czwartek, 22 stycznia 2026

163 rocznica Powstania Styczniowego - cz. 1

Dzisiaj, 22 stycznia obchodzimy 163 rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Na starej strzeleńskiej nekropoli zachowało się sześć miejsc spoczynku Powstańców z lat 1863-1864, w których zostało pochowanych siedmioro Strzelnian. W tym zrywie niepodległościowym udział wzięło kilkudziesięciu mieszkańców naszego miasta i okolicy, których znamy z nazwiska, ale niestety ślady po nich na naszym cmentarzu uległy całkowitemu zatarciu.

Południowa (na dole) i wschodnia (po prawej) granica z zaborem rosyjskim, którą przekraczali strzelnianie niosąc pomoc braciom...

Poniżej zamieszczam część 1. artykułu mojego autorstwa, który wygłosiłem przed czterema laty w Muzeum Niepodległości w Warszawie, a który ukazał się w książce Powstanie styczniowe. Kraj Litwa pogrążyły się w żałobie narodowej (Warszawa 2022).

Pomoc braciom za kordonem 

Do ożywienia działalności narodowej w Wielkim Księstwie Poznańskim przyczyniły się wiadomości docierające z Królestwa Polskiego. Tak było w 1861 roku, kiedy w odpowiedzi na napływające stamtąd wieści o kończących się często krwawo demonstracjach i aresztowaniach mieszkańcy Strzelna i okolic masowo uczestniczyli w odprawianych mszach żałobnych za ofiary carskie przemocy. Podczas tych mszy śpiewano Boże coś Polskę i inne pieśni religijno-patriotyczne. Ludność zaczęła ubierać się w czarne żałobne stroje, do których dołączano żałobną biżuterię z elementami narodowymi. Wielu odmawiało przyjmowania pism urzędowych napisanych wyłącznie w języku niemieckim.

Po wybuchu w Królestwie Polskim Powstania Styczniowego 1863 roku władze pruskie zaostrzyły kontrolę na pobliskiej granicy z Królestwem, gromadząc znaczne siły wojskowe. Ich zadaniem było uszczelnienie linii granicznej i nie dopuszczenie do przerzutów pomocy materialnej, broni i ludzi. Zwerbowane w regionie oddziały ochotników starały się niepostrzeżenie przedostać na drugą stronę, a rozbite wracały i organizowały się na nowo. Wykorzystując gęste przygraniczne las, jezioro Gopło i bezdroża pod osłoną nocy regularnie przerzucano broń, amunicję, leki, bieliznę i wszelkie inne zaopatrzenie dla braci powstańczej. Swoistymi magazynami zaopatrzeniowymi były rozsiane wzdłuż granicy zabudowania folwarczne tutejszego patriotycznego ziemiaństwa. 

W tym samym czasie znana wielkopolska samarytanka Emilia Sczaniecka przystąpiła do tworzenia struktur organizacyjnych komitetu opieki nad rannymi. Był on wzorowany na komitecie sprzed 15 lat, czyli z czasów Wiosny Ludów. Sama Emilia swoje doświadczenia na niwie niesienia pomocy rannym zdobyła już w 1831 roku w Królestwie Polskim, a następnie w 1848 roku w Wielkim Księstwie Poznańskim organizując i prowadząc lazarety[1]. By uniknąć szykan i kar ze strony władzy Sczaniecka napisała wniosek do naczelnego prezesa prowincji Karla Wilhelma von Horna o wyrażenie zgody na utworzenie w Księstwie lazaretów dla rannych powstańców. W końcu kwietnia taką zgodę uzyskała m.in. na utworzenie lazaretu w Strzelnie na Kujawach w powiecie inowrocławskim, w pobliżu granicy dla tych rannych powstańców, którzy przejdą kordon. Tym samym nastąpiła również legalizacja działalności dotychczas tajnego komitetu, a mianowicie Wielkopolskiego Komitetu Niewiast oraz funkcjonującego już wówczas lazaretu. Horn zapewniał ją, że lazaret nie będzie narażony ze strony władz na żadne szykany, nadto rozesłał do landratów nadgranicznych okólnik z obwieszczeniem o zamiarze Emilii Sczanieckiej. Pewna więc poparcia naczelnego prezesa, rozpoczęła Sczaniecka wraz z doktorem Teofilem Mateckim i kilku paniami oficjalne starania związane z założeniem lazaretu w Strzelnie, a następnie zaopatrzeniem go w łóżka oraz zgromadzeniem środków potrzebnych do jego funkcjonowania: materiałów opatrunkowych, medykamentów, żywności, bielizny osobistej, szpitalnej itd.[2]

Lazaret zorganizowany został w pustych pomieszczeniach po poddanym kasacji w 1837 roku klasztorze norbertanek. Zabudowania klasztorne tworzyły nieregularny czworobok z dziedzińcem pośrodku, przylegający od strony północnej do bazyliki św. Trójcy. Całość była dwupiętrowa, nakryta dwuspadowymi dachami ceramicznymi. Wewnątrz znajdowały się 44 cele mieszkalne na I piętrze, zaś na parterze duże pomieszczenia typu refektarz, kapitularz, a także kilkanaście innych pomieszczeń: kuchennych, magazynowych i mieszkalnych[3]. Zapewne wcześniej Emilia Sczaniecka, w porozumieniu z proboszczem strzeleńskim ks. Ignacym Martenem, otrzymała na zajęcie pomieszczeń klasztornych zgodę od metropolity gnieźnieńskiego i poznańskiego, prymasa Polski abp. Leona Przyłuskiego. 

Blisko dwa miesiące wcześniej doszło do pierwszych walk w pobliżu granicy Królestwa z Księstwem. Miały one miejsce 17 lutego 1863 roku pod Krzywosądzem i 21 lutego pod Nową Wsią, czyli na długo przed oficjalną zgodą na uruchomienie strzeleńskiego lazaretu. Tuż po walkach udały się w te miejsca Magdalena Rekowska z Wójcina i Paulina Biesiekierska z Płowiec. Obie panie miały swoje dwory w pobliżu granicy w Królestwie Polskim (współczesnym powiecie radziejowskim) i w nich urządzono tymczasowe lazarety dla lżej rannych. Przybyła do Królestwa Emilia Sczaniecka zabrała z pola walk ciężej rannych do głównego szpitala Komitetu Niewiast Wielkopolskich, urządzonego w Strzelnie. Tam zajęli się poszkodowanymi miejscowi lekarze dr Karol Ferdynand Gorczyca, dr Rudolf Jordan oraz przybyły z Trzemeszna praktyczny lekarz dr Wincenty Cunow, który dał się poznać już w 1848 roku, lecząc rannych powstańców[4]. Do lazaretu dojechał z Poznania również znany powszechnie dr Teofil Matecki, który współorganizował tę placówkę ze Sczaniecką. Oficjalnie lazaret strzeleński jeszcze nie istniał, gdyż władze pruskie zgodę na jego działalność wydały dopiero w kwietniu 1863 roku. Nie przeszkadzało to w zwożeniu do Strzelna rannych powstańców. Policja nie interweniowała, gdyż upatrywała w takim skupieniu rannych korzystniejszą dla siebie sytuację - miała na oku w jednym miejscu dużą ilość powstańców i nie musiała szukać ich po dworach rozsianych wzdłuż granicy[5].

 

Początkowo przewidywano w Strzelnie miejsce dla 20-30 rannych. Wkrótce zgromadzono tutaj przeszło 120 poszkodowanych z pól bitewnych pod: Bieniszewem, Mieczownicą, Ślesinem, Olszową i Dobrosłowem. Kilkudziesięciu rannych z braku miejsca znalazło schronienie w mieście, w prywatnych domach. Sczaniecka mimo swoich 59 lat i nie najlepszego stanu zdrowia, jeździła na pobojowiska, opatrywała, transportowała rannych i kierowała całym systemem udzielania pomocy. Pracowała znacznie ciężej niż wtedy, gdy dopiero rozpoczynała swą działalność samarytańską w 1831 roku. Z upływem czasu praca w lazarecie nabrała cech bardziej zorganizowanych, a do udzielania pomocy zaangażowano wiele wcześniej przeszkolonych miejscowych kobiet. Znamienne było, że żołnierze pruscy i rosyjscy nie przeszkadzali lekarzom i samarytankom, zwłaszcza, że jedni widzieli zaangażowaną w niesienie pomocy powszechnie przez nich szanowaną Emilię Sczaniecką, a drudzy przekonali się, że samarytanki udzielają pomocy zarówno powstańcom jak i poszkodowanym żołnierzom rosyjskim, czyli wszystkim, niezależnie od narodowości i strony walczącej. Wkrótce też okazało się, że lokalizacja lazaretu na Kujawach, w Strzelnie była słuszna i trafiona. Poza pomocą medyczną i opieką nad rekonwalescentami, utworzono tutaj bazę materiałów sanitarnych, które stąd trafiały do lazaretów przejściowych, rozmieszczonych wzdłuż granicy[6]

W strzeleńskim lazarecie ranni mieli zapewnioną najbardziej fachową opiekę, ale za to policja bez trudu mogła sprawować nad nimi kontrolę. Jawność funkcjonowania była przecież jednym z głównych warunków istnienia powstańczych szpitali. Po zdekonspirowaniu Komitetu Działyńskiego i aresztowaniach władze pruskie zażądały wykazów rannych powstańców przebywających w lazarecie strzeleńskim. Trzeba więc było jak najszybciej zarejestrować wielu z rannych pod fałszywymi danymi. Głównie chodziło o uchronienie - już po wyzdrowieniu - przed aresztowaniami powstańców pochodzących z Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Zaczęto więc zza kordonu przywozić dokumenty osobiste, szczególnie osób tam poległych. Jednak nie udało się w ten sposób ochronić wszystkich przed aresztowaniami. W rezultacie niektórzy z już podleczonych powstańców znaleźli się w więzieniu w Inowrocławiu i tam czekali na rozprawę sądową za udział w powstaniu. O ile było to możliwe Sczaniecka starała się informować najbliższych rannego o miejscu jego pobytu. Rodziny przybywały wówczas do Strzelna w odwiedziny i jeżeli tylko stan zdrowia rannych pozwalał na to, spotykali się oni z matkami i ojcami, a niekiedy nawet byli zabierani do rodzinnych domów na dalszą kurację. Znany jest tragiczny los jednego z podopiecznych Sczanieckiej, ks. Witolda Miaskowskiego, syna weterana powstań z lat 1831 i 1848, który był kapelanem w oddziale Kazimierza Mielęckiego. Ranny w boju kurował się w lazarecie w Strzelnie. Po zawiadomieniu rodziców o miejscu pobytu ks. Miaskowski zdążył jeszcze zobaczyć się z matką. Po wyleczeniu kapłan powrócił do swojej parafii za kordonem, do Złotkowa pod Kleczewem, ale wkrótce został aresztowany i zesłany na Syberię, gdzie zmarł[7].

Strzelno - Wzgórze Świętego Wojciecha. Lekarze i pacjenci lazaretu powstańczego z 1863-1864.

Niewiele zachowało się nazwisk w aktach pruskich nazwisk leczonych w Strzelnie powstańców. Wiemy, że przebywali tutaj: Walery Paulus z pobliskich Markowic, Marcin Konwiński - który dochodził tutaj dozdrowia w 1863 roku, Walenty Jabłoński z Kórnika - terminator szewski, Stanisław Jasiński z Witkowa - pisarz majątkowy, Herman Scheide aż z Tylży, Szczepan Pruszak - fornal z Piask po drugiej stronie Gopła, Franciszek Chłapowski - terminator szewski. Wszyscy przebywali w tym miejscu w dniu 1 stycznia 1864 roku[8]

Z kolei na liście z 21 lutego 1864 roku w „prywatnym lazarecie“ w Strzelnie znajdujemy 10 powstańców z których sześciu zmarło i prawdopodobnie zostali pochowani w Strzelnie, a byli to: Józef Gałęzowski alias Schmidt - ekonomista z Paryża, emigrant galicyjski z 1848 roku; Jan Leszczyński - nauczyciel muzyki z Nidzicy; Michał Wroński - agronom z Turwi; Mikołaj Dobrzyński - szewc z Trzemeszna; Aleksander Gawroński - ogrodnik z pobliskiego Nożyczyna oraz Stefan Ziemiński - malarz z Brodnicy w powiecie śremskim. Pozostała czwórka to nadal leczący się z ran: Konstanty Mokrodolski, alias Stanisław Wiśniewski - gimnazjalista z Gorzewa w powiecie wągrowieckim; Edmund Dąbrowski - elew gospodarczy z Sielec w powiecie średzkim; Walenty Kosiński - syn chałupnika z Parchania w powiecie inowrocławskim; Leon Stachowski - gimnazjalista z Poznania[9]

Niezadowolone z działalności lazaretu strzeleńskiego władze pruskie przeprowadzały w nim rewizje, aby w ten sposób zdobyć informacje, na które daremnie czekały od administracji szpitala. W związku z jedną z takich rewizji abp Przyłuski wystosował pismo do nadprezydenta Horna, w którym skarżył się, iż 9 marca 1864 roku o godz. 6,30, żandarm Schachwitz w asyście wojska dokonał rewizji budynków kościelnych, kościoła, klasztoru i plebani w Strzelnie u św. Trójcy. Rewizja ta, jak twierdził arcybiskup, była przeprowadzona bez pisemnego nakazu. Trwała do godz. 13,00, co uniemożliwiało odprawienie nabożeństwa. Arcybiskup przypomniał nadprezydentowi, iż powszechnie jest przyjęte, że o podobnych przedsięwzięciach powiadamia się władze kościelne. Lazaret strzeleński funkcjonował do 22 czerwca 1864 roku. Właśnie tego dnia radca dominium w Strzelnie przesłał nadprezydentowi prowincji poznańskiej zawiadomienie, że szpital uległ likwidacji[10].

Strzelno - Wzgórze Świętego Wojciecha. Widok na zespół poklasztorny - dawny lazaret powstańczy.

Po upadku Powstania Styczniowego wielu strzelnian - powstańców, którzy zostali pochwyceni przez Rosjan - trafiło na zesłanie, na Syberię. Kilkudziesięciu trafiło do więzienia w Inowrocławiu, a nawet do berlińskiej twierdzy-więzienia w dzielnicy Moabit, gdzie oczekiwali na słynny proces berliński. Bohaterami tamtych dni było dwoje młodych powstańców, późniejszych mieszkańców Strzelna - Michalina Rygiewicz i Mikołaj Siemianowski, pomiędzy którymi wybuchła wielka miłość. Oboje czynnie zaangażowali się w Powstanie Styczniowe. Ona była łączniczką między lazaretem powstańczym w Strzelnie a dworem szarlejskim oraz sztabem pułkownika Wincentego Raczkowskiego, stacjonującym w majątku Karczyn. Tam właśnie został aresztowany za udział w powstaniu Mikołaj, który potem był sądzony w więzieniach w Inowrocławiu, a następnie w Mobicie. W procesie berlińskim został skazany na dwa lata twierdzy, a po roku ułaskawiony. Po powrocie na Kujawy Mikołaj w 1865 roku poślubił Michalinę. Z tej miłości, która zakiełkowała w czasie powstania, zrodziło się małżonkom dziewięcioro dzieci. Dwoje z nich szczególną odegrało rolę w dziejach: prowincjonalnego Strzelna - Wanda; Górnego Śląska i Poznania - Józef. 

Siemianowscy byli bardzo zacną i patriotyczną rodziną, o której sam Stanisław PrzybyszewskiMoich współczesnych tak oto napisał:

Zarządcą Szarleja był przez długi szereg lat niezmiernie zacny człowiek, powstaniec z 63 roku, Mikołaj Siemianowski, a mógł się szczycić nie byle jaką towarzyszką swego życia. P. Michalina nie posiadała wprawdzie głębszego wykształcenia, ale w zamian za to prawdziwą kulturę serca i współczującą, we wszystko wnikającą intuicję. Z głębokim wzruszeniem wspominam tę piękną postać, a nie wiem dlaczego, ile razy ją wspomnę, przypomina mi się matka Szopena, Justyna Krzyżanowska. Dziwne, jak się czasem najodleglejsze asocjacje kojarzą. Między rodzicami moimi a rodziną Siemianowskich istniała głęboka i serdeczna przyjaźń, przez długi szereg lat niczym nie zakłócona; pamiętam, że matka moja z nikim tak chętnie i serdecznie nie przestawała, jak z p. Michaliną[11]

Warto jeszcze wspomnieć, że do dzisiaj na starej strzeleńskiej nekropoli znajduje się kilkadziesiąt zadbanych starych pomników nagrobnych, a pośród nim również sześć pomników powstańców styczniowych[12]:

1.      Lekarza z lazaretu dr. Karola Ferdynanda Gorczycy, patrioty, który do Strzelna przybył z Ełku, a o którym we wspomnieniu pośmiertnym napisano: Chociaż urodzony w zniemczonych i sprotestantyzowanych Mazurach, zapamiętał wyniosłe słowa wuja swego Mrongowiusza: <<chcę myśleć, żyć i umrzeć po mazursku>> i przyszedłszy na Kujawy, zrozumiał, że to nic innego nie znaczy, jak myśleć i żyć po polsku[13].

2.      Gimnazjalisty trzemeszeńskiego i powstańca styczniowego dr. Jakuba Cieślewicza - bojownika o wolność z naporem germanizacyjnym, którego zaborca pruski nazywał „Królem miejscowych Polaków“, pierwszego honorowego obywatela naszego miasta.

3.      Opisanych wyżej Michaliny z Rygiewiczów i Mikołaja Siemianowskich.

4.      Aleksandra Jacoba - sędziego sądu w Tykocinie, pracownika Wydziału Spraw Wewnętrznych Rządu Narodowego - wychodźcy, który zamieszkał w Wielkim Księstwie Poznańskim w Bożejewicach i Strzelnie.

5.      Ludwika Jasińskiego, powstańca, organizatora transportów broni dla walczących braci, właściciela podstrzeleńskich Bławat.

6.      Nikodema Modrzejewskiego - powstańca styczniowego, w wolnej Polsce awansowanego do stopnia podporucznika. 

W 150. rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego w 2013 roku Towarzystwo Miłośników Miasta Strzelna ufundowało tablicę pamiątkową na budynku byłego lazaretu powstańczego. Do tego też roku wszystkie pomniki nagrobne powstańców na starej strzeleńskiej nekropoli zostały przez członków TMMS poddane renowacji oraz odbudowie. Także z okazji tej rocznicy przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie miała miejsce plenerowa wystawa, na której zaprezentowane zostały również strzeleńskie wątki powstania styczniowego - lazaret.

CDN


[1] Helena Łuczakówna, Emilia Sczaniecka. Zarys Biografii na tle walk narodu polskiego o niepodległość, [w:] „Roczniki Historyczne“, Rocznik VI zeszyt 2, Poznań 1930, s. 129-196.

[2] Marek Rezler, Emilia Sczaniecka 1804-1896, Poznań 1996, s. 152, 153.

[3] Jolanta Dubikajtis, Zabudowa klasztoru norbertanek w Strzelnie w świetle inwentaryzacji Augusta W. Dorsteina z lat 1803-1804, [w:] „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej“ 1990, tom 38, nr 3-4, s. 273-289.

[4] „Dziennik Poznański“, 1868.04.07 nr 81 - wspomnienie pośmiertne; Piotr Szarejko, Słownik lekarzy polskich XIX wieku, T. III, Warszawa 1995, s. 91-92 (Cunow).

[5] Marek Rezler, op. cit., s. 156.

[6] Ibidem, s. 157.

[7] Ibidem, s. 159-160.

[8] Stanisław  Myśliborski-Wołowski, Rejencja bydgoska a powstanie styczniowe, Warszawa 1975, s. 156.

[9] Wacław Truszkowski-Fidler, Wykaz Wielkopolan uczestników powstania 1863 roku, [w:] Przegląd Historyczny 1937-1938, nr 34/2 s. 727-728.

[10] Stanisław  Myśliborski-Wołowski, op. cit., s. 156.

[11] Stanisław Przybyszewski, Moi współcześni. Wśród swoich, Cz. 2, Warszawa 1930, s. 16.

[12] Kazimierz Chudziński, Marian Przybylski, Strzeleńska nekropolia, Strzelno 2002, s. 60-62, 81-82, 85, 108-109, 132-136.

[13] Wspomnienie pośmiertne o śp. dr. Karolu Ferdynandzie Gorczycy, „Dziennik Poznański“, 1892.04.26 nr 95 -  s. 4.

sobota, 10 stycznia 2026

W czwartą rocznicę śmierci ks. kan. Ottona Szymków

Dzisiaj przypada czwarta rocznica śmierci ks. kan. Ottona Szymków - proboszcza strzeleńskiego, dziekana dekanatu strzeleńskiego, kanonika gremialnego kapituły kruszwickiej, diecezjalnego duszpasterza rolników i kapelana Rodziny Katyńskiej Ziemi Mogileńskiej, podporucznika Wojska Polskiego, Honorowego Obywatela Miasta Strzelna.

Ks. kan. Otton Szymków rozpoczął posługę w parafii Świętej Trójcy w Strzelnie 1 lipca 1997 roku. Wcześniej, bo od 1994 roku był proboszczem w parafii p.w. św. Mikołaja w Powidzu, a jeszcze wcześniej w parafii p.w. św. Barbary w Rechcie. To wówczas przy pięknym, starym, drewnianym kościółku wystawił murowaną plebanię. Gorliwy duszpasterz, który swoją posługą obejmował całą rodzinę parafialną codziennie głosząc Słowo Boże i sprawując święte Sakramenty. Znakomity kaznodzieja, którego kazania poruszały wiernych, a mowy pogrzebowa płynące z głębi serca otwierały - zdałby się powiedzieć - przed zbłąkanymi duszami podwoje Domu Pana. Ze szczególną troską zadbał o miejsca spoczynku Strzelnian, przeprowadzając liczne prace porządkowe i remontowe na miejscowych cmentarzach. Przyczynił się do odbudowy i postawienia licznych znaków wiary - kapliczek, figur i krzyży przydrożnych (Miradz, Strzelno, Młyny). Z wielką estymą darzył opieką kaplice w szpitalu strzeleńskim i we wsi Łąkie. Głosił Słowo Boże wśród chorych odwiedzając ich w domach i szpitalu.  

 

Ks. Otton Szymków był Kresowiakiem, synem ziemi podolskiej oderwanej od odrodzonej przed ponad 100 laty Ojczyzny - Rzeczypospolitej Polskiej. Tam, kiedy Polska została zniewolona przez okupanta sowieckiego, a później niemieckiego, przyszedł na świat 20 stycznia 1942 roku w miejscowości Lisowce w województwie tarnopolskim jako syn rolników Antoniego i Zuzanny z domu Nawrocka. Po zagarnięciu tych ziem przez Związek Radziecki, wraz z rodzicami i dwiema siostrami został repatriowany do Polski. Szymkowie obrali sobie za miejsce osiedlenia Wielkopolskę. Zamieszkali w miejscowości Łopienno w gminie Mieleszyn w powiecie wągrowieckim, prowadząc tu gospodarstwo rolne. Otton po ukończeniu Technikum Rolniczego początkowo gospodarzył na ojcowiźnie. Później, bo w 1967 roku rozpoczął studia teologiczne w Prymasowskim Seminarium Duchownym w Gnieźnie, przerwane na odbycie służby wojskowej i wyjazd do Kanady. Po powrocie w latach 1982-1983 kontynuował studia kapłańskie w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Świętej Rodziny w Kazimierzu Biskupim, które ukończył w 1983 rpku. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk ks. bpa Romana Andrzejewskiego, późniejszego krajowego duszpasterza rolników, w kościele klasztornym p.w. św. Jana Chrzciciela i Pięciu Braci Męczenników w Kazimierzu Biskupim.

Pierwszą misją kapłańską ks. Ottona Szymków było Kłecko, gdzie sprawował posługę w latach 1983-1986 jako wikariusz w parafii p.w. Świętego Jerzego i Świętej Jadwigi. Stąd na rok czasu przeszedł do Powidza do parafii p.w. św. Mikołaja. W 1987 roku objął w administrację parafię p.w. św. Barbary w Rechcie niedaleko Strzelna, gdzie proboszczował do 1994 roku. Na trzy lata powrócił na probostwo w Powidzu. Zdolności organizacyjne i zdobyta praktyka budowlana - plebania w Rechcie i kaplica w Powidzu oraz remont świątyni - sprawiły, że ks. abp Henryk Muszyński, Metropolita Gnieźnieński skierował ks. Ottona Szymków do Strzelna. Poza duszpasterzowaniem otrzymał zadanie doprowadzenia do "blasku" strzeleńskie perły sztuki romańskiej. Po prostu miał ogarnąć administracyjnie, gospodarczo i finansowo to wielkie "domostwo" jakim była parafia p.w. św. Trójcy, której świątynie i całe otoczenie wymagały pilnych remontów renowacyjnych, rewitalizacyjnych i rekonstrukcyjnych.

Dziś z perspektywy minionego czasu możemy powiedzieć, że podołał temu zadaniu znakomicie. Wzgórze św. Wojciecha, na którym stoją strzeleńskie świątynie tak pięknie jak widzimy to dzisiaj w swoich dziejach jeszcze nigdy nie wyglądało. Pamiętamy jak to wszystko się zaczęło wraz z przyjściem nowego proboszcza. Gdzieś z boku uczestniczyliśmy w tych zakrojonych na wielką skalę przedsięwzięciach konserwatorsko-remontowych. A wszystko zaczęło się od wizyty na wzgórzu przedstawicieli Sejmu i Senatu RP. Ta wizyta zainicjowała przedsięwzięcie na miarę wszech czasów, noszącym tytuł "Polonia Romanica". Był to program, nad którym patronat objął Sejm i Senat RP oraz głowa Kościoła gnieźnieńskiego, abp Henryk Muszyński. Programem tym objęto kompleksową rewitalizację wzgórza klasztornego z perłami naszymi, zabytkami sztuki romańskiej. Prace finalizujące, ostatnio poszerzonego przedsięwzięcia konserwatorskiego o nowe elementy prowadzone są po dzień dzisiejszy. W tym dziele nasz proboszcz ks. kan. Otton Szymków osiągnął tak wiele, że możemy go porównać do takich tytanów pracy jak wielcy budowniczowie prepozyci strzeleńscy; Paweł Wolski, Mikołaj Łukowski, czy Józef Łuczycki.

Proboszcz Szymków przez czas swego proboszczowania z wielkimi sukcesami realizuje trud renowacji i rewitalizacji zabytków w kompleksie ponorbertańskim w Strzelnie, w skład którego wchodzą romańska rotunda św. Prokopa – jeden z najcenniejszych zabytków tej epoki w Polsce, bazylika Świętej Trójcy – romańska świątynia przebudowywana kilkakrotnie w stylu gotyckim i barokowym, klasztor ponorbertański, dwór prepozyta oraz ogrody norbertańskie. Dzięki staraniom księdza Ottona Szymków pozyskane zostały liczne fundusze na konserwację całego zespołu, z uwzględnieniem wnętrza bazyliki Świętej Trójcy i rotundy św. Prokopa. Odrestaurowano również elementy wyposażania, kamieniarkę, dachy ceramiczne, zrewitalizowano wzgórze poklasztorne, nadano nowy wymiar i funkcję ogrodom norbertańskim.

Oprócz aktywnej pracy duszpasterskiej angażował się w działalność charytatywną, edukacyjną, teatralno-ewangelizacyjną oraz organizację znaczących wydarzeń kulturalnych i turystycznych w ramach powołanego jego staraniami a działającego przy parafii Muzeum - Romańskiego Ośrodka Kultury Ottona i Bolesława. To za jego przyczyną na trwałe do kalendarza wydarzeń kulturalnych regionu wpisały się: Orszak Trzech Króli, Misterium Męki Pańskiej, Konkurs Palm Wielkanocnych, Dni Norbertańskie, Noc Świętych, plenery malarsko-rzeźbiarskie, warsztaty plastyczne i historyczne dla młodzieży, warsztaty rękodzielnictwa artystycznego, spotkania z historią, widowiska historyczne, festyny, dożynki, wystawy, koncerty i rocznice patriotyczne.

Pamiętamy cieszące się wielką popularnością wykłady na Prymasowskim Uniwersytecie Ludowym - historycznym PULSIE, których kontynuacją są jesienno-zimowe spotkania ze światem nauki w Klubie Dobrego Rolnika, obejmującego swą działalnością całe Kujawy Zachodnie. Silnie angażował się w działalność Towarzystwa Czytelni Ludowych, prowadząc przy tym ożywioną współpracę z naszymi placówkami oświatowymi. To był dobry ojciec naszej parafii patronujący Parafialnemu Zespołowi Caritas. Swoją opieką objął najuboższych i najbardziej potrzebujących, przygarniając bezdomnych i uzależnionych. Zainicjował przy parafii działalność Klubu Anonimowych Alkoholików. Dał schronienie i przysłowiowy dach nad głową wyręczając w tym zadaniu samorząd.

16 października 2016 roku został wyróżniony najwyższym marszałkowskim odznaczeniem, medalem Unitas Durat Palatinatus Cuiaviano-Pomeranensis. Sukcesem ks. kanonika było odebranie 20 kwietnia 2018 r. z rąk Prezydenta RP Andrzeja Dudy rozporządzenia, w którym uznano Strzelno - zespół dawnego klasztoru Norbertanek za Pomnik Historii. W uzasadnieniu nadania tego prestiżowego tytułu czytamy, że zespół dawnego klasztoru Norbertanek w Strzelnie, z kościołem p.w. św. Prokopa, kościołem p.w. Świętej Trójcy, klasztorem oraz dworem prepozytów (obecną plebanią), stanowi unikatowy w skali ogólnopolskiej zespół zabytkowy o wyjątkowej wartości artystycznej i historycznej.

28 września 2018 roku w Strzelnie miała miejsce uroczysta Sesja Rady Miejskiej, podczas której nadano proboszczowi strzeleńskiemu ks. kan. Ottonowi Szymków, dziekanowi strzeleńskiemu, kanonikowi gremialnemu kapituły kruszwickiej, diecezjalnemu duszpasterzowi rolników i kapelanowi Rodziny Katyńskiej Ziemi Mogileńskiej, podporucznikowi Wojska Polskiego tytuł Honorowego Obywatela Miasta Strzelna.

Dobry człowiek, to zbyt mało powiedziane. Znakomity kapłan, to już więcej. Wspaniały ojciec, ojciec naszej rodziny parafialnej, opiekun, to są te słowa, które cechowały ks. kan. Ottona Szymków. Czy można więcej w dobrych słowach o Nim powiedzieć...

Jak żegnaliśmy naszego Ojca...

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2022/01/wspomnienie-w-dzien-80-urodzin-ks-kan.html

 

wtorek, 6 stycznia 2026

Strzeleński Orszak Trzech Króli

Odkąd święto Trzech Króli, znane jako Epiphania Domini - Święto Objawienia Pańskiego, ustanowiono dniem wolnym od pracy, po miastach i wsiach polskich zaczęły chodzić barwne orszaki przebierańców, na czele których kroczą królowie Kacper Melchior i Baltazar. W Strzelnie po raz pierwszy taki orszak zorganizowano 6 stycznia 2013 roku. Zatem w tym roku będzie to 14-ty orszak. Inicjatorem i organizatorem orszaków był śp. ks. kan. Otton Szymków. Od tego czasu, corocznie o godz. 11:00 wyruszał orszak z bazyliki św. Trójcy i ulicami: Plac św. Wojciecha, Kościelna, Gimnazjalna, Powstania Wielkopolskiego, Świętego Ducha, Rynek, Kościelna, Plac św. Ducha przemierzył śródmieście i o godzinie 11:30 docierał do świątyni na uroczystą mszę św.

Oto foto-relacja z tego pięknego i barwnego przemarszu utrwalona w 2023 roku okiem Heliodora Rucińskiego


















Ten, jak już możemy powiedzieć, zwyczaj zapoczątkowany został w Łodzi i Warszawie w 2009 roku. Wówczas po raz pierwszy kameralne jasełka przeniesiono w przestrzeń miejską organizując orszaki uliczne. Zatem, jest to coś nowego, coś co wyrasta z kultury chrześcijańskiej i coś, co posiada już swoją nazwę. Owo przedstawienie, jasełka miejskie to „Orszak Trzech Króli” – przedstawienie jasełkowe w przestrzeni miejskiej nawiązujące do nowotestamentowego złożenia darów przez mędrców-magów narodzonemu Dzieciątku Bożemu. Dopiero w IX wieko nadano im imiona Kacpra, Melchiora i Baltazara. Kacper przedstawiany jest jako ofiarujący mirrę czarnoskóry, Melchior - jako dający złoto biały Europejczyk i Baltazar - Azjata o żółtej skórze przynoszący do żłóbka kadzidło.

6 stycznia, jest świętem nakazanym, czyli katolik ma obowiązek tego dnia wziąć udział we mszy św. W ten dzień w kościołach święci się kadzidło i kredę. Kreda służy do oznaczania drzwi literami K+M+B. Obecnie mówi się, że to inicjały imion królów, dawniej były to odczytywane jako pierwsze litery łacińskiego zdania: Christus mansionem benedicat - Niech Chrystus mieszkanie błogosławi. A kadzidłem, czyli suszonymi ziołami i startą żywicą okadza się domy.

Święto Trzech Króli było dniem wolnym od pracy po raz ostatni w 1960 roku. Oficjalnej rangi pozbawił je Sejm PRL. Starania o przywrócenie dnia 6 stycznia jako ustawowo wolnego od pracy podjął w 2008 roku ówczesny prezydent miasta Łodzi Jerzy Kropiwnicki. Pod obywatelskim projektem ustawy w tej sprawie zebrano w całej Polsce ponad 1,5 miliona podpisów. W 2010 roku Sejm ustanowił 6 stycznia dniem wolnym od pracy. Podobnie jest w Niemczech, Austrii, Chorwacji, Grecji, Hiszpanii, Słowacji, Szwajcarii, Włoszech, Szwecji i Finlandii.


sobota, 3 stycznia 2026

Przebieg Powstania Wielkopolskiego 1918-1919 w części północno-wschodniej powiatu strzeleńskiego

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego

Obraz tamtych dni - zrywu powstańczego z lat 1918-1919 w okolicach Kościeszek i Markowic - możemy przywołać dzięki zachowanym wspomnieniom wikariusza ludziskiego, a zarazem rezydenta markowickiego ks. Wacława Morkowskiego. Jego obszerne fragmenty znalazły się na stronach napisanej przez niego przed śmiercią pracy o Powstaniu Wielkopolskim. Praca ta ukazała się w odcinkach w 1939 r. na łamach „Dziennika Kujawskiego“ i zatytułowana została Rycerskie przebudzenie na Kujawach z podtytułem Wspomnienia kapelana 3 pułku strzelców wielkopolskich. W niniejszym artykule przybliżę fragmenty pamiętnika ks. Morkowskiego tyczące okolic Kościeszek i Markowic. Pomijam Kruszwicę, gdyż temat powstańcy z tego miasta jest stosunkowo dobrze znany.

Markowice, dnia 2 stycznia 1919 r.

Z Poznania od dnia 27 grudnia 1918 r. nie docierają do wsi dzienniki, odczuwany jest brak pewnych wiadomości o przebiegu walk w Poznaniu i postępie powstania na prowincji.

Wówczas nic jeszcze od zwykłych zajęć codziennych nie odrywało mieszkańców Markowic. Zaproszony przez ks. Panieńskiego, proboszcza z Polanowic i administratora w Kościeszkach, ks. wikariusz Morkowski wyjechał przez Sławsk Wielki, aby razem z ks. dziekanem Schwartzem, drogą na Kruszwicę stanąć w Kościeszkach nad Gopłem, gdzie przy wielkim napływie wiernych pomoc w konfesjonałach tamtejszych świadczyli. Nazajutrz miało się odbyć w kościele uroczyste nabożeństwo z okazji powrotu żołnierzy tamtejszej parafii z wojny światowej.


Kiedy po ukończonej posłudze w kościele zajechali księża do Golejewa i zasiedli do stołu, aby w gościnnym dworze Józefa Zabłockiego przed drogą powrotną wieczorem przyjąć posiłek, do jadalni wpadł wzburzony i podniecony dr Bogdan Amrogowicz, obywatel ziemski z Rzeszynka z wiadomościami, które momentalnie wszystkich postawiły na nogi, również tych, co nie zdążyli jeszcze zaspokoić głodu.
- Pod Strzelnem - mówił pełen zapału p. Amrogowicz - strzelanina! Ludność miasta wraz z powstańcami idącymi od Gniezna dzisiejszej nocy zaatakuje Grenzschutz w Strzelnie. Wzywa się wsie, aby przybyły z posiłkami.
Takie rzuciwszy wezwanie i niespodziewaną nowinę poprosił ks. dziekana Schwartza na stronę. Wyspowiadał się, wymienił z kapłanem pożegnalny uścisk dłoni. Z karabinem na ramieniu dosiadł konia i jak strzała poleciał po swoich ludzi, i pod Strzelno. Tymczasem księża postanowili, że każdy z nich w swojej parafii natychmiast zorganizuje oddziały ochotników, kto zdąży wyprawi je jeszcze tej nocy na Strzelno, reszta będzie je miała od jutra w pogotowiu.

Ks. Morkowski wsiadł do powozu dziekana Schwartza, aby na jego zaproszenie dotrzymać mu towarzystwa do Sławska Wielkiego, a tam czekały już na niego konie z Markowic.
Po drodze kapłani rozważali szanse walki o Strzelno.
- Ludzi i żołnierzy - mówi dziekan zamyślony - z rzemiosłem wojennym znakomicie obeznanych mamy aż nadto, ale skąd wezmą strzelnianie - skąd my weźmiemy broń do naszych?
- Broni nie mamy, to prawda - odpowiedział wikary - ale przecież Niemcy są strachem podszyci i po klęsce na Zachodzie coraz niewyraźnie czują się wśród nas.

Wśród cichej, pogodnej i mroźnej nocy zimowej niepokojące zaczęły udzielać się podróżnym  obawy. Tu i tam mijali żołnierzy niemieckich z obładowanymi tornistrami na plecach, ale bez karabinów, wymykających się cichaczem w pojedynkę, po dwóch lub trzech w stronę Inowrocławia. Na torze kolejowym zauważyli nieoświetloną motorówkę [drezynę - M.P.], ostrożnie posuwającą się w stronę Kruszwicy.

Centrum Markowic w dobie Powstania Wielkopolskiego
Załogi niemieckie w Inowrocławiu i Strzelnie wystrzeliwały rakiety świetlne, które na niebie usianym gwiazdami, jasnymi błyskami na chwilę rozjaśniały kontury zabudowań miejskich. W tych momentach, jakże dalekie dają oku ludzkiemu perspektywy równin kujawskich, na których ani wzniesienia, ani pagórka, tylko osady bogate i ludne wsie, wzrok hamują. Z wieży kościoła markowickiego doskonale były widziane: Inowrocław, Strzelno, Kruszwica. Iluminacja ta bawiła, a przecież to sygnały wojenne, kto wie, może groźne dla naszych.

- Inowrocław - powiedział do dziekana ks. Morkowski - mając silną załogę, mógłby pod Strzelno wysłać posiłki, wtedy klęska powstańców pod miastem byłaby nieunikniona.
- Dowódca niemiecki - snuje swą myśl ks. dziekan - zdaje sobie chyba sprawę z tego, że sam na wulkanie siedzi, że osłabienie własnej załogi przyspieszyłoby powstanie ludności w Inowrocławiu.
- Tak jest - przyznaje wikariusz - wyjść z Inowrocławia nie mogą, chyba na swoją zgubę. Łatwo mogliby bowiem zostać w drodze przez ludność wiejską otoczeni i przy niewielkim nawet udziale uzbrojonych powstańców, rozbrojeni.

W liście swoim z 16 grudnia 1935 r. ks. dziekan Schwartz pisał do ks. Morkowskiego, że przypomina sobie, kiedy późnym wieczorem wracali z Kościeszek zauważyli również jadący do Kruszwicy wagon motorowy. W nocy na 3 stycznia palił się stóg słomy w Kobylnikach. Stróż nocny zapukał do okna sypialni proboszcza, donosząc o tym wypadku. Był to znak, że Polacy mają rozbrajać Niemców po wioskach i rano już maszerował przez Sławsk uzbrojony oddział powstańców ze sztandarem narodowym - Widząc to, ze łzami radości w oczach uklęknąłem przy oknie i dziękowałem Panu Bogu, żem się doczekał tej chwili - pisał ks. dziekan Schwartz.

Było już dobrze po północy, kiedy młody wikariusz stanął w Markowicach. Tam w starych, grubych murach poklasztornych Ojców Karmelitów do kościoła przylegających, znajdowało się jego mieszkanie.
- Mija prawie 100 lat - pomyślał - kiedy was Prusacy stąd wygnali, ale teraz nastąpi odwet.

Przechodząc zaś obok sklepień, gdzie pod kościołem wraz z zakonnikami rycerze dawni, kasztelani i inni godni Polacy po robocie dni swoich w długim i nieprzerwanym śnie odpoczywali, prosił ich kapłan - od czasu do czasu bowiem odwiedzał ich, zaglądał do trumien otwartych i był w dobrych z nimi stosunkach - aby instancją swoją i protekcją wsparli powstańców, by Sprawiedliwość Najwyższa krzywdę wyrządzoną Polsce naprawiła, a wierni i wolni Polacy im za to wspaniałe to mieszkanie przez Prusaków ograbione, w Polsce wolnej uświetnią.

Ks. Morkowski postanowił zbudzić kościelnego markowickiego, Jana Kowalskiego, w przekonaniu, że będzie on miał wiadomości o sytuacji pod Strzelnem i ewentualnie polecenie dla niego. Nie mylił się.
- Wieczorem - powiedział Kowalski - zjawił się w Markowicach administrator majątku Ludzisko, Czesław Benedykciński. Gdy księdza nie zastał w domu uradziliśmy, by wysłać pod Strzelno wywiadowców na rowerach.

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego - mleczarnia Winiarskiego i dom urzędniczy
 Wywiad rowerowy prowadził Władysław Sobociński i przyniósł z niego dobre wiadomości: - Strzelno było otoczone przez powstańców i robotników z pobliskich wiosek. Posiłki nie były potrzebne. Wobec tego, zaleciwszy nam milczenie przed Niemcami, Benedykciński odjechał do Ludziska.
- Wasza akcja - rzekł ksiądz do kościelnego - zacznie się jutro od rana.
- Czyżby uderzyć we dzwony - pyta się Kowalski - i zaalarmować parafię?
- Dzwonieniem - odpowiedział kapłan - postawilibyśmy również Niemców na nogi, a choć tutaj jest ich niewielu, są to grube ryby. Dzwonami głosić będziemy zwycięstwo! Chorągiew też trzeba zawczasu przygotować i to narodową. Wywiesimy ją na wieży kościoła, a tym czasem zabrać musimy się do roboty i to ostrożnie.
Uzgodnili jeszcze z Kowalskim nazwiska ludzi pewnych, odważnych i zaufanych, a syn jego Zygmunt otrzymała polecenie zwołać ich o brzasku, tj. zaraz po mszy św. do klasztoru. Po tym zarządzeniu ks. Morkowski ułożył się do snu.

Markowice, 3 stycznia 1919 r.

Kiedy przebudzony ciężkimi krokami w sypialni ks. Morkowski otworzył oczy, przy łóżku jego stał żołnierz w mundurze pruskim. Zatknięte za pasem granaty nadawały tej postaci, przy panującym w pokoju mroku, grozy.
- Strzelno padło! - błysnęło przez myśl przebudzonego. Kapłan nie odzywał się, starając się odzyskać przytomność. - Jak on tu się dostał? Jak reagować na tę nieproszoną, niezwykłą wizytę? I już chciał się odezwać, gdy w tym usłyszał:
- Niech będzie pochwalony! - Słuch go nie mylił, był to swój.
- Wzięliśmy Strzelno tej nocy, oto rozkaz dla księdza - powiedział ranny przybysz i wręczył księdzu papier od Straży Ludowej w Strzelnie z poleceniem wystawienia oddziału ochotników z parafii i przeprowadzenia rekwizycji broni u Niemców. Żołnierzem, który stał przed kapłanem był kapral Bruk z oswobodzonego Strzelna.

Wikariusz zerwał się z łóżka jak oparzony, a kiedy po mszy św. wyszedł przed kościół, cała wieś przebudzona niezwykłą nowiną, wśród wrzawy i gwaru wypełniła obszerny plac przykościelny. Po kilku radosnych słowach apelu wygłoszonego do zebranych na wieść o zdobyciu Strzelna, ks. Morkowski wezwał byłych żołnierzy, by na ochotnika przystąpili do przejęcia władzy w Markowicach, wstąpili do organizacji powstańczej i Straży Ludowej oraz bezzwłocznie przeprowadzili rekwirowanie broni u Niemców z obszaru parafii.

Zgłosili się wszyscy byli żołnierze i dojrzała młodzież. Nikt z nich nie miał karabinu, więc uzbroili się w to, co kto miał. Przemysław Winiarski, właściciel mleczarni miał najlepszą broń, bo sztucer dalekosiężny i rewolwer żandarmerii pruskiej. Żandarm mieszkał w jego domu i zapewne to jemu tę broń zabrał. Nade wszystko imponował trąbką przybraną kokardą narodową i grą na niej porywał zebranych do działań. Władysław Sobociński w szpadę i rewolwer się uzbroił, Andrzej Bandoch z bagnetem się stawił, który z okopów wojennych przywiózł sobie do sprawiania wieprzów. Widząc to inni zawrócili na piętach i wkrótce stawili się: Władysław Steinborn z ojcowską dubeltówką na plecach i z kieszeniami wypchanymi nabojami, to samo Antoni Szydłowski i Aleksander Stiller - późniejszy wachmistrz Pułku Ułanów w Bydgoszczy. Franciszek Świtalski, Józef Szczepaniak i Franciszek Pawlak browningów próbowali, a Wojciech i Marcin Zgodzińscy, Pawłowski i Zygmunt Kowalski staroświeckie mając rewolwery rej wodzili wśród tych, co tylko z pałkami i kijami stanęli w szeregu. Nie upłynęło pół godziny i partia była gotowa.

Podział oddziału na cztery grupy z przydziałem stosownych instrukcji był dziełem jednej chwili. Pierwsza partia ruszyła na Niemojewko i Kruszę Zamkową, druga przeciw kolonistom do Kruszy Duchownej (Lindenthal), i do Tupadeł (Sagenfeld), trzecia do Żernik oraz czwarty, najsilniejszy, do dworu markowickiego z Winiarskim na czele.

Pałac Wilamowitzów-Moellendorffów i Clausa von Heydebrecka w dobie Powstania Wielkopolskiego
Ks. Morkowski zalecił powstańcom, by ci podczas rekwirowania broni kierowali się rozwagą i rycerskością. Dla samego kapłana sytuacja była wielce kłopotliwa. Znał osobiście dziedziców Markowic i Kruszy Zamkowej - pułkownika Clausa von Heydebrecka i Carla Cordsa, u których często bywał goszczony. Cords należał do ludzi spokojnych, za to Heydebreck łatwo wpadał w gniew i bywał wybuchowy. Ksiądz wysłał wprawdzie do dworu łącznika, gdy jednak ten nie wracał, wyczekiwanie zwiększyło u niego niepokój i rad nie rad sam puścił się w stronę dworu.

Tymczasem powstańcy przerażonej dziedziczce Hildegardzie von Heydebreck i jej córkom zapowiedzieli, że przy najmniejszej próbie oporu puszczą z dymem dwór i ich cały dobytek. Po tej przestrodze bezzwłocznie przeszukali mieszkanie, zabierając zgromadzoną broń, przeważnie myśliwską i do tego bardzo cenną. W międzyczasie nie obyło się bez scen spięcia. Pułkownik szybko zorientował się, że ma do czynienia z markowiczanami, w których rozpoznał również swoich pracowników folwarcznych, a także wyczuł, iż byli oni inspirowani do działań przez ks. wikarego. Wówczas też posypały się w ich kierunku gromy, nie oszczędzające również kapłana. Heydebreck w powstanie narodowe nie wierzył i dlatego działań markowiczan w tym względzie nie rozumiał. Widział w nich rewolucję socjalistyczną, która patriotom polskim miała wyrosnąć ponad głowę. Samego ks. Morkowskiego ostrzegał, że za zamiar użycia broni myśliwskiej do walki z ludźmi grożą wielkie sankcje wynikające z prawa międzynarodowego i przyszłość powstańców malował w czarnych kolorach. Wywiązała się między nimi ostra rozmowa i po krótkiej wymianie zdań pułkownik, po zezwoleniu na zatrzymanie jednego browninga do obrony osobistej, uspokoił się. Sprawami zbrojnej walki pomiędzy Niemcami i Polakami więcej się nie zajmował.

Do zbrojowni urządzonej w dawnym refektarzu klasztornym zaczęła napływać broń zarekwirowana Niemcom. Zakrystian, który z zawodu był krawcem zamienił igłę na bagnet, stając się pierwszym rusznikarzem i stróżem składnicy broni.

Zarząd Okręgu Pomorskiego Związku Weteranów Powstań Narodowych RP 1914-1919. Pierwszy od lewej w dolnym szeregu Przemysław Winiarski.
 Szczególnie obfity łup powstańcy zdobyli w Kruszy Zamkowej. Odbywało się tam dzień wcześniej, 2 stycznia polowanie. Z Polaków brał w nim udział proboszcz parafii ludziskiej ks. Narcyz Putz. Według jego relacji - myśliwi pod wieczór zamykali ostatni kocioł i kończyli polowanie, gdy od Strzelna przygalopował na spienionym koniu tamtejszy żandarm z raportem o powstańcach zbliżających się od strony Mogilna. Niemców ogarnęła konsternacja, szczególnie landrata i nadleśniczego. Pytając się proboszcza, co robić? - usłyszeli odpowiedz, że kto wobec Polaków sumienie ma czyste niech spokojnie pozostanie na miejscu. Pospiesznie porozjeżdżali się wszyscy. Do stołu przygotowanego we dworze na kilkanaście osób zasiadł gospodarz domy z jednym tylko biesiadnikiem ks. Putzem. Cała broń, którą przerażeni myśliwi pozostawili we dworze w Kruszy Zamkowej stała się łupem powstańców z Markowic.

U kolonistów w Kruszy Duchownej również znaleziono wiele broni. Sam Stiller znalazł ukryte w studni 4 karabiny. Oba oddziały dostarczyły do zbrojowni markowickiej pełen wóz przeróżnej broni. Rekwizycja broni odniosła podwójny skutek, powstańców zaopatrzyła w broń, a Niemcom do reszty odebrała ducha. Ks. Morkowski rozdzielił broń pomiędzy 70 powstańców i w ten sposób uformowany został oddział markowicki, nad którym komendę objął Przemysław Winiarski, późniejszy sierżant, a następnie podporucznik Wojska Polskiego. Nowo upieczony dowódca nie posiadał doświadczenia wojskowego. Z racji prowadzenia własnej mleczarni i zaopatrywania w masło wojska i mieszkańców Inowrocławia był odraczany od służby wojskowej. Był organizatorem służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej w Markowicach, wywiadowcą i po przejęciu miejscowej poczty jej zawiadowcą. Ks. Morkowski przywołując sylwetkę Winiarskiego tak go opisał: - najchętniej przecież stawał na środku wsi i na zbiórkę trąbił, ruch wtedy i życie wrzało w naszej wsi, przedtem tak spokojnej.

3 stycznia 1919 r. na pocztę w Markowicach przyszedł telegram od inowrocławskiej Rady Żołniersko-Ludowej, donoszący o rozejmie, zawartym tegoż dnia o godz.1:30 pomiędzy emisariuszami Naczelnej rady Ludowej w Poznaniu a majorem Grollmanem, dowódcą załogi niemieckiej w Inowrocławiu.

Markowice, 4 stycznia 1919 r.

W tym dniu ks. Wacław Morkowski dopinał organizację służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej i łączności. Markowice wróciły znowu do normalnego życia i funkcjonowania. Około południa przybył z Inowrocławia do klasztoru, do mieszkania ks. Morkowskiego mecenas Koszutski, delegat Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu. Celem jego wizyty było przekonanie kapłana, by ten hamująco wpłynął na zapędy miejscowych powstańców marszu na Inowrocław. Przy kieliszku wina, wysłuchał gościa i przedstawił mu swój punkt widzenia na działania zbrojne powstańców oraz na decyzje NRL. Ks. Morkowski był rad, że markowiczanie zdążyli przejąć władzę we wsi, przed podpisaniem rozejmu w Inowrocławiu…

Markowice, 5 stycznia 1919 r.

Przed brzaskiem, w szarym mroku tonęła jeszcze wieś, kiedy Przemysław Winiarski krocząc środkiem ulicy obwieszczał swoją sygnałówką zbiórkę wszystkich mężczyzn. Po chwili wszyscy pośpieszyli na plac przed kościołem, miejsce spotkań i wieców od czasu wybuchu powstania. Głos zabrał ks. Morkowski, który zapoznał wszystkich z postępami powstańców, którzy pod komendą ppor. Pawła Cymsa przygotowywali szturm na Inowrocław.
- Wszyscy pójdziemy! - odezwał się ktoś z tłumu. Poparli go inni dodając - śpieszmy się, na wozach pojedziemy!
- Ale ksiądz z nami! - wołał jeden ze starszych gospodarzy, co całą wojnę w domu przesiedział, bo nie było w magazynach niemieckich munduru na jego wzrost i tuszę.
- Bez księdza nie pojedziemy! - przyklasnęli wszyscy!
- Szabla mi się nie należy - odparł ksiądz słowami  ks. Marka, kapelana konfederatów barskich, dodając - nie przez nią Pan Bóg uderzy.

Z braku szabli kapłan wybrał browning myśliwski. Po odprawionej w kościele służbie Bożej i modłach polecających powstańców Boskiej opiece, gdy wozy stały już gotowe, wszyscy jak jeden mąż ruszyli z wesołą gwarą i pośpiechem…



Z Markowic, podczas niemieckiej ofensywy nadnoteckiej, pod Kcynią poległo dwóch powstańców, Stanisław (Józef) Bandoch - 7 lutego 1919 r. i Wojciech Zgodziński - 20 lutego 1919 r. Jak zanotował w swoich wspomnieniach ks. Morkowski: - Zgodzińskiego tylko można było do Markowic sprowadzić i uroczystym na cmentarzu przy kościele uczcić pogrzebem.