To już ostatnia część opowieści o
budynku Kina „Kujawianka”, a obecnie siedzibie Domu Kultury. Przypomnę, że
wybudowany w 1904 roku dla niemieckich organizacji społecznych, realizujących
przeróżne cele, nosił wówczas nazwę niemiecką Vereinhaus. W latach międzywojnia pełnił podobną funkcję, tym razem
dla licznych polskich organizacji pozarządowych. Po wojnie zostało tutaj
zorganizowane stałe kino, które nosiło nazwę „Kujawianka”. W obiekcie odbywały
się: zjazdy, zebrania, akademie, wiece polityczne, przedstawienia teatralne i
przeróżne występy. Sala, a właściwie jej scena były miejscem prób zespołów
wokalnych, estradowych i rockowych. Odbywały się one późnymi popołudniami i
wieczorami. Wówczas działało przy Domu Kultury - MGOKiR kilkanaście różnych
zespołów, których historię możecie poznać z bloga „Zapiski muzyczne…”
prowadzonego przez Rafała Budnego.
Ciekawostką z tamtego okresu są
dreszczowce, czyli zjawiskowe doświadczenia niektórych członków grup, a także
instruktorów związane z zaświatem, czyli duchami - przedziwnym zjawiskiem,
którego doświadczyli instruktorzy i członkowie zespołów we wnętrzu Vereinhausu. W kinie zamieszkał duch, a
wraz z nim zapanował w jego wnętrzu klimat towarzyszący filmowym horrorom. Byli
pracownicy kina mówili, że i im zdarzało się być świadkiem wydarzeń z
pogranicza magii.

Według jednej z relacji, którą
usłyszałem z ust Piotra Lewandowskiego i Ireneusza Jackowskiego instruktorów-muzyków
MGOKiR, podczas prób miał ich odwiedzać jegomość w kapeluszu. Siadał pod
arkadami i wsłuchiwał się w głośno graną muzykę. Pewnego razu, ktoś ze sceny
rzucił w kierunku nieznajomego pytanie:
- Jak pan tu wszedł, przecież kino
jest zamknięte? I w ogóle podczas prób tu niewolno przebywać.
Po krótkiej chwili ów jegomość
wstał i rozpłynął się bezszelestnie, ku przerażeniu młodych muzyków.
- Co jest grane? Gdzie jest facet?
Gdzie on się podział? - dało się słyszeć bezładnie rzucane pytania.
- Co, gdzie, jaki facet? – dodał
inny uczestnik próby, tyłem ustawiony do widowni.
Muzyków ogarnął dziwny strach i
szybko zwinęli się z próby. Nazajutrz, po mieście poszła fama: w kinie kusi,
jakiś duch w kapeluszu ukazuje się i znika.
Podczas innej próby, do grupy
muzyków, podczas próby zespołu dołączył instruktor Irek. Wchodząc do kina nie
zamknął za sobą, jak to zwykle czynił, drzwi głównych. Wkraczając na salę
przezornie omiótł ją wzrokiem - była puściutka. Na scenie młodzi chłopcy
realizowali program próby, przygotowując się do planowanego koncertu. Jeden z
uczestników zwrócił się do wchodzącego Irka słowami:
- Drzwi nie zamknąłeś, przeciąg się
zrobił.
- Nie, nie zamknąłem, bo zaraz
wychodzę, to was zamknę - odparł Irek.
W tym samym momencie muzyk ze sceny
dodał:
- A po co wpuściłeś tego faceta w
kapeluszu?
W tym momencie wszyscy spojrzeli po
sobie i na siedzącego w kapeluszu pod arkadami faceta. Nastąpiła chwila
konsternacji i wszyscy gruchnęli ze sceny, w popłochu kierując się ku wyjściu
głównemu. Pierwszy do drzwi dopadł Irek. Okazało się, że one były zamknięte.
Chwycił za klamkę i zaczął szarpać, drzwi nie ustępowały. Po chwili ktoś z
drugiej strony złapał za klamkę i z łatwością otworzył przepastne wrota,
wchodząc do wnętrza. Wypchnęli go wypadający ze środka na chodnik muzycy.
- Co jest grane do cholery! –
krzyknął do nich kolega, który chciał odwiedzić muzyków podczas próby.
- W środku jest ten duch w
kapeluszu! – zaczęli przekrzykiwać się wzajemnie muzycy.
Ów kolega puknął się w czoło i
wszedł do wnętrza. Po chwili wrócił i rzekł do przestraszonych kumpli:
- Jaki duch, jaki nieznajomy w
kapeluszu, chyba się szaleju nażarliście, albo się czegoś nachlaliście! Tam
nikogo nie ma! – dwukrotnie powtórzył ostatnie słowa.
Po chwili, muzycy nieufni słowom
kumpla weszli wolno do kina, rozświetlając salę i wszystkie pomieszczenia. W
środku nikogo nie było.
Opowieść ta (nieco fabularyzowana)
znalazła się nawet na łamach lokalnej prasy. Niestety mi nigdy nie udało się
spotkać owego nieznajomego, choć przez 10 lat tam pracowałem. Niemniej jednak
uznałem ja za godną odnotowania, gdyż, jak się okazuje wielu wówczas młodych
strzelnian miało z owym duchem do czynienia…




Z upływem lat, przy braku środków,
kino zbyt intensywnie eksploatowane zaczęło chylić się ku upadkowi. Film już
nie przyciągał, tak jak dawniej. W Strzelnie znajdowała się konkurencja w
postaci wypożyczalni kaset wideo. Prawie w każdym domu mieszkańcy mieli własne
odtwarzacze kaset. Zaledwie kilka najnowszych filmów kasowych mogło przyciągnąć
kilkaset osób. To było za mało. Kino umarło śmiercią naturalną i brakiem
środków na jego unowocześnienie i remont kapitalny, którego obiekt wymagał. W
końcu strażacy zamknęli nam budynek.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych wysupłaliśmy
trochę grosza i firma z Łodzi zrobiła nam inwentaryzację projektową do remontu
kina oraz koncepcję jego zagospodarowania. Tak dokumenty przeleżały kilka lat i
dopiero z początkiem nowego tysiąclecia władze miejskie przystąpiły do
wieloetapowego remontu obiektu. W pierwszym etapie pracami objęto całe zaplecze
parterowe kina. Wygospodarowano dwie sale i zaplecze sanitarne, szybko
przekazując je miejscowemu Gimnazjum, które użytkowało wnętrza do roku 2010. Po
kilku latach wyremontowano salę widowiskową, a w 2013 roku zaadaptowano wielkie
poddasze na cele biurowe i pracownie tematyczne, oddając obiekt we władanie
MGOKiR. W 2014 roku do pomieszczeń parterowych przeniesiono Bibliotekę Miejską,
po której w 2015 roku dół zajął Posterunek Policji Państwowej. Obie jednostki
przeniesiono do „kina” (do dzisiaj potocznie tak nazywa się ten obiekt) na czas
remontu ich siedzib.





Takie postępowanie władz sprawiło że
w tych dwóch latach kultura została zepchnięta na tor boczny. W 2016 roku
obiekt chwilowo ożył stając się Domem Kultury z prawdziwego zdarzenia. Aż tu
nagle w niedzielę 27 listopada 2016 roku, krótko po godzinie 13:00, gdy
wracaliśmy z południowej mszy św. dało się słyszeć w Strzelnie ryk syren -
właśnie wchodziliśmy z małżonką do klatki schodowej. Po ok. półgodzinie
zadzwonił telefon, to wnuk Dawid informował nas o pożarze „Kina“ - Domu Kultury,
czyli siedziby Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie.
Wybiegłem na balkon. Widok przerażający, paliło się całe poddasze skrzydła
południowego budynku, czyli ta część piętrowa - mieszkalna.
Dawid już tam był i relacjonował,
że pali się cały dach od ul. Powstania Wielkopolskiego, że dachówki strzelają,
sypiąc się odłamkami na kilka metrów od budynku. Jego relacja pokrywała się z
makabrycznym widokiem - języki ognia wyskakiwały oknami poddasza, szczelinami
po skruszonych temperaturą dachówkach. Dym kotłował się niemiłosiernie, a on
krzyczy przez telefon, że chyba niedługo runie wieżyczka narożnikowa, którą
jęzory czerwonego ognia pożerają w strasznym tempie. Zjechały z wyciem syren
wozy strażackie i strażacy próbują odciąć ścianą wody płomienie pełzające po
dachu części parterowej skrzydła wschodniego (od ul. Gimnazjalnej), od ściany
ogniowej oddzielającej część publiczną MGOKiR od płonącej części mieszkalnej.
Udało się ogień przygasza, walą się kłęby dymu, przeganiane przez wiatr odkrywają
obraz pogorzeliska. Na dachu części piętrowej nie ma już dachówek, sterczą
jedynie krokwie więźby dachowej. Widok bardzo smutny, jeden z najpiękniejszych
budynków naszego miasta o mały włos uległ by unicestwieniu.



Serce mi wówczas bardzo waliło,
myśli obiegały pytania z licznymi: dlaczego? dlaczego? dlaczego? Wiele lat
byłem związany z tym budynkiem. Moje zabiegi przyczyniły się do rozpoczęcia
jego remontu. W końcu, po blisko 15 latach udało się, budynek miał służyć
strzeleńskiej kulturze. Żal serce ściskał, współczucia wylewają się pod adresem
mieszkańców, których żywioł dopadł, ale i pod adresem władz, które zbyt często
podobne sytuacje przeżywają. W ostatnich latach część północną miasta
pięciokrotnie trawił żywioł. Pod koniec roku przerzucił się na część południową
śródmieścia i zaczął od najpiękniejszego budynku, ponad 110 letniego Verejeinhausu,
czyli byłego domu stowarzyszeń, a obecnie siedziby MGOKiR. Można powiedzieć, że
ogniu i wodzie uległa była część restauracyjno-hotelowa, a wówczas część mieszkalna.
Jak wynika z komunikatu ucierpiało 5 rodzin, które w tej części mieszkały -
stracono dobytek...



Po zabezpieczeniu strawionej części
dachowej i ponad rocznym przygotowaniu do remontu, w 2018 roku położono nową
konstrukcję dachu z zachowaniem jego pierwotnego wyglądu i pokryto całość
dachówką ceramiczną. Od tego czasu cała część południowa, za wyjątkiem jednego
mieszkania, które znajduje się w rękach prywatnych, obiekt czeka za ukończeniem
remontu wnętrz pomieszkalnych. Od pożaru niebawem minie pięć lat… Ale przez
cały ten czas Dom Kultury w swoich pomieszczeniach działał i działa. Z
początkiem 2019 roku nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora. Po wieloletnim
dyrektorze Andrzeju Belińskim, od 1 stycznia nowym szefem został młody, ambitny
i pełen pomysłów Paweł Gębala. Burmistrza Dariusz Chudzińskiński powołał go na
to stanowisko na zasadzie przeniesienia z innej jednostki, tj. z
Mogileńskiego Domu Kultury.

Zaczęło się dziać, kultura
eksplodowała. Największą imprezą 2019 roku były obchody 100-lecia Powstania
Wielkopolskiego i wyzwolenia Strzelna z jarzma niewoli pruskiej. Na siedzibie
Domu Kultury 2 stycznia została uroczyście odsłonięta tablica poświęcona
bohaterom tamtych wydarzeń: Wacławowi Wieczorkiewiczowi i Józefowi Hanaszowi.
Po drodze było wiele imprez i wydarzeń, które zamykał plenerowy, grudniowy Wielki
Jarmark Bożonarodzeniowy - niezwykle udana impreza kulturalno-rekreacyjna. Niestety,
w 2020 roku wybuchła pandemia koronawirusa, co ograniczyło realizację pięknych
planów kulturalnych, wiele imprez zostało odwołanych...
Foto.: Heliodor Ruciński
Koniec