środa, 13 stycznia 2021

Obóz - stalag X jeńców angielskich w Strzelnie

Czy okres II wojny światowej w Strzelnie i okolicy kryje wiele tajemnic? Ostatnio modne stało się pisanie artykułów o krzykliwych tytułach mówiących, o odkrywaniu tajemnic, nieznanych faktów, o „skarbach“ itd., itp. A przecież, wiele z tych odkryć to tylko wyciągnięcie na światło dzienne faktów, które wielu z mieszkańców zna z autopsji, opowiadań ludzi starszych, czy z niegdyś przeczytanych lub widzianych, a dziś rozproszonych dokumentów, opisów, notatek. W moim życiu penetrując biblioteki, archiwa, zbiory prywatne; prowadząc rozmowy, korespondencje, wywiady i słuchając opowiadań wszystko, co znalazłem lub o czym mi opowiedziano, a dotyczyło mojej małej ojczyzny starałem się zapisać. Dzięki tej skrupulatności zapisałem kilkanaście tysięcy stron, które składają się na kilkaset artykułów i kilkadziesiąt książek.

Przez cały kilkudziesięcioletni okres twórczy starałem się dokumentować okres II wojny światowej. Trafiałem na informacje, które do dziś nie zostały przeze mnie upublicznione, jak chociażby o strzelnianach, którzy przeszli na stronę okupanta, tzw. Volksdeutsche. Wystarczy powiedzieć, że w okupacyjnym powiecie mogileńskim było 6134 mieszkańców, którzy zapisali się dobrowolnie na  Deutsche Volksliste. Trzeba jednak pamiętać, że dokonywali tego tylko ci, w których po przodkach płynęła krew niemiecka. Ale przejdźmy do tematu tytułowego, czyli do obozu jeńców angielskich, założonego w Strzelnie przez okupanta niemieckiego.

Wiedzę o obozie zaczerpnąłem z kilku źródeł, a wszystko zaczęło się jeszcze w latach młodzieńczych. Wówczas starsi mieszkańcy przy różnych okazjach napomykali o funkcjonowaniu takiej jednostki na strzelnicy Bractwa Kurkowego, czyli pomiędzy ul. Sportową i stadionem oraz przy ul. Powstania Wielkopolskiego nr 2. W latach 80. minionego stulecia opowiedział mi o tym miejscu śp. Franciszek Krzewina. Podczas spotkania braci strażackiej opowiedział mi, że w czasie okupacji pracował w firmie budowlanej Niemca Bruno Küchla, jako dekarz. Jednego z letnich dni, a było to po żniwach w 1941 roku, smołował dach szpitala. Wówczas zauważył lądujący pomiędzy nowym cmentarzem a Laskowem samolot. Były to późne godziny popołudniowe i kiedy samolot wylądował z pobliskiego stogu ze zbożem wyskoczył jakiś człowiek, błyskawicznie podbiegł do maszyny i wsiadł do niej. Samolot natychmiast wystartowała kierując się na południowy-zachód. Kiedy dekarz wracał z pracy, zauważył ogromne poruszenie w obozie jenieckim, a nazajutrz dowiedział się o rzekomej ucieczce jednego z jeńców. Musiała to być jakaś ważna osobistości, którą stąd ewakuowano samolotem do Anglii.

Strzelno. Rynek, pierzeja północna - przed Arbeitsamtem (okupacyjnym Urzędem Pracy)

 Wiele ciekawych informacji o obozie usłyszałem z ust śp. Gwidona Trzeckiego oraz Alojzego Kluczykowskiego, który przed miesiącem potwierdził mi te fakty. Nadto o funkcjonowaniu obozu dowiedziałem się ze strzeleńskiej Kroniki Poczty Polskiej. Ale najbardziej konkretne informacje uzyskałem z Pamiętnika Urszuli Firyn, pisanego od 1 września 1939 roku do października 1940 roku. Został w nim spisany również dzień zakończenia okupacji niemieckiej Strzelna oraz kolejne dni do 31 stycznia 1945 roku. Ten ostatni zapis dokonała pani Urszula 4 lutego 1945 roku. Drugim jeszcze konkretniejszym źródłem funkcjonowania obozu jenieckiego jest karta ewidencyjna jednego z jeńców, którą otrzymałem od jego wnuka z Anglii, a która została sporządzona już po powrocie Anglika do kraju [General Questionnaire For British \ American Ex Prisoners OF - Ogólny kwestionariusz dla brytyjskich i amerykańskich byłych więźniów].

Autorka Pamiętnika Urszula Firyn
 

Zacznijmy od Pamiętnika. Zawarte w nim informacje są ze wszech miar bezcenne, a to ze względu na autentyzm i potwierdzenie wydarzeń, o których dotychczas mięliśmy niewielką, wręcz mglistą wiedzę. Otóż, odnotowała ona pod datą 6 września 1940 roku (piątek), że wieczorem Niemcy przywieźli do Strzelna 30 Anglików z lagru z Szubina. Umieścili ich w byłym garażu na vis a vis magistratu [obóz ten mieścił się w zabudowaniach państwa Latosińskich przy ulicy Powstania Wielkopolskiego 2]. Położenie niewygodne. Nie będzie można podawać żywności. Sami młodzi ludzie. Zatem mamy konkretną datę początku funkcjonowania stalagu, czyli obozu dla szeregowych żołnierzy. Dnia następnego Urszula Firyn napisała: Sobota. Przechodziłam koło „lagru”. Burmistrz i policjanci przyglądali się Anglikom, tak jak handlarz patrzy na nowo nabyte bydło. Ci Niemcy to jednak nie tylko podły ale i głupi naród. Z kolei w niedzielę zapisała: Dziś były aż 3 pogrzeby. Na jednym byłam też z Bożeną. Na szczęście my szłyśmy trochę później i nic nam się nie stało, ale dużo ludzi stało koło szpitala czekając na pogrzeb i niektórzy przy tej okazji przyglądali się Anglikom. Niemcom naturalnie zdawało się, że oni chcą Anglikom rzucać tytoń i wszystkich wsadzili do „niewoli” zapowiadając tą niewolę na pół godziny ale po 5-ciu minutach wszystkich rozpuścili

11 września w środę Urszula Firyn zapisała w Pamiętniku:

Rano jak zwykle poszłam do ogrodu po warzywo (przy ul Gimnazjalnej za mleczarnią, przy boisku szkolnym i sportowym. Patrzę kto jest na boisku obok - Anglicy. Jeden pewno sądził, że mam jakąś paczkę i kręcił się koło płotu. Było mi bardzo przykro, że nic nie mam, ale za chwilę poszłam do ogrodu z tytoniem i z masłem. Udało mi się to podać. Byłam jednak mocno zdenerwowana. Bo a nuż, widelec, a kto widział i mnie zadenuncjuje to będzie za to paka. Wczoraj ogrodnik od Lechelta też podawał Anglikowi papierosy i wsadzili go na 2 miesiące. Ostatecznie jakby nic więcej jak 2 miesiące więzienia to ja też wytrzymam. Jednak żeby się zbyt nie narażać postanowiliśmy jakoś tę akcję zorganizować i zrobiłyśmy tak. Ciocia M. Fiebieżanka napisała mi po angielsku, że na tym miejscu zawsze będzie leżała paczuszka, tylko trzeba ją trochę szukać. Jutro tę kartkę podam.

Nazajutrz 12 w czwartek: Kartkę, chleb i tytoń szczęśliwie podałam. Następnego dnia: - Jak zwykle położyłam paczuszkę, ale jak poszłam wieczorem zobaczyć, paczka jeszcze leżała. Nie wiem czy ten istny kartki nie zauważył, czy paczki nie znalazł… Michał (pracownik mleczarni) poda mu tę paczkę jutro

Ostatni raz o Anglikach napisała 7 listopada 1940 roku w czwartek: - Już parę razy widziałam Anglików jak szli do opatrunku. Dzisiaj znowu ich widziałam. Jeden biedak nie miał jeszcze czapki i szedł w jednym bucie i w jednym ciżmie drewnianym. Jeden miał widocznie złamaną rękę, bo niósł ją na temblaku. Biedacy oni.

Obóz jeniecki - stalag X Strelno to współczesna posesja nr 2, zaś część ze strażnikiem, to rewir administracyjny, czyli posesja nr 4. W głębi pod budynkiem widocznych jest 17 jeńców, którzy wypoczywają. Po drzewach w tle i krótkich rękawach jeńców możemy określić, że jest wiosna. Padający cień dobitnie wskazuje godziny południowe: 12-13, chyba niedziela, gdyż ludzie ci nie posiadają przy sobie żadnych narzędzi. Niewiadomo w jakim roku to zdjęcie wykonano, dlatego należy przyjąć przedział czasowy 1941-1942. Jeden z osadzonych, siedzący na wprost lewego frontowego okna, gra na akordeonie. Zapewne kilku więźniów zasłania jeszcze strażnik, czyli możemy domniemywać po wielkości budynku i sfotografowanych, że przetrzymywanych w tym obozie było ponad 20 aliantów. 

 

Bezcennymi danymi o obozie - stalagu strzeleńskim są te, które zostały odnotowane w kwestionariuszu dla brytyjskich i amerykańskich byłych więźniów. Otóż, jednym z jeńców przetrzymywanych w strzeleńskim stalagu był Ronald Sleinley. W cywilu był szewcem i mieszkał w 35 Crusoe Road Mitcham Surrey (współcześnie jest to część Londynu). Jako żołnierz brytyjski w stopniu szeregowca służył w 48 Dywizji Piechoty (Oxfordshire and Buckinghamshire Light Infantry). Do niewoli niemieckiej dostał się 30 maja 1940 r. pod Cassel. Stamtąd trafił do stalagu XXI B w Szubinie, a stamtąd w styczniu 1941 r. do stalagu X w Strzelnie, gdzie przebywał do maja 1941 r. Ronald Sleinley w swojej ankiecie podał, że w tym czasie pracował jako szewc. Z relacji Alojzego Kluczykowskiego, a także Gwidona Trzeckiego wiadomym jest, że część jeńców miała zatrudnienie u rzemieślników strzeleńskich, w tym u szewców. Ze Strzelna został przeniesiony do stalagu XX B Willenberg - Malbork.

Kwestionariusz jeńca wojennego Ronalda Sleinleya przebywajacego w stalagu X Strelno

O istnieniu stalagu dowiadujemy się również z kroniki placówki Poczty Polskiej w Strzelnie. Jeden z pracowników przedwojennej załogi Urzędu Pocztowego, Ludwik Gałęzewski - według relacji jego syna Bogusława - przez całą okupację był brygadzistą w tymże obozie. Gałęzewski został zmobilizowany w sierpniu 1939 r. i w wyniku działań wojennych dostał się do niewoli sowieckiej. Przebywał m.in. w Smoleńsku. Po zawarciu porozumienia między okupantami dostał się do Wiednia, a stamtąd w połowie stycznia 1940 r. powrócił do Strzelna. Jak wspominał syn Bogusław, ojciec Ludwik był brygadzistą w obozie jeńców angielskich w Strzelnie.

 Grupa jeńców angielskich, którzy z zawodu byli mechanikami zatrudniona została w warsztatach znajdujących się w adaptowanym do tego celu basenie kąpielowym na strzelnicy Bractwa Kurkowego (przy obecnym stadionie miejskim). W obozie znajdowało się kilkudziesięciu jeńców. Nadzór nad nimi sprawowali Niemcy, którzy zatrudniali również, jako brygadzistów Polaków - mechaników. Jeńcy ci otrzymywali paczki żywnościowe z Czerwonego Krzyża oraz od rodzin z Anglii. Na miejscu znajdowała się kuchnia i pralnia, którą obsługiwały miejscowe Polki. Jeńcy angielscy wykonali również roboty ziemne na gruntach pomiędzy strzelnicą, basenem a nowym cmentarzem pod korty tenisowe. Ich kolejną pracą była budowa pełnowymiarowego stadionu piłkarskiego z funkcjami lekkoatletycznymi. Niestety stadionu z braku siły roboczej nie dokończono, gdyż jesienią 1942 r. obóz zlikwidowano. Teren zarósł chwastami i samosiejkami, zaś do pomysłu lokalizacji stadionu w tym miejscu wrócono dopiero po kilkunastu latach, w połowie lat 50.

Jak wspomina Alojzy Kluczykowski: Na zakończenie pobytu, jeńcy angielscy rozegrali na kortach tenisowych mecz piłkarski z młodzieżą niemiecką, przebywającą na paramilitarnym obozie szkoleniowym w Strzelnie. Zabudowania obozowe kandydatów na żołnierzy Wehrmachtu znajdowały się pomiędzy parkiem dworskim w Strzelnie Klasztornym a ul. Powstania Wielkopolskiego. Pamiętam, że mecz zorganizowany był z wielką pompą, i że odbył się z udziałem mieszkańców Strzelna. Wygrała go chyba drużyna Deutschbundu – opowiedział mi Alojzy Kluczykowski. Nazajutrz obóz został zlikwidowany 

Już na zakończenie dopowiem, że po zajęciu Strzelna przez Niemców we wrześniu 1939 r. na strzelnicy Bractwa Kurkowego urządzili oni obóz dla strzelnian. Miejscowi miejsce to nazywali „Bereza“. Pierwszymi więźniami tego obozu byli miejscowi Żydzi, których stąd wywieziono do getta łódzkiego. Następnie, tutaj przetrzymywano Polaków, np. 11 listopada 1939 r. Niemcy obawiają się buntu ze stro­ny Polaków z okazji święta na­rodowego uwięzili na strzelnicy wielu mężczyzn ze Strzelna i okolicy. Strażnikami byli sami miejscowi Niemcy. Tutaj przetrzymywano zakładników i zatrzymanych polaków, których następnie rozstrzelano na Kopcach i w lesie Babiniec - Amerykan pod Cienciskiem. Stad również wywożono wysiedleńców do generalnej Guberni. Ta gehenna strzelnian w „Berezie“ trwała do czerwca 1940 r., po czym miejsce to zamieniono na obozowe warsztaty pracy dla jeńców angielskich przetrzymywanych w stalagu X przy ul. Powstania Wielkopolskiego 2.

 

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Strzeleńscy taksówkarze

 

Taksówka Eliszewskiego i jej kierowca

Zacierającą się kartą historii naszego miasta są strzeleńskie taksówki. Kto z ciut starszych nie korzystał z tego popularnego do lat 90. minionego stulecia środka transportu? Myślę, że chyba większość mieszkańców miasta i gminy, skoro w latach 80. sznur taksówek niemalże oplatał Rynek. Ostatnim weteranem z tamtych lat świadczącym usługi transportowe był Zdzisław Adamczyk. Po nim pojawił się taksówkarz z Inowrocławia, ale czas pandemii zrobił swoje…

Taksówki przy pierzei południowej Rynku

W dziedzictwie  kulturowym uprawianego przez 90 lat zawodu taksówkarza znalazło się wiele anegdot, które po latach umykają z naszej pamięci. Jedną z nich były wizyty pewnego inspektora w Strzelnie, którego fantazja nie znała granic. Po każdej zakończonej korzystnym protokółem kontroli i sutym opiciu tego faktu wracał ów do Inowrocławia trzema taksówkami. W pierwszej jechał on, w drugiej jego teczka, zaś w trzeciej kapelusz jegomościa. Inna anegdota opowiadała o zaokrąglaniu rachunku, którą autentycznie i ja przeżyłem. Otóż, p. Adam po przywiezieniu mnie i kolegów z pewnej imprezy oświadczył, że nie ma drobnych i w zamian obwiezie nas wokół Rynku na dwóch kołach. I tak też się stało, że za 5 zł. objechaliśmy centralny plac miasta z piskiem opon na dwóch kołach. Pamiętam też opowieść pewnego rolnika, w której wydarzenie miało podobny przebieg jak w słynnym filmie Nie lubię poniedziałków. Po korzystnym dobiciu targu rolnik z Bławat chwiejnym krokiem podszedł do taksówki, otworzył tylne drzwi i poprosił kurs do domy. W tym samym czasie inny klient wsiadając do drugiej taksówki, zamykając za sobą drzwi trzasnął nimi niemiłosiernie. Na ten odgłos pierwsza taksówka ruszyła z miejsca zostawiają zdziwionego rolnika na chodniku. I wiele innych anegdot mógłbym przywoływać, ale przejdźmy do wyliczenia taksówkarzy, począwszy od tych pierwszych.

Taksówki przy pierzei południowej Rynku

Początki licencjonowanego transportu osobowego w Strzelnie sięgają przełomu lat 20. i 30. XX w. Prekursorem świadczenia tych usług był Wincenty Płócienniczak z ul. Świętego Ducha 4. właściciel firmy „Feston Dom Handlowy w Strzelnie“, który 8 marca 1929 r. rozszerzył swą działalność, m.in. o świadczenie usług transportowych w zakresie osobowej dorożki samochodowej. Również od 1929 r. Strzelno posiadało stałą komunikację autobusową z przystankiem na Rynku, za co Magistrat pobierał miesięczną opłatę w wysokości 30 zł. (środkowa część pierzei zachodniej).

Franciszek Eliszewski, przedsiębiorca transportowy w Strzelnie

Autobus Eliszewskiego na Rynku w Strzelnie


Taksówkarze przedwojenni:

1. Wincenty Płócienniczak z ulicy Świętego Ducha - zatrudniał kierowcę,

2. Franciszek Eliszewski z ul. Polnej (obecnie ul. Tadeusza Kościuszki) - zatrudniał kierowców (również miał autobusy),

3. Mieczysław Zbierski z ul. Ślusarskiej,

4. Kazimierz Mański z ul. Kościelnej - 1939,

5. Andrzej Janicki z ul. Świętego Ducha - 1939.

Taksówkarze osobówek powojenni:

1. Frelek (Frelka) nr 1,

2. Henryk Turek nr 2,

3. Zenon Wziętek nr 3,

4. Wojciech Zaród,

5. Alojzy Łuczak,

6. Stefan Sobczak,

7. Jerzy Jóźwiak,

8. Adam Fik,

9. Leszek Kacprzak,

10. Franciszek Dzięgielewski,

11. Zdzisław Adamczyk,

12. Zygmunt Ciechanowski,

13. Eugeniusz Rogoziński,

14. Grzegorz Rogoziński,

15. Bogdan Rajca,

16. Mirosław Białecki,

17. Czesław Misiewicz,

18. Bernard Piaskowski,

19. Stanisław Śnieżek,

20. Henryk Wawrowski,

21. Marian Białęcki,

22. Wiktor Bielawski,

23. Wiesław Pliszka,

24. Andrzej Własiuk,

Taksówkarze bagażowi:

1. Stanisław Wąsowicz,

2. Waldemar Kolbowicz,

3. Jan Ciechanowski


piątek, 8 stycznia 2021

Zwierzenie emeryta. Jaki był miniony 2020 rok?

 

Pomimo licznych przeszkód, jakie postawiła na naszej drodze pandemia, przeżyliśmy miniony rok dobrze. Dzięki wsparciu mojej kochanej małżonki Lidii i całej rodziny wspólnie pokonaliśmy kłody i kłódki, nabierając rozpędu do dalszej niemniej trudnej drogi roku 2021. Nie angażowaliśmy się w jakieś większe przedsięwzięcia, obserwując jedynie, co dzieje się wokół nas. Wyjątkiem był projekt Strzelno to wielka rzecz, ale o tym poniżej. Dodam, że do w miarę zdrowego przetrwania potrzebne jest pogodne i miłe sercu podejście do życia, czyli nie przeszkadzanie młodym, tolerancyjne patrzenie na ich postępowanie, podpowiadanie i zachowanie dystansu do wydarzeń, szczególnie tych politycznych.  

Minęły trzy lata emeryckiego, dość intensywnego żywota. Większość czasu z minionego roku poświeciłem pisaniu i przygotowaniu do druku mojej kolejnej 21. (oczko) książki. Ukazała się we wrześniu, a jej tytuł Strzelno to wielka rzecz wywołał spore poruszenie w kręgach strzeleńskich. Po kilku tygodniach cały nakład rozszedł się jak ciepłe - przysłowiowe - bułeczki. Ludzie piszą, telefonują i nieustannie pytają, czy będzie wznowienie i czy załapią się na choć jeden egzemplarz? Faktem jest to, że ja piszę, uczestniczę w procesie przygotowania książki do składu, ale nie jestem wydawcą. Proszę nie mieć do mnie pretensji, że wydawca nie dysponuje już egzemplarzami tego pięknego albumu. Ja jako autor załapałem się zaledwie na kilka egzemplarzy autorskich, które otrzymały dzieci, siostra i bracia oraz dwa dla mnie: roboczy i kolekcjonerski. Poczekajmy na decyzje tych, co posiadają odpowiednie środki na wznowienie wydawnictwa. 

W międzyczasie pracowałem nad kilkoma, wcześniej rozpoczętymi dziełami i pracuję nad kolejną nową pozycją. Napisałem minionego roku i opublikowałem na blogu 112 artykułów, a kolejnych kilkanaście leżakuje w dojrzewalni. Udało mi się opracować biogramy wszystkich honorowych obywateli naszego miasta - 11 biogramów na 61 stronach maszynopisu - niebawem znajdą się na stronie internetowej Urzędu Miejskiego. Poszczególne życiorysy będą bogato ilustrowane zdjęciami. Ale była też choroba - silne przeziębienie i trzy tygodnie izolacji... 

Piszę dalej, choć wiele tematów musiałem odłożyć w związku z ograniczonym dostępem do archiwów. Pracuję nad wznowieniem jednej z moich książek. Jest zainteresowanie dwoma następnymi, które napisane przed laty są tzw. półkownikami (od półki), czyli oczekującymi na swoją kolejkę. Wstaję wcześnie rano, bywa, że o 4:00 i piszę, czytam, przeglądam i piszę… Były i nadal są dni, że zapisuję 5-6 stron… 

W tym, bieżącym roku, pomimo nie opuszczającej mnie weny, więcej czasu poświęcę na rekreację, muszę stracić z 15 kg, przebywając w plenerze, na łonie natury… Niestety, pandemia i ciągły apetyt na słodkie do kawy pozostawia ślad na pasku od spodni. Po ustaniu pandemii w planach mamy z małżonką dwa wyjazdy, nad polskie morze i do Wrocławia oraz w jego okolice. Być może - mówiąc kolokwialnie - uda się zaliczyć coś więcej…

- Czy chciałbym cos więcej od życia?

- O tak, chciałbym, by skończyła się pandemia i byśmy mogli częściej spotykać się z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi… Chciałbym, by ludzie byli szczęśliwi, strzelnianie częściej się uśmiechali i liczniej spotykali się w kościołach…

Tak, wiem - mało tego wszystkiego jak na 366 dni minionego 2020 roku, roku przestępnego… Bywały lata, że ho, ho…

I już na zakończenie dopowiem, by być zadowolonym z życia i w nim się spełniać należy robić swoje, nie zapominając o modlitwie. 

    

środa, 6 stycznia 2021

Tajemnica przydworskiego lochu w Górkach

Długo zastanawiałem się nad publikacją tego artykułu, który właściwie stanowi fragment większej opowieści, składającej się na książkę o dziejach wsi Górki. Napisałem ją kilkanaście lat temu i podobnie jak wiele innych opracowań o miejscowościach naszej gminy, leżakuje w dojrzewalni i nabiera mocy wydawniczej.

W pomajątkowej - a później popegeerowskiej - wsi Górki znajduje się najlepiej zachowany w powiecie mogileńskim zespół dworski. W jego skład wchodzą: zadbany dwór o cechach pałacyku, wzorowo utrzymany park dworski i schludne zabudowania pofolwarczne. Całość wraz z kilkuset hektarami stanowi obecnie własność prywatną i swój nienaganny stan zawdzięcza rozsądnemu podejściu właściciela do historii. Dba on nie tylko o stan budynków i budowli, ale także o zabytki ruchome, których ogromną kolekcję gromadzi od lat. Są tutaj: przepiękne historyczne karoce, powozy, powózki i sanie; ogromne żeliwne kieraty, dawne maszyny, narzędzia i urządzenia rolne. Całość stanowi elementy prywatnego muzeum-skansenu rolniczego. 

W nienagannie utrzymanym parku, pełnym alejek, krzewów ozdobnych i rosłych przeróżnych gatunków drzew jest fontanna ustawiona na osi dworu oraz godna uwagi ławeczka wykuta z piaskowca, ze stojącą obok tajemniczą rzeźbą. By ją rozszyfrować i dowiedzieć się, co ona kryje w swej symbolice trzeba się nie lada nagimnastykować. Przedstawia ona postać siedzącego, półnagiego, brodatego starca z wysuniętą, otwartą, pustą dłonią. Lewą nogą przygniata rybę, a spod jego lewego ramienia wygląda gołębica. Starzec wsparty jest na połowie koła i przygniata, widoczne od tyłu, dwie postaci o twarzach kobiety i mężczyzny. Najprawdopodobniej rzeźba ta jest symbolem fortuny, która kołem się tocząc osiągnęła swój kres. Może to być również symboliczne przedstawienie pustelnika - eremity, który z pobudek religijnych wycofał się z życia w społeczeństwie i zdecydował się na życie w izolacji i celibacie, utrzymując się z jałmużny - wyciągnięta w geście jałmużny dłoń.

W południowo-wschodniej części parku daje się zauważyć niewielką górkę. Jej wyniosłą powierzchnię gęsto pokrywa płożący się bluszcz. Od strony wschodniej oszkarpowana jest ona ceglaną ścianą, w której znajdują się drewniane wrota, prowadzące do wnętrza górki. Po ich otwarciu ukazuje się sklepione wnętrze, składające się z przedsionka i niżej położonej komory. Całość wymurowana jest z cegły. Przez wiele lat miejscowi obiekt ten nazywali lodownią. Jego położenie w znacznej odległości od dworu zdaje się sugerować inne przeznaczenie niż rzekomy skład na lód, przechowywany tutaj do celów kuchennych.

Zagłębiając się w dzieje majętności Górki trafiamy na ślady, które rozrzedzają gęsta mgłę tajemniczości i odkrywają przed nami pierwotne przeznaczenie owej lodowni. Otóż, kiedy majątek ziemski, a dokładniej dobra rycerskie Górki, 21 lipca 1880 roku nabyli małżonkowie Albert Wolff i Karolina z rodu Busche, zaczęły się dla tej miejscowości nowe czasy. W dziewięć lat później w 1889 roku sprowadza się tutaj syn Alberta i Karoliny, dr Eugen Wolff. Przybył on na Kujawy z Düsseldorfu, gdzie był posłem do sejmu i wysokiej rangi urzędnik w regencyjny. W tymże 1889 roku został on powołany na landrata (starostę) sąsiedniego powiatu mogileńskiego. Ówczesny prezes regencji bydgoskiej próbował przenieś go w 1890 roku na landrata powiatu strzeleńskiego, jednakże do zamiany tej nie dopuścił naczelny prezes prowincji. W tym też roku, Eugen obok matki został wpisany do księgi wieczystej, jako współwłaściciel i spadkobierca dóbr rycerskich Górki.

Dr. Eugen Wolff urząd landrata sprawował do 1899 roku, po czym zastąpił ojca w zarządzaniu dobrami górkoskimi. Dostając wolną rękę rozpoczął inwestować w majętność. W 1902 roku, w cyklu dwuletnim, wybudował nowoczesną gorzelnię. W maju tegoż roku zakupił w firmie Pauckscha z Landsbergu aparaturę do przerobu ziemniaków na spirytus. W okresie jego gospodarowania dominium zostało przeobrażone w nowoczesny majątek.

 

Wolffowie chcąc umocnić swoje korzenie w dobrach rycerskich Górki przygotowali część parku, w założeniu architektonicznym, jako przyszłą rodzinną nekropolię. W myśl panującej, wśród osadników i kolonistów niemieckich, zasady: tam mój kraj gdzie przodków kości spoczywają, pobudowali w jego części południowo-wschodniej mauzoleum-grobowiec rodzinny, w którym w 1902 r. złożyli doczesne szczątki seniora rodu, Alberta Wolffa. Późniejsze burzliwe czasy wojenne sprawiły, iż nie było im dane jednak zbyt długo tutaj spoczywać. W 1917 roku Eugen nabył w Berlinie nieruchomość przy ulicy Viktorii 10. Pod koniec I wojny światowej wyjechał wraz z rodziną z Górek do Berlina, pozostawiając majątek pod bacznym okiem rządcy, Niemca Helza. 

W obawie przed zbezczeszczeniem szczątków doczesnych swojego ojca przeniósł je na cmentarz ewangelicki do Strzelna i tam tymczasowo złożył. Wyjazd rodziny Wolffów związany był z przeczekaniem kończącej się zawieruchy wojennej w stolicy chylącego się ku upadkowi cesarstwa. Po unormowaniu się spraw politycznych miał tu zamiar powrócić, o czym świadczą wcześniej dokonane w majątku inwestycje. Mianowicie, zakupił on, w firmie Henschel i Sohn z Gaterslaben-Hausneidorf, dwie lokomobile z garniturem pługów, czyli tzw. zestaw pługa parowego oraz dla usprawnienia omłotów, młocarnię. Był to ogromny jak na owe czasy wydatek i zakup jego musiał być związany z wieloletnim planowaniem przyszłości tego majątku.   

Jednakże po odzyskaniu niepodległości po 1919 r. dr Eugen Wolff nie powrócił do Górek. Na przeszkodzie stanął mu ciążący na nim obowiązek przyjęcia obywatelstwa polskiego, który musieli spełnić ci Niemcy, pragnący tu pozostać. Prawdopodobnie nie chciał tego zrobić dr Wolff, były wysokiej rangi urzędnik administracji pruskiej. Majątek Górki znajdował się jednak nadal w jego rękach. Stan ten trwał do 10 stycznia 1922 r., to jest do czasu nabycia go przez Władysława Hoffmanna. Podstawą prawną przeprowadzenia takiej transakcji były ustalenia Traktatu Wersalskiego o likwidacji własności niemieckiej i uchwalonej na jego podstawie ustawy z 15 lipca 1920 r. o likwidacji niektórych majątków prywatnych.

Dr Wolff dokonał wyboru bycia obywatelem Niemiec, a nie obywatelem Polski. Jak informował 31 stycznia 1922 r. komisarz II obwodu strzeleńskiego, Lasocki, dr Eugen Wolff na stałe zamieszkiwał w Berlinie, przy ulicy Viktorii 10. Również oznajmił, że 10 stycznia Górki jako majątek podlegający likwidacji nabył Władysław Hofmann. Nowy właściciel byłych dóbr rycerskich był Polakiem żydowskiego pochodzenia. Przybył on na te tereny z obszaru byłej Rosji Carskiej i zamieszkał w Krąplewicach gmina Wierzchucin w powiecie bydgoskim. Poza Górkami, w okresie międzywojennym, posiadał również byłe dobra rycerskie w Rucewie - 574 ha i Krąplewicach - 476 ha.

Starzy mieszkańcy Górek opowiadali, że po przeniesieniu szczątek doczesnych Alberta Wolffa ma cmentarz strzeleński, w pogodne noce ukazywała się w parku postać starca spacerującego z wilkiem wokół pustej krypty. Wkrótce nowy właściciel Górek byłą kryptę grobową przebudował. Pokrył ją odpowiednią izolacją i usypał na niej kopiec ziemi - niewielką górkę. Wnętrze zaczął wykorzystywać jako lodownię, czyli przechowalnię lodu, wykorzystywanego w okresie letnim do celów kuchennych. Od tego też czasu duch parku i jego pies zniknęli i nikt już ich nie widział. Marzenia Wolffów o trwałym osadzeniu tutaj swoich korzeni rodowych - po 42 latach dzierżenia dóbr rycerskich - spaliły na panewce. Prysł mit rycerski, pozostały po nim ślady w postaci krypty - lodowni, parku, budynków i budowli.

I już na zakończenie dla zachowania poprawności, gdyż ciągle wielu popełnia, czy wręcz kopiuje błędy w opisie architektonicznym dworu - pałacyku górkowskiego, opiszę go właściwie.

Wiadomym jest z zapisków dokonanych w aktach katastralnych, że w roku 1863 w Górkach wybuchł pożar, który strawił stary, wspominany w 1829 r. dwór. W tym też czasie na zlecenie dziedzica Górek Fridricha Augusta Kurta von Bühlowa i jego małżonki Marii z rodu von Scheffer trwała budowa nowego parterowego z półpiętrem, podpiwniczonego, murowanego dworu. Ukończony on został w 1867 r. i stylowo nawiązuje, do modnych w owym czasie, tzw. kostiumów francuskiego i włoskiego, gdzie pierwszy reprezentuje stopniowe nawarstwianie się brył przy zachowaniu oszczędności w detalach, natomiast drugi zapożyczony z włoskiej willi odciśnięty został w postaci rozbudowanych tarasów przylegających do elewacji z licznymi zejściami, a szczególnie po stronie elewacji północnej ze zwierciadlanymi schodami do ogrodu-parku. Elewacja frontowa jest ośmioosiowa z centralną, piętrową, dwuosiową bryłą (ryzalitem) zwieńczoną trójkątnym frontonem z centralnie w nim umieszczonym oculusem. Natomiast elewacja ogrodowa, poza tym, że jest dziesięcioosiowa, swym wyglądem zbliżona jest do frontu. Od strony południowej znajduje się wystawka z wejściem do piwnicy. Całość miała charakter rezydencji, a dwór usytuowany został w tradycyjnym dla zabudowań majątkowych układzie pomiędzy dziedzińcem folwarcznym, a ogrodem i nieco oddalony oraz oddzielony żywopłotem od zabudowań gospodarskich. Wejście główne, reprezentacyjne usytuowane jest na osi elewacji zachodniej z szerokimi schodami i tarasem nakrytym drewnianym zadaszeniem - tzw. ganek. Zejścia ogrodowe poprzedzone tarasami znajdują się po stronie wschodniej i wspomniane już drugie zejście po stronie północnej - nakryte zadaszeniem.

Założony na ówczesną modę ogród-park obsadzony był wieloma gatunkami drzew i ozdobnych krzewów. Według akt katastralnych z lat 1865-1875 zabudowa majątku Górki składała się z dworu wraz z morgą ogrodu-parku, podwórza otoczonego: oborami, szopami i kurnikami, owczarnią i stodołą. Ta ostatnia spłonęła wraz z stajnią w 1873 r. Wzdłuż ulicy zlokalizowane były czworaki.

      

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Od cegielni do marketu

Przez ostatnich kilka miesięcy mogliśmy przyglądać się rozbudowie pawilonu wielkopowierzchniowego sieci Mila znajdującego się przy ul. Raj 2. Na naszych oczach dotychczasowa placówka przeobraziła się w mini galerię, swoiste centrum handlowe Strzelna, zmieniając po raz kolejny szyld na Delikatesy Centrum. Przebudowie uległa bryła budynku, a w jej wnętrzu - do już funkcjonujących - przybyły nowe powierzchnie handlowe i usługowe, a zarazem podmioty gospodarcze, a mianowicie Jawa, Pepco i inne. Po rynku miejskim jest to drugie miejsce w naszym mieście, które w tym roku przybrało nowego wymiaru. W trakcie - sumptem miejskim - realizowane jest trzecie przedsięwzięcie, a mianowicie rewitalizacja parku im. Tadeusza Kościuszki przy ulicach, Kolejowej i Kościuszki oraz budowa przez dewelopera przy ul. Gen. Henryka Dąbrowskiego, tuż za Osiedlem Piastowskim wielorodzinnego bloku mieszkalnego.

 

Ale dzisiaj nie o współczesności, a opowiem Wam o dziejach tego miejsca. Zatem cofnijmy się ok. 250 lat wstecz, do roku 1761. Wówczas to 22 maja wielki pożar strawił niemalże całe śródmieście. Odbudowując poszczególne domostwa coraz częściej zaczęto stawiać je z murów ceglanych i z tzw. pecy, czyli wysuszonej na słońcu, a nie wypalonej cegły. Szybko skończyły się zapasy gliny przy cegielni zlokalizowanej w miejscu zwanym Cegiełka (w obszarze współczesnej ulicy Cegiełka). W związku z tym Miasto otrzymało grunt w obrębie Przedmieścia Gnieźnieńskiego, vis a vis folwarku Naskrętne, w miejscu, w którym współcześnie wybudowano Polomarket, w trójkącie ulic Kolejowa, Dra Jakuba Cieślewicza i Raj. Tam postawiono cegielnię i w pierwszej kolejności glinę pozyskiwano z tego obszaru, a później z parceli przy ul. Sportowej - obszar tzw. Targowiska (Glinica) i Strzelnicy Bractwa Kurkowego.

 

Pod koniec XIX w., po zakończeniu eksploatacji, przez wiele lat doły - tzw. glinianki zaczęto zasypywać śmieciami miejskimi - komunalnymi. W najgłębszym wyrobisku utworzył się duży staw, widoczny jeszcze na zdjęciu - pocztówce z początku XX w. Około 1910 r. firma budowlana Wawrzyńca Szudy postawiła na skraju tego obszaru, tuż przy ul. Raj duży, czterokondygnacyjny magazyn zbożowy, który następnie dzierżawiła Spółdzielnia „Rolnik“, a następnie kupiec zbożowy Julian Schulze z Goryszewa-Kawki. Wówczas też przyspieszono rekultywację tego terenu. Po wojnie cały obszar przejęła Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska“ i zaczęła tu prowadzić szeroką działalność skupową i zaopatrzeniową. W 1948 r. kosztem 1 205 tys. zł. pobudowano prowadzącą na plac bocznicę kolejową i utworzono tutaj duże składowisko węgla, tzw. plac węglowy. Na przełomie lat 1958/1959 pobudowano wagę wozową, a od strony ul. Kolejowej postawiono budynek z pomieszczeniami biurowo-magazynowymi będącymi zapleczem dla skupu żywca, drobiu, jaj, pierza i skór. GS swoją działalność prowadził tutaj do czasu likwidacji spółdzielni. W międzyczasie, bo w latach 90. XX w. wygrodzono z części placu targowisko, od strony ul. kolejowej targowisko, na którym handlowano niemalże wszystkim. Szczególnym powodzeniem cieszyli się tutaj handlarze z Ukrainy. Pod koniec XX w. magazyn zbożowy rozebrano i na początku XXI w. całość sprzedano.

 

W kwietniu 2005 r. przystąpiono do budowy wielkopowierzchniowego sklepu firmy Polomarket. Inwestycję ukończono w czerwcu 2005 r. Po dziesięciu latach w wyniku rozdzielenia się spółki zmienił się szyld na sklepie i Polomarket zastąpiła Mila. W 2020 r. sklep został rozbudowany.

Poszczególne etapy przemian urbanistycznych tego miejsca prezentuję na zdjęciach wykonanych przez Heliodora.