczystości spoczęło na tych młodych osobach, pięknie przybranych w mundurki harcerskie. Ich prezentacja, ich dusze artystyczne wywołały u wielu strzelnian wzruszenie.
Brawo opiekunowie, harcerze i dyrekcja. To nic, że były wakacje, dziatwa przygotowała się perfekcyjnie. Dziękujemy!

Oprawą montażu słownego był występ chórzystek z Chóru Harmonia. Panie przy wtórze zgromadzonych strzelnian zaśpiewały Hymn Polski oraz pieśń patriotyczno-religijną Boże coś Polskę. Po słowach modlitwy wypowiedzianych przez ks. kan. Ottona Szymków liczne delegacje, przy wtórze werbla, złożyły u stóp pomnika wiązanki kwiatów i zapalone znicze. Tegoroczne uroczystości - pięknie zaaranżowane i z udziałem nieformalnej grupy rekonstrukcyjnej, która zaprezentowała swoje zbiory z epoki w postaci dwóch motocykli, samochodu wojskowego i eksponatów kolekcjonerskich - na trwałe zapisała się w pamięci strzelnian.

Fotoreportaż w/g druha Heliodora  






















 





















piątek, 30 sierpnia 2019

Przed 5000 lat w Stodołach kwitło życie

Jest nadzieja, że po 12 latach sfinalizowane zostanie wydanie dawno temu napisanej książki o wsiach Stodoły i Stodóno. Znalazł się krąg osób zainteresowanych tym tematem i mniemam, że w przyszłym roku, a najpóźniej za dwa lata książka ujrzy światło dzienne. Ale te 12 lat w czasoprzestrzeni to nie był absolutnie czas stracony. W międzyczasie powstawały i drukowały się inne moje dzieła. W trakcie ich pisania i przy okazji kwerend trafiałem na kolejne informacje o Stodołach i Stodólnie, które wzbogaciły już zebrany materiał. Przykładem mogą być ostatnio wydobyte rewelacyjne informacje o początkach kolonizacji fryderycjańskiej, o funkcjonowaniu szkoły ewangelickiej, życiu kolonistów, ich zwyczajach i tradycjach oraz o widocznych i zapomnianych elementach wczesno-średniowiecznego i neolitycznego osadnictwa na tych ziemiach.

Mieszkańcy Königsbrunn przed karczmą Carla Hidebrandta, w czasach podróży Fritza Kempffa. 

Spisane one zostały w III ćwierci XIX w. (między latami 1853-1875) w kronice wsi i szkoły przez nauczyciela szkoły ewangelickiej Jana Bogumiła Schünke. Schünke zanim trafił do Koloni Stodoły (późniejszego Königsbrunn) był nauczycielem w Mierucinie, następnie od 1845 r. nauczycielem w szkole ewangelickiej w Kruszwicy, później w Rojewie. Tutaj trafił w 1853 r. Z jego zapisków dowiadujemy się m.in., że w obrębie dawnej Koloni Stodoły, na pograniczu z wsią Żegotki, a dokładniej w północno-zachodniej części Koloni Stodoły (współczesnego Stodólna) znajdował się Schwedenschanze - szwedzki okop, czyli pozostałość starego grodziska. Opisując to miejsce nauczyciel nadmienił, ze w okopie schronienie miały lisy i inne dzikie zwierzęta. Trawiaste i ozdobione wieloma kwiatami polnymi wnętrze ziemnego okola, latem stawało się pełnym wdzięku miejscem rekreacyjnym. Młodzi mieszkańcy koloni odwiedzali je, by tutaj bawić się i tańczyć. Podczas tych swawolnych zabaw koloniści śpiewali stare szwabskie pieśni ludowe. Jak pisał w kronice Schünke, nieco dalej na północ od grodziska znajdował się wielki megalityczny grobowiec, zwany przez miejscowych Kamiennym Garbem.

Zaplecze karczmy Hildebrandta - plac zabaw z świetlicą
 
Te informacje są dowodem na to, że w obrębie dawnej wsi Stodoły, w okresie funkcjonowania państwa Goplan znajdował się gród - miejsce warowne strzegące tutejszą ludność przed niecnymi zakusami ich wrogów. Mało tego, informując o megalicie przesuwa czas osadnictwa w obrębie wsi do neolitu, czasów kultury pucharów lejkowatych. Jej pozostałością był, niestety nieistniejący  już dzisiaj potężny grobowiec, zwany kopcem kujawskim (piramidą kujawską). Był to długi, bezkomorowy kopiec ziemny. Miał on kształt wydłużonego trapezu zbliżonego do trójkąta o szerokość podstawy od 6-15 metrów, długość od 40 do 150 metrów, a wysokość jego dochodziła do ok. 3 m. Obstawa grobowca zrobiona była z dużych głazów. W najszerszej części budowli, zwanej podstawą lub czołem grobowca, znajdował się pojedynczy zazwyczaj grób. Między grobem a kamieniami podstawy znajdowało się niekiedy sanktuarium - świątynia grobowa. Możemy domniemywać, że wzniesiony on został około IV-III tysiąclecia p.n.e. Zatem, śmiało możemy przypuszczać, że życie w obrębie wsi tętniło już co najmniej 5000 lat temu.

Gdzieś w zawierusze wojennej stara kronika wsi i szkoły, założona przez Schünkego, przepadła. W myśl starego powiedzenia, które mówi, że nic w przyrodzie nie ginie i po tej kronice ostał się ślad, w postaci skrupulatnie spisanego sprawozdania. A stało się to za przyczyną królewskiego inspektora okręgu szkolnego z Kępna Fritza Kempffa. Mianowicie, w 1906 r. trafił on do ówczesnego Königsbrunn, podróżujący po Kraju Nadnoteckim. Tę eskapadę odbywał powozem i jadąc ze Strzelna do Kruszwicy jego oczom ukazała się piękna, zadbana i wzorowo zorganizowana wieś kolonistów szwabskich. Zatrzymał się przed szkołą i poproszony w gościnę zabawił tutaj kilka dni. Przeczytał zapiski kronikarskie i zrobił z nich szczegółowe sprawozdanie, które następnie opublikował w niemieckojęzycznej prasie poznańskiej…

środa, 28 sierpnia 2019

Wielkie wydarzenia w maleńkim Książu




Wieś sołecka Książ w gminie Strzelno to zaledwie 12 posesji, z których 8 to gospodarstwa rolne. Mieszka tutaj zaledwie 41 ludzi i jest to najmniejsza wieś sołecka w gminie. Wjeżdżając do niej od strony Stodół trafiamy na krzyż przydrożny, który stoi w tym miejscu od niepamiętnych lat i po wielokroć był odnawiany. Ostatnia odnowa to zamiana z drewnianego na bardziej trwały metalowy znak wiary. Ci, którzy docierają tutaj - lub tylko przejeżdżają - z kierunków Sukowy i Rechta trafiają u skrzyżowania tych dróg, na gruntach wsi Książ na murowaną i ostatnio przebudowaną kapliczkę przydrożną. W obrębie gruntów wsi jest jeszcze jeden ciąg śródpolnych dróg, którego pierwszy odcinek łączy Książ przez wieś Janikowo z byłą parafią Polanowice oraz drugi - przez Starczewo z miastem Strzelnem. Te niby bez znaczenia drogi polne wpisane zostały w sieć największego pątniczego szlaku europejskiego Camino de Santiago - Drogi św. Jakuba. Prowadzi on do miasta św. Jakuba - Santiago de Compostela w północno-zachodniej Hiszpanii.

Drogi jakubowe, czyli odcinki szlaku, biegną niemal przez całą Europę. W Polsce istnieje kilka tras. Jedną z nich jest Drogę Polską, określaną również jako Camino Polaco, która przechodzi przez nasze województwo. Polska - począwszy od 2005 r. - wrócił do sieci pątniczych szlaków prowadzących do Santiago de Compostela. Nasz odcinek Camino Polaco swój początek bierze u granicy polsko-litewskiej w Ogrodnikach i przez Sejny, Suwałki, Olsztyn, Toruń, Gniewkowo, Parchanie, Kruszwicę, Polanowice dochodzi do Książa. Stąd przez Strzelno do Trzemeszna. Od tego miejsca zaczyna się Wielkopolska Droga św. Jakuba...

Widomymi znakami dawnego pielgrzymowania przez Strzelno są XVIII wieczne ślady jakubowe w mieście, a mianowicie: ulica św. Jakuba, relikwie Świętego w ołtarzu św. Krzyża i wielka rzeźba świętego umieszczona w południowej niszy fasady bazyliki św. Trójcy.





Ta maleńka miejscowość wraz z mieszkańcami parafii pw. św. Wojciecha w Stodołach i mieszkańcami okolicznych miejscowości przeżywała w sobotę 24 sierpnia doniosłą uroczystość. Związana ona była z upamiętnieniem bł. ks. Stanisława Kubskiego, którego biogram opublikowałem przed trzema tygodniami na blogu: 
https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2019/08/meczennik-spod-strzelna-bogosawiony-ks.html






Początek uroczystości miała miejsce w Książu, przy posesji nr 10. To w tym miejscu stoi dom, w którym urodził się 13 sierpnia 1872 r. bł. ks. Stanisław Kubski. Pomysł uczczenia błogosławionego kapłana tablicą pamiątkową zrodził się przed dwoma laty, podczas rozmowy sołtysa wsi Ryszarda Bednarskiego z mieszkańcem Grzegorzem Mateńko. Ciepło i z pełną aprobatą poparł to dzieło proboszcz stodolski ks. Robert Różański. Od pomysłu do czynu i wiosną tego roku zawiązał się komitet organizacyjny, w którego skład weszli: ks. Różański, sołtys Bednarski, członek RS Mateńko oraz pozostali członkowie rady sołeckiej. Jego skład poszerzony został o dyr. MGOKiR Pawła Gębalę, przewodniczącego RM Piotra Dubickiego i o mnie. Ogromne wsparcie sponsorskie sprawiło, że dzieło zostało sfinalizowane i można było uroczystość odbyć. Organizatorami wydarzenia byli burmistrz Strzelna Dariusz Chudziński, parafia pw. św. Wojciecha w Stodołach, sołectwo Książ oraz Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie.

Ulicę przed domem, w którym na świat przyszedł błogosławiony kapłan i przed którym umieszczono wielki głaz narzutowy wraz z tablicą pamiątkową, a także granitowy znak informujący o szlaku Jakubowym wypełnili mieszkańcy Książa oraz zaproszeni goście. Wśród nich byli: gospodarz gminy burmistrz Dariusz Chudziński, przewodniczący RM Piotr Dubicki, dziekan strzeleński ks. kan. Otton Szymków, proboszcz ks. Robert Różański oraz wicemarszałek Dariusz Kurzawa, wicestarosta Marian Mikołajczak; radni, Emilia Walkowiak, Ryszard Chudziński, Remigiusz Koprowski; sołtysi i delegacje okolicznych szkół i instytucji.




W środku stoi sołtys wsi Książ, główny organizator i motor napędowy dzieła upamiętnienia bł. ks. Stanisława Kubskiego.
Przy dźwiękach Orkiestry Dętej ze Strzelna, w asyście warty honorowej wystawionej przez druhów z OSP Stodoły tablicę pamiątkową odsłonił sołtys Ryszard Bednarski, po czym poświęcenia jej dokonał ks. kan. Otton Szymków. Następnie ja przybliżyłem sylwetkę błogosławionego oraz przekazałem informację o szlaku Jakubowym. Podczas uroczystości wicemarszałek Dariusz Kurzawa odsłonił też kamień Szlaku św. Jakuba. Po złożeniu wiązanek kwiatów pod obeliskiem z pamiątkową tablicą przez licznie zgromadzone delegacje, w parafialnym kościele pw. św. Wojciecha w Stodołach odprawiona została msza św. koncelebrowana, po której uczestnicy wydarzenia zaproszeni zostali przez organizatorów uroczystości na poczęstunek.


Zdjęcia zostały udostępnione przez Dom Kultury w Strzelnie (MGOKiR)


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

O siostrach, co Strzelno w świecie rozsławiały - cz. 3



Już na zakończenie opowieści o siostrach, które Strzelno w świecie rozsławiały dopowiem, że zanim wyjechały na tourne do Stanów Zjednoczonych zawojowały Polskę i Europę. Z wielkiej niegdyś kolekcji zdjęć - jak wspominał mi bratanek sióstr śp. Ryszard Fredyk - pozostało u niego zaledwie kilka. Dwa mi udostępnił, zanim trafiły do mnie zdjęcia z kolekcji jego brata Zbigniewa. Jedno przedstawia dziesięcioosobową trupę liliputów z ich dyrektorem na tle taboru cyrkowego. Drugie, ośmiu członków zespołu po występach w Lipsku – wówczas grupa zrobiła sobie zdjęcie pod potężnym Pomnikiem Bitwy Narodów znajdującym się na polach słynnej bitwy Napoleona pod Lipskiem w 1813 r. Jedną z ciekawostek przekazanych przez bratanka sióstr Ryszarda jest informacja, iż pieniądze sióstr Fredyk, pomogły dokończyć budowę odcinka drogi brukowej z Cienciska do Ostrowa. To sponsorowanie rodzinnej wsi uczyniły na apel miejscowego proboszcza ks. Kazimierza Lapisa, jako byłe parafianki.


Zofia, od prawej z bratem, bratową i bratankiem. Po lewej stronie widoczny narożnik willi - strzeleńskiego domu sióstr Fredyk przy ul. Kolejowej 9.

II połowa lat 30. Konigsberg - Królewiec w Prusach Wschodnich. Ślub Zofii Fredyk z Niemcem Hatscherem. Panna młoda 5. od lewej, 3. od lewek siostra Agnieszka. Zdjęcie wykonane w scenerii cyrkowej.

Zofia 5. od lewek przed wkroczeniem na ślubny kobierzec. 4. od lewej Agnieszka.

Agnieszka Fredyk.

Młoda Agnieszka Fredyk.

Agnieszka Fredyk.

Zofia Fredyk przed namiotem cyrkowym.

Zofia podczas przejażdżki lasami miradzkimi.
 Siostry Fredyk przed II wojną światową, w związku z wykonywanym zawodem większość czasu przebywały na terytorium Niemiec. W Królewcu w Prusach Wschodnich Zofia wyszła za mąż za Niemca Hatschera z Dusznik Zdroju, również liliputa. Jak podaje pasjonat Ziemi Kłodzkiej i właściciel prywatnego muzeum Dariusz Giemza z Kudowy Zdroju, małżonkowie w czasie wojny mieszkali w domu rodzinnym Hatschera przy ul. Słowackiego w Dusznikach Zdroju - Bad Reinerz. Ich willę przy  ul. Kolejowej 9 - w czasie wojny Von Colersstrasse 8 - zajął okupacyjny burmistrz Strzelna Hermann Siemund. Ciekawostką jest, iż willę przy Kolejowej wybudował mistrz murarski Wacław Fredyk, brat sióstr i mieszkającego w Strzelnie brata Franciszka. 



Pierwsza od prawek Agnieszka, obok niej Zofia.

3. od lewej Zofia, 5. Agnieszka.

2. od lewej Zofia, 4. Agnieszka.
 Wojna rozdzieliła siostry Zofia, jak wspomniałem zamieszkała w Dusznikach Zdroju, zaś o losie Agnieszki niewiele udało się ustalić. Wiadomo jedynie, że już pod koniec wojny Agnieszka, mieszkająca w Cottbus została aresztowana i osadzona w niemieckim obozie koncentracyjnym w Auschwitz. Na krótko przed zakończeniem wojny zmarła. Natomiast Zofia wraz z mężem po wojnie przenieśli się do Niemiec i tam osiedlili się na stałe. Zarząd nad strzeleńską posesją przejął miejscowy Zarząd Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej. Później dom wrócił w ręce Wacława Fredyka, który ze wspólnikiem odkupił willę, a następnie sprzedał kolejnemu właścicielowi.
Koniec opowieści

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Święto Koguta w Stodołach



Święto Koguta w Stodołach

Ot i wymyślili członkowie Stowarzyszenia „Stodoły“ święto, które - jak mniemam - zagości w całorocznym kalendarzu kulturalnym nie tylko stowarzyszenia, ale i naszego strzeleńskiego regionu. Dla wielu tajemnicze święto odkrywa swe karty programem, który organizatorzy zamieścili na powyższym plakacie. Jak wszystko, co ludowe okryte jest tajemniczą powłoką magii, tak i to święto dla wielu jest magiczne i pełne tajemniczości.

Chcecie tę tajemnicę rozwikłać?
- Przybywajcie w niedzielne popołudnie do Stodół!!!

Kogut w symbolice i ikonografii interpretowany jest na mnóstwo sposobów. Na czoło wysuwa się symbol nadejścia światła, czyli zwiastowanie początku dnia. Kto bywał u wujostwa na wsi, tego skoro świt budziło pianie koguta (kogutów).

Od czasów antycznych oznaczał czujność i przezwyciężenie ciemności. W różnych mitologiach kogut budził bogów i sprowadzał słońce. Kogut służył również jako zwierzę ofiarne. Ale to, co nas najbardziej interesuje to nasz krąg kulturowy, pośrodku którego bryluje kogut. Dawniej w chrześcijaństwie kojarzono koguta z czarną magią i elementem kropienia, kąpania się i mazania kogucią krwią. Formę czarnego koguta przybierały potępione dusze, strachy i demony. Wielki, czarny kogut miał służyć za wierzchowca diabłów, czarownic i czarodziejów. Istnieje motyw podróży na kogucie, tak podróżowali doktor Faust i nasz legendarny Twardowski.

W polskiej kulturze był to symbol płodności, dlatego w pochodzie dożynkowym na przedzie szły kobiety z wiankami i przytwierdzonymi doń kogutami. Kogut piejący miał zwiastować urodzaj, zaś kogut próbujący uciec i odmawiający ziarna miał zapowiadać nieurodzaj i szkody w gospodarstwie. W Polsce istniał również zwyczaj chodzenia z kogutkiem, czyli tzw. „kurem dyngusowym”. Obchodzono zwłaszcza domy młodych dziewcząt. Kawalerowie, zamiast nieść kurka, mogli również przebrać się za koguta. Na weselnych kołaczach umieszczano kogutki z ciasta lub wyobrażenia tych ptaków, a podczas przyjęć podawano rosół z koguta lub pieczeń z koguta, która rzekomo miała wzmagać potencję. Koguta wkładano również pod łoże małżeńskie.

W podaniach góralskich, pianiem kogut zwiastował szczęśliwą podróż; pianie w progu zapowiadało nadejście gości, pianie trzykrotne śmierć lub pożar - stąd wzięło się określenie pożaru - czerwony kur strawił stodołę, domostwo lub całe obejście. Kogut czerwony symbolizował pożar, a określenie „puścić koguta” oznaczało podpalenie. Długotrwałe pianie kury (zwłaszcza czarnej) albo koguta uprzedzało nadchodzącą śmierć. Wierzono również, że sen o kogucie zwiastuje narodzenie się chłopca. Długotrwałe pianie miało oznaczać deszcz. Według przysłowia „kogut pieje na grzędzie, jak było, tak będzie”, miał on zapowiadać utrzymanie się pogody.

Na Śląsku wierzono, że kogut piejący podczas spacerowania zapowiada słoneczną pogodę. Sądzono, że tarzanie się w piasku kur i kogutów zapowiada zmianę ciśnienia i nadejście deszczu lub mrozu. Mnóstwo wierszy, piosenek i przypowieści o kogucie towarzyszyło naszym przodkom, dlaczego nie ma i nam towarzyszyć?

W imieniu organizatorów zapraszam wszystkich w niedzielne popołudnie do Stodół na Święto Koguta - oj będzie się działo, będzie…!!!  

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Jeden miesiąc z życia Strzelna - sierpień 1912 roku



Działo się to 40 lat przed moim przyjściem na świat. Ojciec mój miał wówczas 6 lat, a mama miała przyjść na świat dopiero za 14 lat. Sierpień 1912 r. był niezwykłym miesiącem na przestrzeni lat minionych, jak i lat przyszłych. Ponadprzeciętnymi były, po upałach, opady deszczu, co rusz przeszkadzające w żniwach i powodujące spore opóźnienia w zbiorach. Był to miesiąc również niezwykły dla strzelnian, wówczas reprezentowanych przez trzy nacje: polską, niemiecką i żydowską. Powiat strzeleński liczył wówczas 30 109 Polaków i 7 437 Niemców (w tym i Żydów). Królewska Komisja Kolonizacyjna posiadała w powiecie 6 400 ha, czyli 10,4% własności ziemskiej. Trwały przygotowania do urzędowego wywłaszczenia dóbr ziemskich Dobsko, należących do Mieczysława Zabłockiego. Trwały przygotowania do kolonizacji Bławat, Młynic, Kijewic i Wronowych (czy jak kto woli: Wronowów).

Już z nastaniem sierpnia miejscowa prasa polska ostrzegała przed Mittelstandskassą, która była bezwzględną w odzyskiwaniu kredytów udzielonych na zakup gospodarstw rolnych. Przedstawiciel tej kasy przybył do Strzelna, by pozyskać kredytobiorców wśród miejscowych włościan. Mało tego od jednego z mieszkańców Stodół miał przejąć gospodarstwo za nie wywiązanie się z umowy kredytowej. Ziemia ta miała trafić w ręce niemieckie. Mimo propagowania hasła „Swój do swego” dziedzic na Jaworowie, Mrówczyński spalone w maju budynki folwarczne ponoć zlecił budowniczemu Niemcowi, zamiast Polakowi. Przy okazji prasa pod jego adresem „wygłosiła” moralitet o godności narodowej. W kilka dni później, 9 sierpnia gazeta prostuje swoją informację pisząc, że to polski budowniczy Twardowski ze Strzelna ma zlecenie i odbudowuje spalone Jaworowo. Podobnie, jak współcześnie i wówczas nie przeproszono oskarżonego o sprzeniewierzenie się Niemcom dziedzica Mrówczyńskiego. Ot praktyka dziennikarska uprawiana od dawien dawna, a może jeszcze dłużej.


W połowie sierpnia do mieszkańców Strzelna dociera niesamowita informacja. Otóż, linią kolejową relacji Inowrocław – Kruszwica – Strzelno – Mogilno przejechał próbny pociąg motorowy. Pędził go motor elektryczny. Wynik próby na razie nieznany, nie wiadomo też, czy rzeczywiście na stałe zaprowadzone zostaną pociągi motorowe, obok zwykłych. W każdym razie spodziewać się mamy większej liczby pociągów na owej linii i to od półrocza zimowego (DK, 1912, nr 189). Niesamowite, pociąg z napędem elektrycznym - chyba na baterie? Wówczas nie było mowy o trakcji elektrycznej. Niesamowite i to dlatego, że pierwszy w Polsce pociąg elektryczny uruchomiono dopiero w 1927 roku na trasie Warszawa – Grodzisk Mazowiecki. Ale Strzelno było wówczas w Cesarstwie Niemieckim.   

Pierwszy powiatowy szpital w Strzelnie przy ówczesnej ul. Młyńskiej, w którym zainstalowano aparat  Roentgena
Podobnie niezwykła informacja pochodzi również z sierpnia 1912 roku. W strzeleńskim lazarecie (szpitalu powiatowym) po raz pierwszy zamontowano aparat Roentgena. Korzystać z niego mogły również osoby nie przebywające w lazarecie. Ustalono cennik i tak prześwietlenie kosztowało 5 marek, zdjęcie fotograficzne za pomocą owych promieni 3-15 marek, w zależności od wielkości zdjęcia. Była to wówczas bardzo droga metoda do określenia diagnozy. Oto jak reklamowano owe tajemnicze urządzenie: Prześwietlenie ważne oddaje usługi, jeżeli w ciele znajduje się kawałek jakiegoś metalu, jak igła itd. Za pomocą tych promieni badać można serce i żołądek. Także początki piersiowych chorób łatwo można rozpoznać, gdyż chore płuca, a raczej miejsca w nich objęte np. gruźlicą, odróżniają się ciemnemi plamami na fotografii (DK, 1912 nr 194).

Jest to kolejne odkrycie w kategorii pionierskich w naszym mieście ciekawostek technicznych. Tym cenniejsze, że dokumentuje tradycje szpitalnicze Strzelna - szpitala, na który współcześnie maja chrapkę decydenci powiatowi. Ale dzisiaj nie o polityce, zatem kolejna sensacyjna informacja, która wyjaśnia nam dotąd tajemnicze pochodzenie słynnego kamiennego młotka ze Strzelna. Otóż w sierpniu 1912 r. w lesie miradzkim znaleziono skorupy urn upiększonych kreskami i zygzakami, poza tym młot kamienny z rowkiem i zaokrąglony kamień (prawdopodobnie element żarna). Przedmioty posłano do niemieckiego muzeum w Poznaniu (DK. 1912 nr 195). Znalezisko zostało zapisano, jako strzeleńskie, tymczasem dowiadujemy się, że dotyczy ono jakiejś bliżej nieokreślonej części lasów w Nadleśnictwie Miradz. Osobiście jestem skłonny przypuszczać, że chodzi o miejsce, na którym zlokalizowane są megality - grobowce sprzed 5 tys. lat, czyli las na Szyszkach. Pisałem o megalitach i kurhanach przed rokiem 17 lipca 2018 r. na blogu: https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2018/07/strelnopolis-mityczne-miasto.html


I ostatnia ciekawa informacja o odejściu landrata powiatu strzeleńskiego i uroczystym obiedzie na jego cześć. Tym landratem czyli radcą ziemiańskim - starostą był Max Friedrich Wilhelm Robert Hausleutner, który stanowisko objął w z początkiem 1903 roku, zaś odszedł w sierpniu 1912 r. na stanowisko tymczasowego zarządcy nad powiatem bydgoskim. Nie byłoby w tym wydarzeniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie ów obiad pożegnalny, za który każdy z uczestników musiał zapłacić z własnej kieszeni 4,50 marki. Widać, że spodziewano się samych mężczyzn, gdyż określając ubiór uczestnika zaznaczono, by ów przybrał frak. Stosowne zaproszenie podpisali: burmistrz Philipp Herrgott, nadleśniczy z Miradza Otto Heym - przywódca strzeleńskiej Hakaty, Maksymilian Hinsch właściciel Lachmirowic oraz polscy ziemianie Władysław Mlicki z Ostrówka, Władysław Pętkowski z Kuśnierza i dr Juliusz Trzciński z Ostrowa nad Gopłem.

I tyle spostrzeżeń i refleksji historycznych z sierpnia 1912 r.

środa, 7 sierpnia 2019

Spacerkiem po Strzelnie - cz. 52 Ulica Świętego Ducha - cz. 8



Dzisiaj ostatnia część opowieści o kamienicy przy ul. Świętego Ducha 6, która kończy opowieść o rodzinie Strzeleckich. Zawiera ona również dwie ciekawe anegdoty, do których zapoznania zapraszam czytelników. 
Kolejny z rodzeństwa, Jan Strzelecki był postacią równie niezwykłą, co pozostali. Otóż Jan urodził się 10 maja 1904 r. i był najstarszym z rodzeństwa. Nauki pobierał w elitarnej, jak na owe czasy, Wydziałowej Szkole Koedukacyjnej w Strzelnie, która mieściła się w obecnym budynku Przedszkola nr 1. Po jej ukończeniu w 1918 r. podjął się nauki w „rodzinnym" fachu, czyli zegarmistrzostwie. Pobierał je u znanego strzeleńskiego zegarmistrza Ignacego Latosińskiego. Po zdobyciu stosownych kwalifikacji przeniósł się do Torunia. Z miastem tym związał się do końca swego żywota. Tam razem z innym strzelnianinem, p. Marianem Wojciechowskim, otworzyli wspólny interes zegarmistrzowsko-jubilerski. Oboje słynęli z tego, że byli niezwykle eleganckimi i rozrywkowymi mężczyznami. Humor obojga nigdy nie opuszczał. Pewnego razu sprowadzili na skład kosztowną biżuterię, w tym broszę z brylantami. Jakoś trudno było im się tego ostatniego cacka pozbyć, gdyż cena 2 tysiące złotych - nieco wygórowana - odstraszała ewentualnych nabywców.

Z białym kołnierzykiem na wierzchu Jan Strzelecki, jako uczeń zegarmistrzowski - trzeci od prawej.
 W jeden z dni targowych sklep ich odwiedziła pewna elegancka podtoruńska ziemianka, w towarzystwie dystyngowanego męża. Oboje poszukiwali prezentu dla lada dzień wychodzącej za mąż córki. Miała to być kolia, jednakże wuj Jan zaoferował państwu pyszną broszę iskrzącą ogniami brylantów i platyny, w którą kamienie były oprawione. Potencjalni nabywcy poczęli głośno dyskutować, a z głosów dawało się wyczuć, iż tylko znaczna obniżka ceny skusi ich do jej nabycia. Nie zdzierżył tej rozmowy siedzący na zapleczu, w warsztacie, przy naprawie zegarka, pan Marian. Wyciągnął z szafy niedzielny frak, melonik i laskę ze srebrną rączką, wrzucił wszystko na siebie i tylnym wejściem, przez korytarz, wszedł zamaszyście do sklepu. Wywijając laseczką, przemierzał sklep wzdłuż oszklonej lady, przyglądając się  ekspozycjom z biżuterii. Nagle podszedł do konwersujących ze sobą małżonków i niechcący spytał się sprzedawcy - swego kolegi Jacha, jak zwykli wszyscy nazywać wujka Strzeleckiego - A ileż to cacko uczyni? Na, co kłaniający się wuj odpowiedział: - 2 tysiące złotych! - Ile? Z niedowierzaniem powtórzył pytanie. - 2 tysiące złotych! Powtórzył z naciskiem i lekkim uśmieszkiem ofertę cenową wuj Jachu. - Przepraszam! Zwrócił się tym słowem pan Marian do potencjalnych nabywców. - Czy państwo nabywacie broszę? Ci, nieco skonsternowani, poczęli z wahaniem zaprzeczać, że raczej nie. Wówczas pan Marian wyciągnął zza fraka pękaty portfel i radośnie oznajmił: - Właśnie wracam z Warszawy i tam identyczną nabyłbym, lecz zabrakło mi gotówki w kwocie 500 złotych, gdyż ta warszawska brosza, pomimo, że identyczna karatami do tej pańskiej kosztowała aż 3 tysiące, dlatego tej okazji nie przepuszczę. Usłyszawszy te słowa małżonkowie natychmiast twierdząco oznajmili, że to oni byli pierwsi i są gotowi bez zbędnych targów dać te 2 tysiące złotych. Wówczas wuj spakował broszę, skasował klientów i kłaniając się odprowadził zadowolonych małżonków do samych drzwi. Przy tym zwrócił się do rozżalonego klienta - pana Mariana z zaplecza, - iż niech tenże poczeka, a on mu poda podobną broszę, lecz o 500 złotych droższą. Kiedy dzwonek na drzwiach oznajmił, że nabywcy wyszli ze sklepu, obaj panowie parsknęli śmiechem, przypadli do siebie i chwyciwszy się pod łokcie odtańczyli taniec radości. Ponoć na tym interesie zarobili 500 złotych. Od tego też czasu na podobny chwyt złapali kilkudziesięciu klientów. Tę anegdotę opowiedział mi sam pan Marian Wojciechowski.


Z białym kołnierzykiem na wierzchu Jan Strzelecki, jako uczeń zegarmistrzowski - trzeci od prawej.
 Kiedy wuj Jachu zmarł, dostał mi się po nim piękny zestaw srebrnych łyżeczek do kawy, pięknie grawerowanych przez wuja w liście i żołędzie dębu. Dała mi go moja matka chrzestna na prezent ślubny w 1975 r., ciocia Stefka z domu Przybylska, żona wujka Mariana Strzeleckiego, który jak wiecie był przecież bratem wuja Jacha. O samym wujku Marianie, piątym z rodzeństwa pisałem już wielokrotnie.

Z kamienicą Muszyńskiego związana jest ciekawa anegdota, która oparta na faktach rozegranych w latach 90-tych XX wieku, zasługuje na odnotowanie. Otóż, o tym, że w piwnicach tej kamienicy znajdowały się ogromne zapasy win, koniaków i likworów francuskich, świadczą zachowane jeszcze po dzień dzisiejszy regały na ich leżakowanie. Opowiadał mi o nich Pan Ryszard Jaroszewski, a potwierdza tę opowieść chociażby reklama z 1910 r. Zaś wydarzenia, z których zrodziła się ta anegdota miały miejsce w połowie lat 90-tych minionego stulecia.

Na zapleczu posesji od strony ulicy Michelsona, w ogrodzie należącym do tejże parceli, ekipa z Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, która to firma w tym czasie administrowała nieruchomością, usuwała awarię wodociągową. By dostać się do uszkodzonej rury robotnicy dokonali odkrywki ziemnej. W trakcie tychże prac, nagle spod łopaty jednego z kopaczy dało się usłyszeć dziwny brzęk tłuczonego szkła. Po chwili z miejsca tego wypłynęła gęsta galaretowata ciecz o kolorze w odcieniach brązu. - Kie licho? Zagadnął kopiący. - Ostrożnie, ostrożnie! Rozgarnij łopatą! Rzekł towarzyszący mu kolega.

Po chwili padł kopiący na kolana i począł z ziemi wyciągać pękate butle, pełne jakiejś substancji, z mocno zalakowanymi szyjkami. - Stefan, toć to chyba gorzała! Zduszonym głosem jęknął kopacz. - Dawaj po kolei, zobaczymy. Tak wydobyto kilkanaście butelek i skrzętnie ukryto na pace wózka akumulatorowego. Stefan otworzył jedną butelkę, powąchał i syczącym głosem wyszeptał: - Toć, to wino. Zobacz, jakie gęste, sama galareta. Robotnicy szybko zwinęli żagle, sprawdzając jedynie, czy nie ma więcej flasz w ziemi. Pośpiech zapewne spowodował, iż niezbyt dokładnie wykop zbadali. Szybko też udali się do domu, by ukryć znaleziony skarb. Wkrótce też, dla niepoznaki wrócili i awarię usunęli, zakopując na końcu wykop.

Po pewnym czasie wiadomość, jakimś trafem dotarła do dyrekcji ZGKiM, ale obyło się jedynie na wspomnieniu wspaniałych smaków i mocy znalezionych trunków, gdyż poza winem był tam też likworek znamienity. Jeno opisowy smak cudownych napojów mogli przekazać, gdyż butelki opróżnione na wysypisko wywieźli. A pili chłopcy, pili, ponoć cały tydzień urlopowali, by pokonać moc znaleziska. Zaś, co się tyczy całego ogrodu, to zapewniam państwa, że niejedna skrzynia z pękatymi flaszami w jego głębi się znajduje, gdyż najlepszą metodą na dojrzewanie win, koniaków i likworów jest ich skrycie w chłodnej i wilgotnej otchłani, co przodkowie nasi czynili.

Nie jest to odosobnione zjawisko, kiedy strzelnianie znajdowali w swych ogrodach skarby ukryte przez przodków. Słyszałem, że nawet można znaleźć, hen głęboko w ziemi stare wecka z zaprawami, gdzie zamiast kiełbas spoczywają rulony banknotów: złotówki i dolary, a nawet brzęczące dwudziestodolarówki w złocie i pięcio, dziesięcio i dwudziestomarkówki z Wilusiem...