sobota, 10 stycznia 2026

W czwartą rocznicę śmierci ks. kan. Ottona Szymków

Dzisiaj przypada czwarta rocznica śmierci ks. kan. Ottona Szymków - proboszcza strzeleńskiego, dziekana dekanatu strzeleńskiego, kanonika gremialnego kapituły kruszwickiej, diecezjalnego duszpasterza rolników i kapelana Rodziny Katyńskiej Ziemi Mogileńskiej, podporucznika Wojska Polskiego, Honorowego Obywatela Miasta Strzelna.

Ks. kan. Otton Szymków rozpoczął posługę w parafii Świętej Trójcy w Strzelnie 1 lipca 1997 roku. Wcześniej, bo od 1994 roku był proboszczem w parafii p.w. św. Mikołaja w Powidzu, a jeszcze wcześniej w parafii p.w. św. Barbary w Rechcie. To wówczas przy pięknym, starym, drewnianym kościółku wystawił murowaną plebanię. Gorliwy duszpasterz, który swoją posługą obejmował całą rodzinę parafialną codziennie głosząc Słowo Boże i sprawując święte Sakramenty. Znakomity kaznodzieja, którego kazania poruszały wiernych, a mowy pogrzebowa płynące z głębi serca otwierały - zdałby się powiedzieć - przed zbłąkanymi duszami podwoje Domu Pana. Ze szczególną troską zadbał o miejsca spoczynku Strzelnian, przeprowadzając liczne prace porządkowe i remontowe na miejscowych cmentarzach. Przyczynił się do odbudowy i postawienia licznych znaków wiary - kapliczek, figur i krzyży przydrożnych (Miradz, Strzelno, Młyny). Z wielką estymą darzył opieką kaplice w szpitalu strzeleńskim i we wsi Łąkie. Głosił Słowo Boże wśród chorych odwiedzając ich w domach i szpitalu.  

 

Ks. Otton Szymków był Kresowiakiem, synem ziemi podolskiej oderwanej od odrodzonej przed ponad 100 laty Ojczyzny - Rzeczypospolitej Polskiej. Tam, kiedy Polska została zniewolona przez okupanta sowieckiego, a później niemieckiego, przyszedł na świat 20 stycznia 1942 roku w miejscowości Lisowce w województwie tarnopolskim jako syn rolników Antoniego i Zuzanny z domu Nawrocka. Po zagarnięciu tych ziem przez Związek Radziecki, wraz z rodzicami i dwiema siostrami został repatriowany do Polski. Szymkowie obrali sobie za miejsce osiedlenia Wielkopolskę. Zamieszkali w miejscowości Łopienno w gminie Mieleszyn w powiecie wągrowieckim, prowadząc tu gospodarstwo rolne. Otton po ukończeniu Technikum Rolniczego początkowo gospodarzył na ojcowiźnie. Później, bo w 1967 roku rozpoczął studia teologiczne w Prymasowskim Seminarium Duchownym w Gnieźnie, przerwane na odbycie służby wojskowej i wyjazd do Kanady. Po powrocie w latach 1982-1983 kontynuował studia kapłańskie w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Świętej Rodziny w Kazimierzu Biskupim, które ukończył w 1983 rpku. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk ks. bpa Romana Andrzejewskiego, późniejszego krajowego duszpasterza rolników, w kościele klasztornym p.w. św. Jana Chrzciciela i Pięciu Braci Męczenników w Kazimierzu Biskupim.

Pierwszą misją kapłańską ks. Ottona Szymków było Kłecko, gdzie sprawował posługę w latach 1983-1986 jako wikariusz w parafii p.w. Świętego Jerzego i Świętej Jadwigi. Stąd na rok czasu przeszedł do Powidza do parafii p.w. św. Mikołaja. W 1987 roku objął w administrację parafię p.w. św. Barbary w Rechcie niedaleko Strzelna, gdzie proboszczował do 1994 roku. Na trzy lata powrócił na probostwo w Powidzu. Zdolności organizacyjne i zdobyta praktyka budowlana - plebania w Rechcie i kaplica w Powidzu oraz remont świątyni - sprawiły, że ks. abp Henryk Muszyński, Metropolita Gnieźnieński skierował ks. Ottona Szymków do Strzelna. Poza duszpasterzowaniem otrzymał zadanie doprowadzenia do "blasku" strzeleńskie perły sztuki romańskiej. Po prostu miał ogarnąć administracyjnie, gospodarczo i finansowo to wielkie "domostwo" jakim była parafia p.w. św. Trójcy, której świątynie i całe otoczenie wymagały pilnych remontów renowacyjnych, rewitalizacyjnych i rekonstrukcyjnych.

Dziś z perspektywy minionego czasu możemy powiedzieć, że podołał temu zadaniu znakomicie. Wzgórze św. Wojciecha, na którym stoją strzeleńskie świątynie tak pięknie jak widzimy to dzisiaj w swoich dziejach jeszcze nigdy nie wyglądało. Pamiętamy jak to wszystko się zaczęło wraz z przyjściem nowego proboszcza. Gdzieś z boku uczestniczyliśmy w tych zakrojonych na wielką skalę przedsięwzięciach konserwatorsko-remontowych. A wszystko zaczęło się od wizyty na wzgórzu przedstawicieli Sejmu i Senatu RP. Ta wizyta zainicjowała przedsięwzięcie na miarę wszech czasów, noszącym tytuł "Polonia Romanica". Był to program, nad którym patronat objął Sejm i Senat RP oraz głowa Kościoła gnieźnieńskiego, abp Henryk Muszyński. Programem tym objęto kompleksową rewitalizację wzgórza klasztornego z perłami naszymi, zabytkami sztuki romańskiej. Prace finalizujące, ostatnio poszerzonego przedsięwzięcia konserwatorskiego o nowe elementy prowadzone są po dzień dzisiejszy. W tym dziele nasz proboszcz ks. kan. Otton Szymków osiągnął tak wiele, że możemy go porównać do takich tytanów pracy jak wielcy budowniczowie prepozyci strzeleńscy; Paweł Wolski, Mikołaj Łukowski, czy Józef Łuczycki.

Proboszcz Szymków przez czas swego proboszczowania z wielkimi sukcesami realizuje trud renowacji i rewitalizacji zabytków w kompleksie ponorbertańskim w Strzelnie, w skład którego wchodzą romańska rotunda św. Prokopa – jeden z najcenniejszych zabytków tej epoki w Polsce, bazylika Świętej Trójcy – romańska świątynia przebudowywana kilkakrotnie w stylu gotyckim i barokowym, klasztor ponorbertański, dwór prepozyta oraz ogrody norbertańskie. Dzięki staraniom księdza Ottona Szymków pozyskane zostały liczne fundusze na konserwację całego zespołu, z uwzględnieniem wnętrza bazyliki Świętej Trójcy i rotundy św. Prokopa. Odrestaurowano również elementy wyposażania, kamieniarkę, dachy ceramiczne, zrewitalizowano wzgórze poklasztorne, nadano nowy wymiar i funkcję ogrodom norbertańskim.

Oprócz aktywnej pracy duszpasterskiej angażował się w działalność charytatywną, edukacyjną, teatralno-ewangelizacyjną oraz organizację znaczących wydarzeń kulturalnych i turystycznych w ramach powołanego jego staraniami a działającego przy parafii Muzeum - Romańskiego Ośrodka Kultury Ottona i Bolesława. To za jego przyczyną na trwałe do kalendarza wydarzeń kulturalnych regionu wpisały się: Orszak Trzech Króli, Misterium Męki Pańskiej, Konkurs Palm Wielkanocnych, Dni Norbertańskie, Noc Świętych, plenery malarsko-rzeźbiarskie, warsztaty plastyczne i historyczne dla młodzieży, warsztaty rękodzielnictwa artystycznego, spotkania z historią, widowiska historyczne, festyny, dożynki, wystawy, koncerty i rocznice patriotyczne.

Pamiętamy cieszące się wielką popularnością wykłady na Prymasowskim Uniwersytecie Ludowym - historycznym PULSIE, których kontynuacją są jesienno-zimowe spotkania ze światem nauki w Klubie Dobrego Rolnika, obejmującego swą działalnością całe Kujawy Zachodnie. Silnie angażował się w działalność Towarzystwa Czytelni Ludowych, prowadząc przy tym ożywioną współpracę z naszymi placówkami oświatowymi. To był dobry ojciec naszej parafii patronujący Parafialnemu Zespołowi Caritas. Swoją opieką objął najuboższych i najbardziej potrzebujących, przygarniając bezdomnych i uzależnionych. Zainicjował przy parafii działalność Klubu Anonimowych Alkoholików. Dał schronienie i przysłowiowy dach nad głową wyręczając w tym zadaniu samorząd.

16 października 2016 roku został wyróżniony najwyższym marszałkowskim odznaczeniem, medalem Unitas Durat Palatinatus Cuiaviano-Pomeranensis. Sukcesem ks. kanonika było odebranie 20 kwietnia 2018 r. z rąk Prezydenta RP Andrzeja Dudy rozporządzenia, w którym uznano Strzelno - zespół dawnego klasztoru Norbertanek za Pomnik Historii. W uzasadnieniu nadania tego prestiżowego tytułu czytamy, że zespół dawnego klasztoru Norbertanek w Strzelnie, z kościołem p.w. św. Prokopa, kościołem p.w. Świętej Trójcy, klasztorem oraz dworem prepozytów (obecną plebanią), stanowi unikatowy w skali ogólnopolskiej zespół zabytkowy o wyjątkowej wartości artystycznej i historycznej.

28 września 2018 roku w Strzelnie miała miejsce uroczysta Sesja Rady Miejskiej, podczas której nadano proboszczowi strzeleńskiemu ks. kan. Ottonowi Szymków, dziekanowi strzeleńskiemu, kanonikowi gremialnemu kapituły kruszwickiej, diecezjalnemu duszpasterzowi rolników i kapelanowi Rodziny Katyńskiej Ziemi Mogileńskiej, podporucznikowi Wojska Polskiego tytuł Honorowego Obywatela Miasta Strzelna.

Dobry człowiek, to zbyt mało powiedziane. Znakomity kapłan, to już więcej. Wspaniały ojciec, ojciec naszej rodziny parafialnej, opiekun, to są te słowa, które cechowały ks. kan. Ottona Szymków. Czy można więcej w dobrych słowach o Nim powiedzieć...

Jak żegnaliśmy naszego Ojca...

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2022/01/wspomnienie-w-dzien-80-urodzin-ks-kan.html

 

wtorek, 6 stycznia 2026

Strzeleński Orszak Trzech Króli

Odkąd święto Trzech Króli, znane jako Epiphania Domini - Święto Objawienia Pańskiego, ustanowiono dniem wolnym od pracy, po miastach i wsiach polskich zaczęły chodzić barwne orszaki przebierańców, na czele których kroczą królowie Kacper Melchior i Baltazar. W Strzelnie po raz pierwszy taki orszak zorganizowano 6 stycznia 2013 roku. Zatem w tym roku będzie to 14-ty orszak. Inicjatorem i organizatorem orszaków był śp. ks. kan. Otton Szymków. Od tego czasu, corocznie o godz. 11:00 wyruszał orszak z bazyliki św. Trójcy i ulicami: Plac św. Wojciecha, Kościelna, Gimnazjalna, Powstania Wielkopolskiego, Świętego Ducha, Rynek, Kościelna, Plac św. Ducha przemierzył śródmieście i o godzinie 11:30 docierał do świątyni na uroczystą mszę św.

Oto foto-relacja z tego pięknego i barwnego przemarszu utrwalona w 2023 roku okiem Heliodora Rucińskiego


















Ten, jak już możemy powiedzieć, zwyczaj zapoczątkowany został w Łodzi i Warszawie w 2009 roku. Wówczas po raz pierwszy kameralne jasełka przeniesiono w przestrzeń miejską organizując orszaki uliczne. Zatem, jest to coś nowego, coś co wyrasta z kultury chrześcijańskiej i coś, co posiada już swoją nazwę. Owo przedstawienie, jasełka miejskie to „Orszak Trzech Króli” – przedstawienie jasełkowe w przestrzeni miejskiej nawiązujące do nowotestamentowego złożenia darów przez mędrców-magów narodzonemu Dzieciątku Bożemu. Dopiero w IX wieko nadano im imiona Kacpra, Melchiora i Baltazara. Kacper przedstawiany jest jako ofiarujący mirrę czarnoskóry, Melchior - jako dający złoto biały Europejczyk i Baltazar - Azjata o żółtej skórze przynoszący do żłóbka kadzidło.

6 stycznia, jest świętem nakazanym, czyli katolik ma obowiązek tego dnia wziąć udział we mszy św. W ten dzień w kościołach święci się kadzidło i kredę. Kreda służy do oznaczania drzwi literami K+M+B. Obecnie mówi się, że to inicjały imion królów, dawniej były to odczytywane jako pierwsze litery łacińskiego zdania: Christus mansionem benedicat - Niech Chrystus mieszkanie błogosławi. A kadzidłem, czyli suszonymi ziołami i startą żywicą okadza się domy.

Święto Trzech Króli było dniem wolnym od pracy po raz ostatni w 1960 roku. Oficjalnej rangi pozbawił je Sejm PRL. Starania o przywrócenie dnia 6 stycznia jako ustawowo wolnego od pracy podjął w 2008 roku ówczesny prezydent miasta Łodzi Jerzy Kropiwnicki. Pod obywatelskim projektem ustawy w tej sprawie zebrano w całej Polsce ponad 1,5 miliona podpisów. W 2010 roku Sejm ustanowił 6 stycznia dniem wolnym od pracy. Podobnie jest w Niemczech, Austrii, Chorwacji, Grecji, Hiszpanii, Słowacji, Szwajcarii, Włoszech, Szwecji i Finlandii.


sobota, 3 stycznia 2026

Przebieg Powstania Wielkopolskiego 1918-1919 w części północno-wschodniej powiatu strzeleńskiego

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego

Obraz tamtych dni - zrywu powstańczego z lat 1918-1919 w okolicach Kościeszek i Markowic - możemy przywołać dzięki zachowanym wspomnieniom wikariusza ludziskiego, a zarazem rezydenta markowickiego ks. Wacława Morkowskiego. Jego obszerne fragmenty znalazły się na stronach napisanej przez niego przed śmiercią pracy o Powstaniu Wielkopolskim. Praca ta ukazała się w odcinkach w 1939 r. na łamach „Dziennika Kujawskiego“ i zatytułowana została Rycerskie przebudzenie na Kujawach z podtytułem Wspomnienia kapelana 3 pułku strzelców wielkopolskich. W niniejszym artykule przybliżę fragmenty pamiętnika ks. Morkowskiego tyczące okolic Kościeszek i Markowic. Pomijam Kruszwicę, gdyż temat powstańcy z tego miasta jest stosunkowo dobrze znany.

Markowice, dnia 2 stycznia 1919 r.

Z Poznania od dnia 27 grudnia 1918 r. nie docierają do wsi dzienniki, odczuwany jest brak pewnych wiadomości o przebiegu walk w Poznaniu i postępie powstania na prowincji.

Wówczas nic jeszcze od zwykłych zajęć codziennych nie odrywało mieszkańców Markowic. Zaproszony przez ks. Panieńskiego, proboszcza z Polanowic i administratora w Kościeszkach, ks. wikariusz Morkowski wyjechał przez Sławsk Wielki, aby razem z ks. dziekanem Schwartzem, drogą na Kruszwicę stanąć w Kościeszkach nad Gopłem, gdzie przy wielkim napływie wiernych pomoc w konfesjonałach tamtejszych świadczyli. Nazajutrz miało się odbyć w kościele uroczyste nabożeństwo z okazji powrotu żołnierzy tamtejszej parafii z wojny światowej.


Kiedy po ukończonej posłudze w kościele zajechali księża do Golejewa i zasiedli do stołu, aby w gościnnym dworze Józefa Zabłockiego przed drogą powrotną wieczorem przyjąć posiłek, do jadalni wpadł wzburzony i podniecony dr Bogdan Amrogowicz, obywatel ziemski z Rzeszynka z wiadomościami, które momentalnie wszystkich postawiły na nogi, również tych, co nie zdążyli jeszcze zaspokoić głodu.
- Pod Strzelnem - mówił pełen zapału p. Amrogowicz - strzelanina! Ludność miasta wraz z powstańcami idącymi od Gniezna dzisiejszej nocy zaatakuje Grenzschutz w Strzelnie. Wzywa się wsie, aby przybyły z posiłkami.
Takie rzuciwszy wezwanie i niespodziewaną nowinę poprosił ks. dziekana Schwartza na stronę. Wyspowiadał się, wymienił z kapłanem pożegnalny uścisk dłoni. Z karabinem na ramieniu dosiadł konia i jak strzała poleciał po swoich ludzi, i pod Strzelno. Tymczasem księża postanowili, że każdy z nich w swojej parafii natychmiast zorganizuje oddziały ochotników, kto zdąży wyprawi je jeszcze tej nocy na Strzelno, reszta będzie je miała od jutra w pogotowiu.

Ks. Morkowski wsiadł do powozu dziekana Schwartza, aby na jego zaproszenie dotrzymać mu towarzystwa do Sławska Wielkiego, a tam czekały już na niego konie z Markowic.
Po drodze kapłani rozważali szanse walki o Strzelno.
- Ludzi i żołnierzy - mówi dziekan zamyślony - z rzemiosłem wojennym znakomicie obeznanych mamy aż nadto, ale skąd wezmą strzelnianie - skąd my weźmiemy broń do naszych?
- Broni nie mamy, to prawda - odpowiedział wikary - ale przecież Niemcy są strachem podszyci i po klęsce na Zachodzie coraz niewyraźnie czują się wśród nas.

Wśród cichej, pogodnej i mroźnej nocy zimowej niepokojące zaczęły udzielać się podróżnym  obawy. Tu i tam mijali żołnierzy niemieckich z obładowanymi tornistrami na plecach, ale bez karabinów, wymykających się cichaczem w pojedynkę, po dwóch lub trzech w stronę Inowrocławia. Na torze kolejowym zauważyli nieoświetloną motorówkę [drezynę - M.P.], ostrożnie posuwającą się w stronę Kruszwicy.

Centrum Markowic w dobie Powstania Wielkopolskiego
Załogi niemieckie w Inowrocławiu i Strzelnie wystrzeliwały rakiety świetlne, które na niebie usianym gwiazdami, jasnymi błyskami na chwilę rozjaśniały kontury zabudowań miejskich. W tych momentach, jakże dalekie dają oku ludzkiemu perspektywy równin kujawskich, na których ani wzniesienia, ani pagórka, tylko osady bogate i ludne wsie, wzrok hamują. Z wieży kościoła markowickiego doskonale były widziane: Inowrocław, Strzelno, Kruszwica. Iluminacja ta bawiła, a przecież to sygnały wojenne, kto wie, może groźne dla naszych.

- Inowrocław - powiedział do dziekana ks. Morkowski - mając silną załogę, mógłby pod Strzelno wysłać posiłki, wtedy klęska powstańców pod miastem byłaby nieunikniona.
- Dowódca niemiecki - snuje swą myśl ks. dziekan - zdaje sobie chyba sprawę z tego, że sam na wulkanie siedzi, że osłabienie własnej załogi przyspieszyłoby powstanie ludności w Inowrocławiu.
- Tak jest - przyznaje wikariusz - wyjść z Inowrocławia nie mogą, chyba na swoją zgubę. Łatwo mogliby bowiem zostać w drodze przez ludność wiejską otoczeni i przy niewielkim nawet udziale uzbrojonych powstańców, rozbrojeni.

W liście swoim z 16 grudnia 1935 r. ks. dziekan Schwartz pisał do ks. Morkowskiego, że przypomina sobie, kiedy późnym wieczorem wracali z Kościeszek zauważyli również jadący do Kruszwicy wagon motorowy. W nocy na 3 stycznia palił się stóg słomy w Kobylnikach. Stróż nocny zapukał do okna sypialni proboszcza, donosząc o tym wypadku. Był to znak, że Polacy mają rozbrajać Niemców po wioskach i rano już maszerował przez Sławsk uzbrojony oddział powstańców ze sztandarem narodowym - Widząc to, ze łzami radości w oczach uklęknąłem przy oknie i dziękowałem Panu Bogu, żem się doczekał tej chwili - pisał ks. dziekan Schwartz.

Było już dobrze po północy, kiedy młody wikariusz stanął w Markowicach. Tam w starych, grubych murach poklasztornych Ojców Karmelitów do kościoła przylegających, znajdowało się jego mieszkanie.
- Mija prawie 100 lat - pomyślał - kiedy was Prusacy stąd wygnali, ale teraz nastąpi odwet.

Przechodząc zaś obok sklepień, gdzie pod kościołem wraz z zakonnikami rycerze dawni, kasztelani i inni godni Polacy po robocie dni swoich w długim i nieprzerwanym śnie odpoczywali, prosił ich kapłan - od czasu do czasu bowiem odwiedzał ich, zaglądał do trumien otwartych i był w dobrych z nimi stosunkach - aby instancją swoją i protekcją wsparli powstańców, by Sprawiedliwość Najwyższa krzywdę wyrządzoną Polsce naprawiła, a wierni i wolni Polacy im za to wspaniałe to mieszkanie przez Prusaków ograbione, w Polsce wolnej uświetnią.

Ks. Morkowski postanowił zbudzić kościelnego markowickiego, Jana Kowalskiego, w przekonaniu, że będzie on miał wiadomości o sytuacji pod Strzelnem i ewentualnie polecenie dla niego. Nie mylił się.
- Wieczorem - powiedział Kowalski - zjawił się w Markowicach administrator majątku Ludzisko, Czesław Benedykciński. Gdy księdza nie zastał w domu uradziliśmy, by wysłać pod Strzelno wywiadowców na rowerach.

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego - mleczarnia Winiarskiego i dom urzędniczy
 Wywiad rowerowy prowadził Władysław Sobociński i przyniósł z niego dobre wiadomości: - Strzelno było otoczone przez powstańców i robotników z pobliskich wiosek. Posiłki nie były potrzebne. Wobec tego, zaleciwszy nam milczenie przed Niemcami, Benedykciński odjechał do Ludziska.
- Wasza akcja - rzekł ksiądz do kościelnego - zacznie się jutro od rana.
- Czyżby uderzyć we dzwony - pyta się Kowalski - i zaalarmować parafię?
- Dzwonieniem - odpowiedział kapłan - postawilibyśmy również Niemców na nogi, a choć tutaj jest ich niewielu, są to grube ryby. Dzwonami głosić będziemy zwycięstwo! Chorągiew też trzeba zawczasu przygotować i to narodową. Wywiesimy ją na wieży kościoła, a tym czasem zabrać musimy się do roboty i to ostrożnie.
Uzgodnili jeszcze z Kowalskim nazwiska ludzi pewnych, odważnych i zaufanych, a syn jego Zygmunt otrzymała polecenie zwołać ich o brzasku, tj. zaraz po mszy św. do klasztoru. Po tym zarządzeniu ks. Morkowski ułożył się do snu.

Markowice, 3 stycznia 1919 r.

Kiedy przebudzony ciężkimi krokami w sypialni ks. Morkowski otworzył oczy, przy łóżku jego stał żołnierz w mundurze pruskim. Zatknięte za pasem granaty nadawały tej postaci, przy panującym w pokoju mroku, grozy.
- Strzelno padło! - błysnęło przez myśl przebudzonego. Kapłan nie odzywał się, starając się odzyskać przytomność. - Jak on tu się dostał? Jak reagować na tę nieproszoną, niezwykłą wizytę? I już chciał się odezwać, gdy w tym usłyszał:
- Niech będzie pochwalony! - Słuch go nie mylił, był to swój.
- Wzięliśmy Strzelno tej nocy, oto rozkaz dla księdza - powiedział ranny przybysz i wręczył księdzu papier od Straży Ludowej w Strzelnie z poleceniem wystawienia oddziału ochotników z parafii i przeprowadzenia rekwizycji broni u Niemców. Żołnierzem, który stał przed kapłanem był kapral Bruk z oswobodzonego Strzelna.

Wikariusz zerwał się z łóżka jak oparzony, a kiedy po mszy św. wyszedł przed kościół, cała wieś przebudzona niezwykłą nowiną, wśród wrzawy i gwaru wypełniła obszerny plac przykościelny. Po kilku radosnych słowach apelu wygłoszonego do zebranych na wieść o zdobyciu Strzelna, ks. Morkowski wezwał byłych żołnierzy, by na ochotnika przystąpili do przejęcia władzy w Markowicach, wstąpili do organizacji powstańczej i Straży Ludowej oraz bezzwłocznie przeprowadzili rekwirowanie broni u Niemców z obszaru parafii.

Zgłosili się wszyscy byli żołnierze i dojrzała młodzież. Nikt z nich nie miał karabinu, więc uzbroili się w to, co kto miał. Przemysław Winiarski, właściciel mleczarni miał najlepszą broń, bo sztucer dalekosiężny i rewolwer żandarmerii pruskiej. Żandarm mieszkał w jego domu i zapewne to jemu tę broń zabrał. Nade wszystko imponował trąbką przybraną kokardą narodową i grą na niej porywał zebranych do działań. Władysław Sobociński w szpadę i rewolwer się uzbroił, Andrzej Bandoch z bagnetem się stawił, który z okopów wojennych przywiózł sobie do sprawiania wieprzów. Widząc to inni zawrócili na piętach i wkrótce stawili się: Władysław Steinborn z ojcowską dubeltówką na plecach i z kieszeniami wypchanymi nabojami, to samo Antoni Szydłowski i Aleksander Stiller - późniejszy wachmistrz Pułku Ułanów w Bydgoszczy. Franciszek Świtalski, Józef Szczepaniak i Franciszek Pawlak browningów próbowali, a Wojciech i Marcin Zgodzińscy, Pawłowski i Zygmunt Kowalski staroświeckie mając rewolwery rej wodzili wśród tych, co tylko z pałkami i kijami stanęli w szeregu. Nie upłynęło pół godziny i partia była gotowa.

Podział oddziału na cztery grupy z przydziałem stosownych instrukcji był dziełem jednej chwili. Pierwsza partia ruszyła na Niemojewko i Kruszę Zamkową, druga przeciw kolonistom do Kruszy Duchownej (Lindenthal), i do Tupadeł (Sagenfeld), trzecia do Żernik oraz czwarty, najsilniejszy, do dworu markowickiego z Winiarskim na czele.

Pałac Wilamowitzów-Moellendorffów i Clausa von Heydebrecka w dobie Powstania Wielkopolskiego
Ks. Morkowski zalecił powstańcom, by ci podczas rekwirowania broni kierowali się rozwagą i rycerskością. Dla samego kapłana sytuacja była wielce kłopotliwa. Znał osobiście dziedziców Markowic i Kruszy Zamkowej - pułkownika Clausa von Heydebrecka i Carla Cordsa, u których często bywał goszczony. Cords należał do ludzi spokojnych, za to Heydebreck łatwo wpadał w gniew i bywał wybuchowy. Ksiądz wysłał wprawdzie do dworu łącznika, gdy jednak ten nie wracał, wyczekiwanie zwiększyło u niego niepokój i rad nie rad sam puścił się w stronę dworu.

Tymczasem powstańcy przerażonej dziedziczce Hildegardzie von Heydebreck i jej córkom zapowiedzieli, że przy najmniejszej próbie oporu puszczą z dymem dwór i ich cały dobytek. Po tej przestrodze bezzwłocznie przeszukali mieszkanie, zabierając zgromadzoną broń, przeważnie myśliwską i do tego bardzo cenną. W międzyczasie nie obyło się bez scen spięcia. Pułkownik szybko zorientował się, że ma do czynienia z markowiczanami, w których rozpoznał również swoich pracowników folwarcznych, a także wyczuł, iż byli oni inspirowani do działań przez ks. wikarego. Wówczas też posypały się w ich kierunku gromy, nie oszczędzające również kapłana. Heydebreck w powstanie narodowe nie wierzył i dlatego działań markowiczan w tym względzie nie rozumiał. Widział w nich rewolucję socjalistyczną, która patriotom polskim miała wyrosnąć ponad głowę. Samego ks. Morkowskiego ostrzegał, że za zamiar użycia broni myśliwskiej do walki z ludźmi grożą wielkie sankcje wynikające z prawa międzynarodowego i przyszłość powstańców malował w czarnych kolorach. Wywiązała się między nimi ostra rozmowa i po krótkiej wymianie zdań pułkownik, po zezwoleniu na zatrzymanie jednego browninga do obrony osobistej, uspokoił się. Sprawami zbrojnej walki pomiędzy Niemcami i Polakami więcej się nie zajmował.

Do zbrojowni urządzonej w dawnym refektarzu klasztornym zaczęła napływać broń zarekwirowana Niemcom. Zakrystian, który z zawodu był krawcem zamienił igłę na bagnet, stając się pierwszym rusznikarzem i stróżem składnicy broni.

Zarząd Okręgu Pomorskiego Związku Weteranów Powstań Narodowych RP 1914-1919. Pierwszy od lewej w dolnym szeregu Przemysław Winiarski.
 Szczególnie obfity łup powstańcy zdobyli w Kruszy Zamkowej. Odbywało się tam dzień wcześniej, 2 stycznia polowanie. Z Polaków brał w nim udział proboszcz parafii ludziskiej ks. Narcyz Putz. Według jego relacji - myśliwi pod wieczór zamykali ostatni kocioł i kończyli polowanie, gdy od Strzelna przygalopował na spienionym koniu tamtejszy żandarm z raportem o powstańcach zbliżających się od strony Mogilna. Niemców ogarnęła konsternacja, szczególnie landrata i nadleśniczego. Pytając się proboszcza, co robić? - usłyszeli odpowiedz, że kto wobec Polaków sumienie ma czyste niech spokojnie pozostanie na miejscu. Pospiesznie porozjeżdżali się wszyscy. Do stołu przygotowanego we dworze na kilkanaście osób zasiadł gospodarz domy z jednym tylko biesiadnikiem ks. Putzem. Cała broń, którą przerażeni myśliwi pozostawili we dworze w Kruszy Zamkowej stała się łupem powstańców z Markowic.

U kolonistów w Kruszy Duchownej również znaleziono wiele broni. Sam Stiller znalazł ukryte w studni 4 karabiny. Oba oddziały dostarczyły do zbrojowni markowickiej pełen wóz przeróżnej broni. Rekwizycja broni odniosła podwójny skutek, powstańców zaopatrzyła w broń, a Niemcom do reszty odebrała ducha. Ks. Morkowski rozdzielił broń pomiędzy 70 powstańców i w ten sposób uformowany został oddział markowicki, nad którym komendę objął Przemysław Winiarski, późniejszy sierżant, a następnie podporucznik Wojska Polskiego. Nowo upieczony dowódca nie posiadał doświadczenia wojskowego. Z racji prowadzenia własnej mleczarni i zaopatrywania w masło wojska i mieszkańców Inowrocławia był odraczany od służby wojskowej. Był organizatorem służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej w Markowicach, wywiadowcą i po przejęciu miejscowej poczty jej zawiadowcą. Ks. Morkowski przywołując sylwetkę Winiarskiego tak go opisał: - najchętniej przecież stawał na środku wsi i na zbiórkę trąbił, ruch wtedy i życie wrzało w naszej wsi, przedtem tak spokojnej.

3 stycznia 1919 r. na pocztę w Markowicach przyszedł telegram od inowrocławskiej Rady Żołniersko-Ludowej, donoszący o rozejmie, zawartym tegoż dnia o godz.1:30 pomiędzy emisariuszami Naczelnej rady Ludowej w Poznaniu a majorem Grollmanem, dowódcą załogi niemieckiej w Inowrocławiu.

Markowice, 4 stycznia 1919 r.

W tym dniu ks. Wacław Morkowski dopinał organizację służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej i łączności. Markowice wróciły znowu do normalnego życia i funkcjonowania. Około południa przybył z Inowrocławia do klasztoru, do mieszkania ks. Morkowskiego mecenas Koszutski, delegat Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu. Celem jego wizyty było przekonanie kapłana, by ten hamująco wpłynął na zapędy miejscowych powstańców marszu na Inowrocław. Przy kieliszku wina, wysłuchał gościa i przedstawił mu swój punkt widzenia na działania zbrojne powstańców oraz na decyzje NRL. Ks. Morkowski był rad, że markowiczanie zdążyli przejąć władzę we wsi, przed podpisaniem rozejmu w Inowrocławiu…

Markowice, 5 stycznia 1919 r.

Przed brzaskiem, w szarym mroku tonęła jeszcze wieś, kiedy Przemysław Winiarski krocząc środkiem ulicy obwieszczał swoją sygnałówką zbiórkę wszystkich mężczyzn. Po chwili wszyscy pośpieszyli na plac przed kościołem, miejsce spotkań i wieców od czasu wybuchu powstania. Głos zabrał ks. Morkowski, który zapoznał wszystkich z postępami powstańców, którzy pod komendą ppor. Pawła Cymsa przygotowywali szturm na Inowrocław.
- Wszyscy pójdziemy! - odezwał się ktoś z tłumu. Poparli go inni dodając - śpieszmy się, na wozach pojedziemy!
- Ale ksiądz z nami! - wołał jeden ze starszych gospodarzy, co całą wojnę w domu przesiedział, bo nie było w magazynach niemieckich munduru na jego wzrost i tuszę.
- Bez księdza nie pojedziemy! - przyklasnęli wszyscy!
- Szabla mi się nie należy - odparł ksiądz słowami  ks. Marka, kapelana konfederatów barskich, dodając - nie przez nią Pan Bóg uderzy.

Z braku szabli kapłan wybrał browning myśliwski. Po odprawionej w kościele służbie Bożej i modłach polecających powstańców Boskiej opiece, gdy wozy stały już gotowe, wszyscy jak jeden mąż ruszyli z wesołą gwarą i pośpiechem…



Z Markowic, podczas niemieckiej ofensywy nadnoteckiej, pod Kcynią poległo dwóch powstańców, Stanisław (Józef) Bandoch - 7 lutego 1919 r. i Wojciech Zgodziński - 20 lutego 1919 r. Jak zanotował w swoich wspomnieniach ks. Morkowski: - Zgodzińskiego tylko można było do Markowic sprowadzić i uroczystym na cmentarzu przy kościele uczcić pogrzebem.  


wtorek, 30 grudnia 2025

Spacerkiem po Strzelnie - cz. 219 ul. Sportowa - cz. 7

Pozostały do zakończenia jubileuszowego 125. roku działalności OSP w Strzelnie dwa dni, a ja dzisiaj przedstawię kolejne lata z dziejów bardzo zasłużonej dla miasta i całej okolicy jednostki ratowniczo-gaśniczej. W nadchodzącym 2026 roku będą kolejne części opowieści, a tymczasem wyprzedzając temat pozwólcie, że złożę Wam wszystkim - czytelnikom bloga - życzenia: - Szczęśliwego Nowego 2026 Roku!!!

OSP Strzelno - cz. 2 (1920-1923)

W czasie Wielkiej Wojny i w pierwszych latach wolności strzeleńska Ochotnicza Straż Ogniowa nie przejawiała większej aktywności, a to z powodu poboru członków czynnych, ludzi młodych do wojska. Powstałą lukę wypełniała miejscowa straż przymusowa, gdzie wszyscy zdolni do pomocy byli zobowiązani do uczestniczenia w akcjach ratowniczych i utrzymania sprzętu, a służba odbywała się pod nadzorem władz miejskich. Jak odnotowano w cytowanym już sprawozdaniu jubileuszowym, - W roku 1919-1920 Straż była nieczynna, bo każdy jej członek chwycił za broń w obronie granic Ojczyzny. Oczywiście mowa jest o ochotnikach pochodzenia polskiego.

11 stycznia 1920 roku odbyło się w Poznaniu Walne Zebranie dotychczasowego Wydziału Prowincjonalnego Związku Straży Pożarnych, na którym uchwalono nową nazwę: Wielkopolski Związek Straży Pożarnych oraz opracowano polski statut i wybrano nowy Zarząd. Ochotnicze Straże Ogniowe zmieniły swoje nazwy na Ochotnicze Straże Pożarne. WZSP obejmował 150 członków a mianowicie: 1 straż zawodowa w Poznaniu, 58 straży ochotniczych (w tym OSP Strzelno), 2 obowiązkowe, 65 miast i 24 powiaty. W tym samym czasie, tj. w 1920 roku ówczesny burmistrz Konstanty Ciesielski odrodził i zreorganizował Straż strzeleńską. Do nowego Zarządu weszli: burmistrz Ciesielski, Franciszek Osiński, Norbert Baranowski (członek od 1907 r.), Jan Heinricht, Józef Rydlewski i Jan Hoffmann (członek od 1900 r.). Wkrótce skład Zarządu i Komisji Rewizyjnej dopełnili: Józef Musiałkiewicz, Stanisław Dymel, Wiktor Piątkowski (członek od 1911 r.) i Tomasz Trzecki (członek od 1907 r.). W okresie reorganizacji działalność ochotników utrudniał brak sprzętu, który z racji wcześniejszej eksploatacji nie nadawał się do użytku, a na nowy nie było funduszów. Mimo wszystko strażacy uczestniczyli przy gaszeniu niemalże wszystkich pożarów w mieście i okolicy, m.in.: większych pożarów lasów Nadleśnictwie Miradz, Mączkarni w Bronisławiu, w Młynach i innych.

Pismo burmistrza Ciesielskiego do Wojewody Poznańskiego

Dla sprawniejszego nadzoru nad poszczególnymi Strażami WZSP podzielono na 11 Okręgów. Jednym z nich był Okręg VI Inowrocław, do którego należała OSP Strzelno. Niezbyt przychylnie ten fakt przyjęli sołtysi gmin powiatów inowrocławskiego, mogileńskiego i strzeleńskiego. Podczas zebrania w Pakości w dniu 29 lipca 192I roku zaprotestowali oni przeciw ustanowieniu okręgu VI w Inowrocławiu, motywując swoją postawę w proteście wniesiony do Województwa za pośrednictwem starostwa mogileńskiego następująco: ,,Tutejszy obwód komisariatu jest na podzielony na okręgi, a każdy okręg ma swego komisarza ogniowego i swego zastępcę, a gminy i obwody dominialne posiadają po większej części swoje sikawki, które będą z rozkazu komisarza obwodowego od czasu do czasu rewidowane. Oprócz tego posiada każda gmina i obwód dominialny przymusową straż ogniową, która stoi pod nadzorem komisarza ogniowego i komisarza obwodowego. Nie zachodzi więc potrzeba urządzenia i potwierdzenia nowego urzędu ogniowego, któryby obciążał niepotrzebnie gminy i obwody dominialne tutejszego obwodu.”

Wówczas ową postawę sołtysów oceniono w Poznaniu jednoznacznie - że Akcie ta była naturalnie wywołana obawą gmin, że z powodu ustanowienia Okręgu nałożone na nie zostaną nowe ciężary. Zadaniem okręgów jest przeprowadzanie lustracji Straży, do nich należących, rewizja sikawek i organizowanie nowych Straży ochotniczych.

Na początku lat 20. XX w. spośród większych pożarów najbardziej udokumentowane zostały pożary lasów. Na przykład w 1921 roku w Nadleśnictwie Miradz wybuchały nader często pożary. Kilkakrotnie palił się las od ognia zaprószonego przez lokomotywy pociągów przejeżdżających przez oddziały: 183 - las „Szyszki” w miejscowości Młyny oraz 106 - pod wsią Wronowy. Pożary miały miejsce w maju, czerwcu i lipcu 1921 roku. Główną ich przyczyną były zaniedbania ze strony kolei, która była zobowiązana do należytego utrzymania pasów ochronnych, znajdujących się po obu stronach torów w obu oddziałach o długości 500 m i szerokości 25 m - czego nie robiła, a co było przedmiotem wielokrotnych interwencji nadleśnictwa w Urzędzie Ruchu w Inowrocławiu. Nie wycięte suche trawy oraz zarośnięte wewnętrzne pasy izolacyjne, które powinny byś pozbawione zupełnie roślinności były główną przyczyną tych pożarów.

17 i 18 lipca 1921 roku w oddziale 106 wybuchły dwa kolejne pożary, spowodowane iskrami z lokomotyw pociągów popołudniowych o godz. 17:00. Pierwszego dnia uległ zniszczeniu pas ochronny o pow. 425 m2 i 1,33 ha 30-letniego drzewostanu. Drugiego dnia 500 m2 pasa ochronnego oraz 1,56 ha wiekowo tego samego drzewostanu. Jak czytamy w piśmie do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy: - Pożary te dzięki energicznemu ratunkowi w kilka godzin ugaszono. Ta częstotliwość pożarów spowodowała, że kolej ze swojej strony ustanowiła jednego człowieka pilnującego toru, a nadleśnictwo poleciło leśniczemu z Młynów codziennie w popołudniowych i wieczornych godzinach przejazdu pociągów obchód oddziału 106. Łączne straty jakie poniosło nadleśnictwo w 1921 roku w wyniku pożarów spowodowanych iskrami z lokomotyw wyniosły 621 802 marki i o odszkodowanie w tej kwocie wystąpiło do Dyrekcji PKP.

Ciąg dalszy pisma burmistrza Ciesielskiego do Wojewody Poznańskiego

Największy pożar jaki nawiedził w latach międzywojennych obszar lasów Nadleśnictwa Miradz miał miejsce 3 sierpnia 1921 roku. Wybuchł on w środku lasu o godz. 13:15 w oddziale 80, na wschód od Jeziora Czyste, tuż przy drodze publicznej wiodącej z Miradza do Gaju (tzw. Gajowiance). Na skutek silnego wiatru pożar rozprzestrzenił się szybko. W początkowej fazie objął podszyt (przyziemie), jednakże wkrótce zajął część oddziału 80 jako pożar wierzchołkowy, skąd przeniósł się do oddziału 98, do 12-letniego drzewostanu. Tam, z powodu rzadkiego zadrzewienia, przeniósł się na podszyt i tylko miejscami paliły się mniejsze sosny, aż do wierzchołka.

Po pół godzinie przystąpiono do akcji ratunkowej. Dzięki większej ilości ludzi, którzy prawie natychmiast znaleźli się na miejscu pożaru, po dwóch godzinach ciężkiego zmagania się zdołano pożar zlokalizować w kulturze w oddziale 97. Łączne straty powierzchniowe zamknęły się na 9,6458 ha. Nadleśnictwo po oszacowaniu strat wystąpiło do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy o pozwolenie na „wyrąbanie” uszkodzonych drzew, co uwzględniono w cięciach na 1922 rok.

Burmistrz i prezes OSP Konstanty Ciesielski

17 sierpnia 1921 roku burmistrz Ciesielski za pośrednictwem Wojewody Poznańskiego wystąpił do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy o zwrot poniesionych kosztów w wysokości 3 000 marek przy gaszeniu pożarów w Lasach Miradzkich. Już 8 września 1921 roku Państwowa Kasa Leśna w Strzelnie otrzymała polecenie wypłaty poniesionych kosztów Magistratowi w Strzelnie.

Po trzech latach prezesowania OSP w Strzelnie zmarł nagle 3 lutego 1923 roku burmistrz Konstanty Ciesielski. Od 1 maja nowym włodarzem został Tadeusz Busza - urzędnik szczebla wojewódzkiego, skierowany do Strzelna przez wojewodę Adolfa Bnińskiego. Już w czerwcu 1923 roku OSP w Strzelnie odbyła zebranie z udziałem nowego burmistrza Buszy. Wprowadzając zebranych do dyskusji, burmistrz: - przedstawił ważność i zadanie straży pożarnej. Po obszernej dyskusji uchwalono nadal pozostawić ochotniczą straż pożarną. Wybrano nowy zarząd w składzie: prezes - Tadeusz Busza, naczelnik - Wiktor Piątkowski, I zastępca naczelnika - Franciszek Osiński, II zastępca naczelnika - Józef Rydlewski, adiutant - Stanisław Dymel, sekretarz - Józef Musiałkiewicz, skarbnik - Józef Przybylski, gospodarz - Ignacy Kramarczyk. Korespondent prasowy odnotowujący to wydarzenie zapisał w formie komentarza, iż: -  Spodziewać się należy, że nowo wybrany zarząd postawi straż na poziomie na jakim się znajdować powinna. („Dziennik Kujawski”, 1923, nr 147).

9 wrześniu 1923 roku (w niedzielę) odbyła się w Strzelnie impreza strażacka zorganizowana przez OSP. Przybyli goście, których z udziałem orkiestry powitano na dworcu, a następnie w uroczystym pochodzie przeprowadzono przez miasto do kościoła. Tam podczas mszy przemówił do członków OSP ks. kan. Kopernik. Po południu zaprzysiężono nowych członków OSP i wręczono dyplomy, po czym odbyły się ćwiczenia gaszenia pożaru, piramidy i defilada. W ogrodzie „Parku Miejskim” przy licznym udziale strzelnian miał miejsce koncert, a po nim zabawa taneczna przy pochodniach. Uczestnicy złożyli datki w gotówce i naturaliach na cele OSP. Pomoc dla druhów w kolejnych dniach przyjmowano w „Rolniku” oraz za pośrednictwem druhów - Piątkowskiego i Musiałkiewicza.   

15 października 1923 roku w poniedziałek rozpoczął się w Parku Miejskim w Strzelnie z inicjatywy Zarządu Wielkopolskiego Związku Straży Pożarnych kurs praktyczny i teoretyczny dla członków Straży Pożarnych - kierowników i instruktorów Straży Pożarnych powiatów strzelińskiego, inowrocławskiego i mogileńskiego. Otwarcia kursu dokonał inspektor pożarnictwa K. Górniak z Poznania przy udziale licznych delegatów i przedstawicieli władz oraz 50 kursantów. Z ramienia zarządu okręgu VI obecny był Eckert z Inowrocławia. Kurs trwał 6 dni i obejmował ćwiczenia praktyczne, wykłady o gimnastyce oraz zajęcia z teorii i praktyki pożarniczej. („Dziennik Kujawski”, 1923, nr 227 i 240).

CDN    


wtorek, 23 grudnia 2025

Święta, święta któż to pamięta?

Żłóbek Bożonarodzeniowy w strzeleńskim kościele św. Trójcy i NMP - 1996-1997 rok

Jako, że tradycja nakazuje składanie sobie życzeń, takoż i ja czynię wespół z moją rodziną: z żoną, dziećmi i wnuczętami. Życzymy naszym rodzinom, znajomym, a szczególnie czytelnikom bloga zdrowych, szczęśliwych i spokojnych świąt. By brakującym przestało brakować, by posiadającym starczyło na dzielenie się z potrzebującymi, by zapanowała zgoda i przyjaźń, a szczególnie życzymy spełnienia się wszystkiego, co dobro niesie. Radości bycia z najbliższymi, nawet na odległość. Zaś Tym wszystkim, którzy za chlebem wyjechali i w innych krajach zwyczaj polski kultywują, życzymy wszelkich łask Bożych i pamięci o tych, którzy w kraju pozostali i modlą się za rychłe powroty. Niech przychodząca na ten świat Boża Dziecina błogosławi nam wszystkim.

Nadto - Wam wszystkim - ofiarowuję to moje opowiadanie, które, jak mniemam wprowadzi was w nastrój świąteczny.

Kiedy nastaje okres świąteczny w licznie wydawanych czasopismach możemy wyczytać, jakie to onegdaj panowały zwyczaje bożonarodzeniowe, skąd one się wzięły i czy są jeszcze kultywowane. Wszem i wobec podaje się do wiadomości, że strojna choinka to zwyczaj zachodni i najwcześniej przyjęła się w zaborze pruskim, że kolędy śpiewano już w średniowieczu przy żywej szopce zbudowanej przez św. Franciszka i że pierwszy żłóbek zbudowano w Neapolu w XIII w.. Sporo uwagi poświęca się jadłu świątecznemu: rybom na wiele sposobów sprawionym, grzybom i suszom owocowym, potrawom kapustnym i mącznym z pierogami wszelakimi skrywającymi pyszne nadzienie. Oddzielną pozycję w barwnych czasopismach zajmują wypieki cukiernicze z królującymi piernikami i makowcami, a także innymi pysznymi słodkościami i łakociami świątecznymi.

Moja pamięć przywołuje tak odległe czasy, że można, by je podzielić na wiele epok. Czyż jestem, aż tak stary? Raczej nie, ale mą pamięć wydłużają opowieści mamy o dawnych zwyczajach i wspominki cioci Peli - o tradycjach panujących w strzeleńskich rodzinach. W samym Strzelnie niewiele jest rodzin, których miejscowe korzenie sięgają XVIII w. Można byłoby policzyć je na palcach jednej ręki. Znacząca większość to rodziny, które przybyły do Strzelna w XIX i na przełomie z XX wiekiem. Osiedlając się tutaj zaprowadzały swoje zwyczaje, które niewiele, acz różniły się od miejscowych. Gro nowych mieszkańców stanowili kawalerowie żeniący się ze strzelniankami i na odwrót. Znaczący ich odsetek pochodził z centralnej Wielkopolski, zaś z Kujaw, ograniczał się do tzw. Kujaw rozdzielonych w 1772 r. linią zaborów, czyli Kujaw Zachodnich. Tak też stało się z moją rodziną, której kądziel była miejscową, zaś miecz pochodził spod poznańskiego Głuchowa

Jak wiele zwyczajów wniósł dziadek Poznaniak, a jak wiele babcia Kujawianka, dziś nie sposób stwierdzić, gdyż węzłem małżeńskim połączyli się w 1902 r. Ale czytając prasę z II połowy XIX w. mogę śmiało powiedzieć, że święta Bożego Narodzenia, niemalże niczym się nie różniły na obszarze całego zaboru pruskiego. Dlatego też, rozważając temat zwyczajów świątecznych pamiętajmy, że są to święta kościelne, zatem ściśle związane z kalendarzem liturgicznym. Okres poprzedzający te najpiękniejsze polskie święta, to czas Adwentu, czyli oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny. Rozpoczyna się on na cztery tygodnie przed Wigilią. Jako dzieci chodziliśmy w tym okresie na codzienne nabożeństwa poranne, zwane Roratami- odbywały się one o 6:00.

  

Kontynuując wspominki bożonarodzeniowe przywołam starą tradycję, która całkowicie zanikła na początku lat sześćdziesiątych, około 1962 r. Był to zwyczaj chodzenia - kolędowania z szopką. Pamiętam to dokładnie, jak dwaj przebrani mężczyźni obchodzili co znaczniejsze domy, sklepy i firmy prywatne. To kolędowanie zaczynało się na tydzień przed Wigilią i trwało, jak mnie pamięć nie myli, do Trzech Króli. Jeden z nich, zapewne ten ważniejszy, niósł przewieszoną na pasku przez szyję szopkę betlejemską. Wykonana ona była w kształcie domku, z odsłoniętą przednią ścianą. Wewnątrz znajdowały się figurki Świętej Rodziny, pasterzy, aniołków, trzody – a wszystko wycięte w sklejce i oklejone barwnymi strojami. Obok niosącego szopkę szedł drugi kolędownik, który niósł dużą wielobarwną gwiazdę na trzonku. Raz po raz wprawiał ją w ruch za pomocą linki umocowanej na dwóch rolkach. Już wówczas uważano ten zwyczaj za gasnący. Ostatnimi, którzy odwiedzili Strzelno z tym świątecznym rekwizytem byli dwaj mieszkańcy Sławska Dolnego. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, choć minęło blisko 50 lat. Zapamiętałem tę parę dlatego, że odwiedziła ona sklep cioci Peli. W podzięce obdarowała Ona wędrowców „brzęczącą” monetą. Po tej wizycie, z grupą dzieciarni, towarzyszyliśmy kolędnikom obchodząc z nimi rynek i ulice miasta.

 

Innym elementem świątecznej tradycji jest choinka. W 1859 r. „Dziennik Poznański” donosił, że: Poznań, bowiem dawszy od dawna przystęp tak miłemu dla młodych i starych dzieci germańskiemu obyczajowi strojenia choinki Bożego Narodzenia podarkami, połączył ten zwyczaj ze staropolską kolędą i nazwał to wszystko razem Gwiazdką. W naszym domu, jak i u sąsiadów, rodziny i znajomych tą choinką zawsze był świerk. W mej pamięci zapisały się dwie choinki, ta domowa i u cioci Peli. Tę właśnie ostatnią chciałbym przypomnieć, gdyż była ona niezwykła. Drzewko oprawione w żeliwny stojaczek stało w dużym okrągłym, jak stolik kwietniku, tuż przy fortepianie. Przybrane było ozdobami pamiętającymi okres międzywojnia. Wykonała je własnoręcznie, jako panienka, sama ciocia Pela. Wszystkie one były z papieru, łącznie z piękną gwiazdą zastępującą niejako szpic. Całość utrzymana była w tonacji kremowej, gdyż onegdaj biały papier zdążył nieco stracić swą śnieżną biel. Łańcuszek – kilkumetrowy – był misterną plecionką rozkładającą się spiralnie wokół drzewka od dołu do samej góry, jak jedna długa harmonika. Na nitkach wisiały przybrane w białe krepowe sukienki uskrzydlone aniołki z buźkami wyciętymi z oleodrukowanych kolorowanek. Zamiast bombek z gałązek zwisały misternie złożone na kształt brył przestrzennych gwiazdy i gwiazdeczki – różnych rozmiarów, od maleńkich, jak paznokieć do wielkich jak jabłko. W całość wpięte były spiralne białe świeczki, które wyróżniały się nieskazitelną bielą. Choinkę pokrywał śnieżny puch wykonany z waty opatrunkowej, zaś pod nią stał maleńki porcelanowy, również biały żłóbek.

Przez wiele lat budowałem z kolegami z MGOKiR takie i podobne żłóbki w kościele św. Trójcy i NMP  w Strzelnie

Wspominki moje chciałbym zakończyć bożonarodzeniowym zwyczajem, jaki panował w organizacjach społecznych, instytucjach i szkołach w okresie międzywojennym i kontynuowany był do roku 1948, by z kolei odrodzić się po 1989 r. Generalnie nazywany był spotkaniem wigilijnym lub opłatkowym. Bardzo wcześnie bo na przełomie lat 80. i 90. XIX w., jak donosił „Nadgoplanin”, organizowano owe Gwiazdki dla ubogich dzieci gromadząc dary i datki pieniężne za pośrednictwem redakcji. 31 grudnia 1887 r. gazeta donosiła: We wilią o godz. 3 po południu odbyła się w pomieszkaniu księży wikariuszy gwiazdka dla biednych dzieci, z których więcej niż 50 w ubrania, kapotki, pończochy, rękawiczki itp. zaopatrzonych zostało. Ta sama gazeta, choć ukazywała się przez niespełna 5 lat, przed świętami była zawsze pełna cudnych staropolszczyzną pisanych reklam. Jedna z nich głosiła, że za zaliczeniem pocztowym można dostać cukierki na choinkę w pudełku, które zawiera 440 sztuk łakoci zapakowanych w papierki o prześlicznych wzorach. Wystarczy napisać do Drezna… Inna głosiła, że od 1 grudnia w Kruszwicy u Romana Sępowskiego trwać będzie „wystawa gwiazdkowa”.

W starych kronikach strażackich, w gazetach regionalnych i specjalistycznych znajdujemy opisy mówiące o spotkaniach różnych środowisk w okresie przedświątecznym, jak i po świętach, a nawiązującym do przyjścia Bożej Dzieciny na świat. Świąteczne Wigilijne jednania miały miejsce na frontach I wojny światowej, kiedy to opłatkiem dzieliły się zwaśnione strony. Nie dziw, zatem, że szczególnie kultywowano ten zwyczaj w odrodzonej Polsce. Strzeleńscy strażacy, na kilka dni przed Wigilią spotykali się w restauracji tzw. „Parku Miejskiego” u swego komendanta druha Wiktora Piątkowskiego. Za sprawą sponsorów urządzano Wigilię Strażacką, na której podawano kiszkę z wody z kapustą kiszoną zasmażaną i bułkami. Do tego gorąca herbata oraz ciasto piernikowe i strucla makowa. Wspólnie przy specjalnie przygotowanej choince śpiewano kolędy. Wigilia u strażaków, jak również w innych organizacjach społecznych, była jednocześnie częścią działalności charytatywnej stowarzyszeń. Mianowicie obdarowywali oni swych bezrobotnych i ubogich druhów konkretnymi paczkami świątecznymi. Ich skład był różny, generalnie były to artykuły żywnościowe. Na przykład Młyn Parowy Zygmunta Jaśkowiaka, co roku darował kilka worków kaszy i mąki, majętności ziemskie żywiec, przerabiany u rzeźnika Lechowskiego na pyszne kiełbasy i pasztety. Organizowano loterie fantowe i przedstawienia teatralne kończone zabawami. Były to imprezy odpłatne, a uzyskany z nich zysk przeznaczano na wsparcie przedświąteczne dla potrzebujących.

W zwyczaju szkolnym podobne spotkania organizowano dla dzieci. W strzeleńskich szkołach od 1945 r. były to spotkania klasowe oraz tzw. gwiazdki dla ubogi dzieci. Zaś na wsiach w spotkaniach uczestniczyli również rodzice. Każde takie spotkanie miało w programie przedstawienie jasełkowe, lub teatralne nawiązujące do tradycji świątecznej oraz śpiewanie kolęd. Pięknie te zwyczaje opisane są w starych kronikach szkolnych, jednakże ich żywot kończy się z grudniem 1948 r. Spotkania wigilijne zostały zastąpione choinką noworoczną a tradycyjnych kujawsko-wielkopolskich Gwiazdorów zastąpiły Dziadki Mrozy – rodem z krainy dobrobytu socjalistycznego. Podobne noworoczne choinki organizowały związki zawodowe dla dzieci swych pracowników i choć wówczas również przychodziły Dziadki Mrozy, to i tak myśmy nazywali ich Gwiazdorami, a owe słynne „paczki” Gwiazdkami, przenosząc stare nazewnictwo domowe do życia publicznego. 

Po 1989 r. w niektórych zakładach kultywowano i kultywuje się zwyczaj socjalnych „paczek” świątecznych. Ale on pomału zanika, choć jeszcze niektóre zakłady pracy podtrzymują go. Za to rozwinęło się wypłacanie tzw. „karpiówki” z funduszy socjalnych oraz wydawanie pracownikom bonów towarowych do realizacji w marketach i sklepach wielkopowierzchniowych. Do łaski powróciły spotkania opłatkowe urządzane szczególnie w okresie poświątecznym z udziałem osób duchownych. Swego rodzaju novum przyniosły też i czasy, w jakich przychodzi nam żyć. Od lat dziewięćdziesiątych zaprowadzono zwyczaj spotykania się władz miejskich z samotnymi i ubogimi mieszkańcami miasta i gminy. Corocznie Stołówka Gimnazjalna ze środków MGOPS przygotowuje piękne Wigilie. Na stoły trafiają wyśmienite staropolskie posiłki, którym towarzyszy łamanie się opłatkiem i wspólne spożywanie dań świątecznych, a do tego śpiewanie kolęd. Takie Wigilie przygotowywał zespół pracownic kierowany przez moją małżonkę.


Ale w tym wszystkim, co przeżywamy w Wigilię Narodzenia Pańskiego najważniejsze jest to, że staropolskie zwyczaje domowe, choć już nie w tak pełnym wymiarze, jak te naszych matek i babć, nadal są żywe i nie poddają się trendom współczesnym, że tak powiem uprzemysłowionym. Szczęść Wam Boże! Łamiący się z Wami opłatkiem

Marian Przybylski z żoną Lidką i ukochaną rodziną