sobota, 3 stycznia 2026

Przebieg Powstania Wielkopolskiego 1918-1919 w części północno-wschodniej powiatu strzeleńskiego

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego

Obraz tamtych dni - zrywu powstańczego z lat 1918-1919 w okolicach Kościeszek i Markowic - możemy przywołać dzięki zachowanym wspomnieniom wikariusza ludziskiego, a zarazem rezydenta markowickiego ks. Wacława Morkowskiego. Jego obszerne fragmenty znalazły się na stronach napisanej przez niego przed śmiercią pracy o Powstaniu Wielkopolskim. Praca ta ukazała się w odcinkach w 1939 r. na łamach „Dziennika Kujawskiego“ i zatytułowana została Rycerskie przebudzenie na Kujawach z podtytułem Wspomnienia kapelana 3 pułku strzelców wielkopolskich. W niniejszym artykule przybliżę fragmenty pamiętnika ks. Morkowskiego tyczące okolic Kościeszek i Markowic. Pomijam Kruszwicę, gdyż temat powstańcy z tego miasta jest stosunkowo dobrze znany.

Markowice, dnia 2 stycznia 1919 r.

Z Poznania od dnia 27 grudnia 1918 r. nie docierają do wsi dzienniki, odczuwany jest brak pewnych wiadomości o przebiegu walk w Poznaniu i postępie powstania na prowincji.

Wówczas nic jeszcze od zwykłych zajęć codziennych nie odrywało mieszkańców Markowic. Zaproszony przez ks. Panieńskiego, proboszcza z Polanowic i administratora w Kościeszkach, ks. wikariusz Morkowski wyjechał przez Sławsk Wielki, aby razem z ks. dziekanem Schwartzem, drogą na Kruszwicę stanąć w Kościeszkach nad Gopłem, gdzie przy wielkim napływie wiernych pomoc w konfesjonałach tamtejszych świadczyli. Nazajutrz miało się odbyć w kościele uroczyste nabożeństwo z okazji powrotu żołnierzy tamtejszej parafii z wojny światowej.


Kiedy po ukończonej posłudze w kościele zajechali księża do Golejewa i zasiedli do stołu, aby w gościnnym dworze Józefa Zabłockiego przed drogą powrotną wieczorem przyjąć posiłek, do jadalni wpadł wzburzony i podniecony dr Bogdan Amrogowicz, obywatel ziemski z Rzeszynka z wiadomościami, które momentalnie wszystkich postawiły na nogi, również tych, co nie zdążyli jeszcze zaspokoić głodu.
- Pod Strzelnem - mówił pełen zapału p. Amrogowicz - strzelanina! Ludność miasta wraz z powstańcami idącymi od Gniezna dzisiejszej nocy zaatakuje Grenzschutz w Strzelnie. Wzywa się wsie, aby przybyły z posiłkami.
Takie rzuciwszy wezwanie i niespodziewaną nowinę poprosił ks. dziekana Schwartza na stronę. Wyspowiadał się, wymienił z kapłanem pożegnalny uścisk dłoni. Z karabinem na ramieniu dosiadł konia i jak strzała poleciał po swoich ludzi, i pod Strzelno. Tymczasem księża postanowili, że każdy z nich w swojej parafii natychmiast zorganizuje oddziały ochotników, kto zdąży wyprawi je jeszcze tej nocy na Strzelno, reszta będzie je miała od jutra w pogotowiu.

Ks. Morkowski wsiadł do powozu dziekana Schwartza, aby na jego zaproszenie dotrzymać mu towarzystwa do Sławska Wielkiego, a tam czekały już na niego konie z Markowic.
Po drodze kapłani rozważali szanse walki o Strzelno.
- Ludzi i żołnierzy - mówi dziekan zamyślony - z rzemiosłem wojennym znakomicie obeznanych mamy aż nadto, ale skąd wezmą strzelnianie - skąd my weźmiemy broń do naszych?
- Broni nie mamy, to prawda - odpowiedział wikary - ale przecież Niemcy są strachem podszyci i po klęsce na Zachodzie coraz niewyraźnie czują się wśród nas.

Wśród cichej, pogodnej i mroźnej nocy zimowej niepokojące zaczęły udzielać się podróżnym  obawy. Tu i tam mijali żołnierzy niemieckich z obładowanymi tornistrami na plecach, ale bez karabinów, wymykających się cichaczem w pojedynkę, po dwóch lub trzech w stronę Inowrocławia. Na torze kolejowym zauważyli nieoświetloną motorówkę [drezynę - M.P.], ostrożnie posuwającą się w stronę Kruszwicy.

Centrum Markowic w dobie Powstania Wielkopolskiego
Załogi niemieckie w Inowrocławiu i Strzelnie wystrzeliwały rakiety świetlne, które na niebie usianym gwiazdami, jasnymi błyskami na chwilę rozjaśniały kontury zabudowań miejskich. W tych momentach, jakże dalekie dają oku ludzkiemu perspektywy równin kujawskich, na których ani wzniesienia, ani pagórka, tylko osady bogate i ludne wsie, wzrok hamują. Z wieży kościoła markowickiego doskonale były widziane: Inowrocław, Strzelno, Kruszwica. Iluminacja ta bawiła, a przecież to sygnały wojenne, kto wie, może groźne dla naszych.

- Inowrocław - powiedział do dziekana ks. Morkowski - mając silną załogę, mógłby pod Strzelno wysłać posiłki, wtedy klęska powstańców pod miastem byłaby nieunikniona.
- Dowódca niemiecki - snuje swą myśl ks. dziekan - zdaje sobie chyba sprawę z tego, że sam na wulkanie siedzi, że osłabienie własnej załogi przyspieszyłoby powstanie ludności w Inowrocławiu.
- Tak jest - przyznaje wikariusz - wyjść z Inowrocławia nie mogą, chyba na swoją zgubę. Łatwo mogliby bowiem zostać w drodze przez ludność wiejską otoczeni i przy niewielkim nawet udziale uzbrojonych powstańców, rozbrojeni.

W liście swoim z 16 grudnia 1935 r. ks. dziekan Schwartz pisał do ks. Morkowskiego, że przypomina sobie, kiedy późnym wieczorem wracali z Kościeszek zauważyli również jadący do Kruszwicy wagon motorowy. W nocy na 3 stycznia palił się stóg słomy w Kobylnikach. Stróż nocny zapukał do okna sypialni proboszcza, donosząc o tym wypadku. Był to znak, że Polacy mają rozbrajać Niemców po wioskach i rano już maszerował przez Sławsk uzbrojony oddział powstańców ze sztandarem narodowym - Widząc to, ze łzami radości w oczach uklęknąłem przy oknie i dziękowałem Panu Bogu, żem się doczekał tej chwili - pisał ks. dziekan Schwartz.

Było już dobrze po północy, kiedy młody wikariusz stanął w Markowicach. Tam w starych, grubych murach poklasztornych Ojców Karmelitów do kościoła przylegających, znajdowało się jego mieszkanie.
- Mija prawie 100 lat - pomyślał - kiedy was Prusacy stąd wygnali, ale teraz nastąpi odwet.

Przechodząc zaś obok sklepień, gdzie pod kościołem wraz z zakonnikami rycerze dawni, kasztelani i inni godni Polacy po robocie dni swoich w długim i nieprzerwanym śnie odpoczywali, prosił ich kapłan - od czasu do czasu bowiem odwiedzał ich, zaglądał do trumien otwartych i był w dobrych z nimi stosunkach - aby instancją swoją i protekcją wsparli powstańców, by Sprawiedliwość Najwyższa krzywdę wyrządzoną Polsce naprawiła, a wierni i wolni Polacy im za to wspaniałe to mieszkanie przez Prusaków ograbione, w Polsce wolnej uświetnią.

Ks. Morkowski postanowił zbudzić kościelnego markowickiego, Jana Kowalskiego, w przekonaniu, że będzie on miał wiadomości o sytuacji pod Strzelnem i ewentualnie polecenie dla niego. Nie mylił się.
- Wieczorem - powiedział Kowalski - zjawił się w Markowicach administrator majątku Ludzisko, Czesław Benedykciński. Gdy księdza nie zastał w domu uradziliśmy, by wysłać pod Strzelno wywiadowców na rowerach.

Markowice w dobie Powstania Wielkopolskiego - mleczarnia Winiarskiego i dom urzędniczy
 Wywiad rowerowy prowadził Władysław Sobociński i przyniósł z niego dobre wiadomości: - Strzelno było otoczone przez powstańców i robotników z pobliskich wiosek. Posiłki nie były potrzebne. Wobec tego, zaleciwszy nam milczenie przed Niemcami, Benedykciński odjechał do Ludziska.
- Wasza akcja - rzekł ksiądz do kościelnego - zacznie się jutro od rana.
- Czyżby uderzyć we dzwony - pyta się Kowalski - i zaalarmować parafię?
- Dzwonieniem - odpowiedział kapłan - postawilibyśmy również Niemców na nogi, a choć tutaj jest ich niewielu, są to grube ryby. Dzwonami głosić będziemy zwycięstwo! Chorągiew też trzeba zawczasu przygotować i to narodową. Wywiesimy ją na wieży kościoła, a tym czasem zabrać musimy się do roboty i to ostrożnie.
Uzgodnili jeszcze z Kowalskim nazwiska ludzi pewnych, odważnych i zaufanych, a syn jego Zygmunt otrzymała polecenie zwołać ich o brzasku, tj. zaraz po mszy św. do klasztoru. Po tym zarządzeniu ks. Morkowski ułożył się do snu.

Markowice, 3 stycznia 1919 r.

Kiedy przebudzony ciężkimi krokami w sypialni ks. Morkowski otworzył oczy, przy łóżku jego stał żołnierz w mundurze pruskim. Zatknięte za pasem granaty nadawały tej postaci, przy panującym w pokoju mroku, grozy.
- Strzelno padło! - błysnęło przez myśl przebudzonego. Kapłan nie odzywał się, starając się odzyskać przytomność. - Jak on tu się dostał? Jak reagować na tę nieproszoną, niezwykłą wizytę? I już chciał się odezwać, gdy w tym usłyszał:
- Niech będzie pochwalony! - Słuch go nie mylił, był to swój.
- Wzięliśmy Strzelno tej nocy, oto rozkaz dla księdza - powiedział ranny przybysz i wręczył księdzu papier od Straży Ludowej w Strzelnie z poleceniem wystawienia oddziału ochotników z parafii i przeprowadzenia rekwizycji broni u Niemców. Żołnierzem, który stał przed kapłanem był kapral Bruk z oswobodzonego Strzelna.

Wikariusz zerwał się z łóżka jak oparzony, a kiedy po mszy św. wyszedł przed kościół, cała wieś przebudzona niezwykłą nowiną, wśród wrzawy i gwaru wypełniła obszerny plac przykościelny. Po kilku radosnych słowach apelu wygłoszonego do zebranych na wieść o zdobyciu Strzelna, ks. Morkowski wezwał byłych żołnierzy, by na ochotnika przystąpili do przejęcia władzy w Markowicach, wstąpili do organizacji powstańczej i Straży Ludowej oraz bezzwłocznie przeprowadzili rekwirowanie broni u Niemców z obszaru parafii.

Zgłosili się wszyscy byli żołnierze i dojrzała młodzież. Nikt z nich nie miał karabinu, więc uzbroili się w to, co kto miał. Przemysław Winiarski, właściciel mleczarni miał najlepszą broń, bo sztucer dalekosiężny i rewolwer żandarmerii pruskiej. Żandarm mieszkał w jego domu i zapewne to jemu tę broń zabrał. Nade wszystko imponował trąbką przybraną kokardą narodową i grą na niej porywał zebranych do działań. Władysław Sobociński w szpadę i rewolwer się uzbroił, Andrzej Bandoch z bagnetem się stawił, który z okopów wojennych przywiózł sobie do sprawiania wieprzów. Widząc to inni zawrócili na piętach i wkrótce stawili się: Władysław Steinborn z ojcowską dubeltówką na plecach i z kieszeniami wypchanymi nabojami, to samo Antoni Szydłowski i Aleksander Stiller - późniejszy wachmistrz Pułku Ułanów w Bydgoszczy. Franciszek Świtalski, Józef Szczepaniak i Franciszek Pawlak browningów próbowali, a Wojciech i Marcin Zgodzińscy, Pawłowski i Zygmunt Kowalski staroświeckie mając rewolwery rej wodzili wśród tych, co tylko z pałkami i kijami stanęli w szeregu. Nie upłynęło pół godziny i partia była gotowa.

Podział oddziału na cztery grupy z przydziałem stosownych instrukcji był dziełem jednej chwili. Pierwsza partia ruszyła na Niemojewko i Kruszę Zamkową, druga przeciw kolonistom do Kruszy Duchownej (Lindenthal), i do Tupadeł (Sagenfeld), trzecia do Żernik oraz czwarty, najsilniejszy, do dworu markowickiego z Winiarskim na czele.

Pałac Wilamowitzów-Moellendorffów i Clausa von Heydebrecka w dobie Powstania Wielkopolskiego
Ks. Morkowski zalecił powstańcom, by ci podczas rekwirowania broni kierowali się rozwagą i rycerskością. Dla samego kapłana sytuacja była wielce kłopotliwa. Znał osobiście dziedziców Markowic i Kruszy Zamkowej - pułkownika Clausa von Heydebrecka i Carla Cordsa, u których często bywał goszczony. Cords należał do ludzi spokojnych, za to Heydebreck łatwo wpadał w gniew i bywał wybuchowy. Ksiądz wysłał wprawdzie do dworu łącznika, gdy jednak ten nie wracał, wyczekiwanie zwiększyło u niego niepokój i rad nie rad sam puścił się w stronę dworu.

Tymczasem powstańcy przerażonej dziedziczce Hildegardzie von Heydebreck i jej córkom zapowiedzieli, że przy najmniejszej próbie oporu puszczą z dymem dwór i ich cały dobytek. Po tej przestrodze bezzwłocznie przeszukali mieszkanie, zabierając zgromadzoną broń, przeważnie myśliwską i do tego bardzo cenną. W międzyczasie nie obyło się bez scen spięcia. Pułkownik szybko zorientował się, że ma do czynienia z markowiczanami, w których rozpoznał również swoich pracowników folwarcznych, a także wyczuł, iż byli oni inspirowani do działań przez ks. wikarego. Wówczas też posypały się w ich kierunku gromy, nie oszczędzające również kapłana. Heydebreck w powstanie narodowe nie wierzył i dlatego działań markowiczan w tym względzie nie rozumiał. Widział w nich rewolucję socjalistyczną, która patriotom polskim miała wyrosnąć ponad głowę. Samego ks. Morkowskiego ostrzegał, że za zamiar użycia broni myśliwskiej do walki z ludźmi grożą wielkie sankcje wynikające z prawa międzynarodowego i przyszłość powstańców malował w czarnych kolorach. Wywiązała się między nimi ostra rozmowa i po krótkiej wymianie zdań pułkownik, po zezwoleniu na zatrzymanie jednego browninga do obrony osobistej, uspokoił się. Sprawami zbrojnej walki pomiędzy Niemcami i Polakami więcej się nie zajmował.

Do zbrojowni urządzonej w dawnym refektarzu klasztornym zaczęła napływać broń zarekwirowana Niemcom. Zakrystian, który z zawodu był krawcem zamienił igłę na bagnet, stając się pierwszym rusznikarzem i stróżem składnicy broni.

Zarząd Okręgu Pomorskiego Związku Weteranów Powstań Narodowych RP 1914-1919. Pierwszy od lewej w dolnym szeregu Przemysław Winiarski.
 Szczególnie obfity łup powstańcy zdobyli w Kruszy Zamkowej. Odbywało się tam dzień wcześniej, 2 stycznia polowanie. Z Polaków brał w nim udział proboszcz parafii ludziskiej ks. Narcyz Putz. Według jego relacji - myśliwi pod wieczór zamykali ostatni kocioł i kończyli polowanie, gdy od Strzelna przygalopował na spienionym koniu tamtejszy żandarm z raportem o powstańcach zbliżających się od strony Mogilna. Niemców ogarnęła konsternacja, szczególnie landrata i nadleśniczego. Pytając się proboszcza, co robić? - usłyszeli odpowiedz, że kto wobec Polaków sumienie ma czyste niech spokojnie pozostanie na miejscu. Pospiesznie porozjeżdżali się wszyscy. Do stołu przygotowanego we dworze na kilkanaście osób zasiadł gospodarz domy z jednym tylko biesiadnikiem ks. Putzem. Cała broń, którą przerażeni myśliwi pozostawili we dworze w Kruszy Zamkowej stała się łupem powstańców z Markowic.

U kolonistów w Kruszy Duchownej również znaleziono wiele broni. Sam Stiller znalazł ukryte w studni 4 karabiny. Oba oddziały dostarczyły do zbrojowni markowickiej pełen wóz przeróżnej broni. Rekwizycja broni odniosła podwójny skutek, powstańców zaopatrzyła w broń, a Niemcom do reszty odebrała ducha. Ks. Morkowski rozdzielił broń pomiędzy 70 powstańców i w ten sposób uformowany został oddział markowicki, nad którym komendę objął Przemysław Winiarski, późniejszy sierżant, a następnie podporucznik Wojska Polskiego. Nowo upieczony dowódca nie posiadał doświadczenia wojskowego. Z racji prowadzenia własnej mleczarni i zaopatrywania w masło wojska i mieszkańców Inowrocławia był odraczany od służby wojskowej. Był organizatorem służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej w Markowicach, wywiadowcą i po przejęciu miejscowej poczty jej zawiadowcą. Ks. Morkowski przywołując sylwetkę Winiarskiego tak go opisał: - najchętniej przecież stawał na środku wsi i na zbiórkę trąbił, ruch wtedy i życie wrzało w naszej wsi, przedtem tak spokojnej.

3 stycznia 1919 r. na pocztę w Markowicach przyszedł telegram od inowrocławskiej Rady Żołniersko-Ludowej, donoszący o rozejmie, zawartym tegoż dnia o godz.1:30 pomiędzy emisariuszami Naczelnej rady Ludowej w Poznaniu a majorem Grollmanem, dowódcą załogi niemieckiej w Inowrocławiu.

Markowice, 4 stycznia 1919 r.

W tym dniu ks. Wacław Morkowski dopinał organizację służby bezpieczeństwa - Straży Ludowej i łączności. Markowice wróciły znowu do normalnego życia i funkcjonowania. Około południa przybył z Inowrocławia do klasztoru, do mieszkania ks. Morkowskiego mecenas Koszutski, delegat Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu. Celem jego wizyty było przekonanie kapłana, by ten hamująco wpłynął na zapędy miejscowych powstańców marszu na Inowrocław. Przy kieliszku wina, wysłuchał gościa i przedstawił mu swój punkt widzenia na działania zbrojne powstańców oraz na decyzje NRL. Ks. Morkowski był rad, że markowiczanie zdążyli przejąć władzę we wsi, przed podpisaniem rozejmu w Inowrocławiu…

Markowice, 5 stycznia 1919 r.

Przed brzaskiem, w szarym mroku tonęła jeszcze wieś, kiedy Przemysław Winiarski krocząc środkiem ulicy obwieszczał swoją sygnałówką zbiórkę wszystkich mężczyzn. Po chwili wszyscy pośpieszyli na plac przed kościołem, miejsce spotkań i wieców od czasu wybuchu powstania. Głos zabrał ks. Morkowski, który zapoznał wszystkich z postępami powstańców, którzy pod komendą ppor. Pawła Cymsa przygotowywali szturm na Inowrocław.
- Wszyscy pójdziemy! - odezwał się ktoś z tłumu. Poparli go inni dodając - śpieszmy się, na wozach pojedziemy!
- Ale ksiądz z nami! - wołał jeden ze starszych gospodarzy, co całą wojnę w domu przesiedział, bo nie było w magazynach niemieckich munduru na jego wzrost i tuszę.
- Bez księdza nie pojedziemy! - przyklasnęli wszyscy!
- Szabla mi się nie należy - odparł ksiądz słowami  ks. Marka, kapelana konfederatów barskich, dodając - nie przez nią Pan Bóg uderzy.

Z braku szabli kapłan wybrał browning myśliwski. Po odprawionej w kościele służbie Bożej i modłach polecających powstańców Boskiej opiece, gdy wozy stały już gotowe, wszyscy jak jeden mąż ruszyli z wesołą gwarą i pośpiechem…



Z Markowic, podczas niemieckiej ofensywy nadnoteckiej, pod Kcynią poległo dwóch powstańców, Stanisław (Józef) Bandoch - 7 lutego 1919 r. i Wojciech Zgodziński - 20 lutego 1919 r. Jak zanotował w swoich wspomnieniach ks. Morkowski: - Zgodzińskiego tylko można było do Markowic sprowadzić i uroczystym na cmentarzu przy kościele uczcić pogrzebem.  


wtorek, 30 grudnia 2025

Spacerkiem po Strzelnie - cz. 219 ul. Sportowa - cz. 7

Pozostały do zakończenia jubileuszowego 125. roku działalności OSP w Strzelnie dwa dni, a ja dzisiaj przedstawię kolejne lata z dziejów bardzo zasłużonej dla miasta i całej okolicy jednostki ratowniczo-gaśniczej. W nadchodzącym 2026 roku będą kolejne części opowieści, a tymczasem wyprzedzając temat pozwólcie, że złożę Wam wszystkim - czytelnikom bloga - życzenia: - Szczęśliwego Nowego 2026 Roku!!!

OSP Strzelno - cz. 2 (1920-1923)

W czasie Wielkiej Wojny i w pierwszych latach wolności strzeleńska Ochotnicza Straż Ogniowa nie przejawiała większej aktywności, a to z powodu poboru członków czynnych, ludzi młodych do wojska. Powstałą lukę wypełniała miejscowa straż przymusowa, gdzie wszyscy zdolni do pomocy byli zobowiązani do uczestniczenia w akcjach ratowniczych i utrzymania sprzętu, a służba odbywała się pod nadzorem władz miejskich. Jak odnotowano w cytowanym już sprawozdaniu jubileuszowym, - W roku 1919-1920 Straż była nieczynna, bo każdy jej członek chwycił za broń w obronie granic Ojczyzny. Oczywiście mowa jest o ochotnikach pochodzenia polskiego.

11 stycznia 1920 roku odbyło się w Poznaniu Walne Zebranie dotychczasowego Wydziału Prowincjonalnego Związku Straży Pożarnych, na którym uchwalono nową nazwę: Wielkopolski Związek Straży Pożarnych oraz opracowano polski statut i wybrano nowy Zarząd. Ochotnicze Straże Ogniowe zmieniły swoje nazwy na Ochotnicze Straże Pożarne. WZSP obejmował 150 członków a mianowicie: 1 straż zawodowa w Poznaniu, 58 straży ochotniczych (w tym OSP Strzelno), 2 obowiązkowe, 65 miast i 24 powiaty. W tym samym czasie, tj. w 1920 roku ówczesny burmistrz Konstanty Ciesielski odrodził i zreorganizował Straż strzeleńską. Do nowego Zarządu weszli: burmistrz Ciesielski, Franciszek Osiński, Norbert Baranowski (członek od 1907 r.), Jan Heinricht, Józef Rydlewski i Jan Hoffmann (członek od 1900 r.). Wkrótce skład Zarządu i Komisji Rewizyjnej dopełnili: Józef Musiałkiewicz, Stanisław Dymel, Wiktor Piątkowski (członek od 1911 r.) i Tomasz Trzecki (członek od 1907 r.). W okresie reorganizacji działalność ochotników utrudniał brak sprzętu, który z racji wcześniejszej eksploatacji nie nadawał się do użytku, a na nowy nie było funduszów. Mimo wszystko strażacy uczestniczyli przy gaszeniu niemalże wszystkich pożarów w mieście i okolicy, m.in.: większych pożarów lasów Nadleśnictwie Miradz, Mączkarni w Bronisławiu, w Młynach i innych.

Pismo burmistrza Ciesielskiego do Wojewody Poznańskiego

Dla sprawniejszego nadzoru nad poszczególnymi Strażami WZSP podzielono na 11 Okręgów. Jednym z nich był Okręg VI Inowrocław, do którego należała OSP Strzelno. Niezbyt przychylnie ten fakt przyjęli sołtysi gmin powiatów inowrocławskiego, mogileńskiego i strzeleńskiego. Podczas zebrania w Pakości w dniu 29 lipca 192I roku zaprotestowali oni przeciw ustanowieniu okręgu VI w Inowrocławiu, motywując swoją postawę w proteście wniesiony do Województwa za pośrednictwem starostwa mogileńskiego następująco: ,,Tutejszy obwód komisariatu jest na podzielony na okręgi, a każdy okręg ma swego komisarza ogniowego i swego zastępcę, a gminy i obwody dominialne posiadają po większej części swoje sikawki, które będą z rozkazu komisarza obwodowego od czasu do czasu rewidowane. Oprócz tego posiada każda gmina i obwód dominialny przymusową straż ogniową, która stoi pod nadzorem komisarza ogniowego i komisarza obwodowego. Nie zachodzi więc potrzeba urządzenia i potwierdzenia nowego urzędu ogniowego, któryby obciążał niepotrzebnie gminy i obwody dominialne tutejszego obwodu.”

Wówczas ową postawę sołtysów oceniono w Poznaniu jednoznacznie - że Akcie ta była naturalnie wywołana obawą gmin, że z powodu ustanowienia Okręgu nałożone na nie zostaną nowe ciężary. Zadaniem okręgów jest przeprowadzanie lustracji Straży, do nich należących, rewizja sikawek i organizowanie nowych Straży ochotniczych.

Na początku lat 20. XX w. spośród większych pożarów najbardziej udokumentowane zostały pożary lasów. Na przykład w 1921 roku w Nadleśnictwie Miradz wybuchały nader często pożary. Kilkakrotnie palił się las od ognia zaprószonego przez lokomotywy pociągów przejeżdżających przez oddziały: 183 - las „Szyszki” w miejscowości Młyny oraz 106 - pod wsią Wronowy. Pożary miały miejsce w maju, czerwcu i lipcu 1921 roku. Główną ich przyczyną były zaniedbania ze strony kolei, która była zobowiązana do należytego utrzymania pasów ochronnych, znajdujących się po obu stronach torów w obu oddziałach o długości 500 m i szerokości 25 m - czego nie robiła, a co było przedmiotem wielokrotnych interwencji nadleśnictwa w Urzędzie Ruchu w Inowrocławiu. Nie wycięte suche trawy oraz zarośnięte wewnętrzne pasy izolacyjne, które powinny byś pozbawione zupełnie roślinności były główną przyczyną tych pożarów.

17 i 18 lipca 1921 roku w oddziale 106 wybuchły dwa kolejne pożary, spowodowane iskrami z lokomotyw pociągów popołudniowych o godz. 17:00. Pierwszego dnia uległ zniszczeniu pas ochronny o pow. 425 m2 i 1,33 ha 30-letniego drzewostanu. Drugiego dnia 500 m2 pasa ochronnego oraz 1,56 ha wiekowo tego samego drzewostanu. Jak czytamy w piśmie do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy: - Pożary te dzięki energicznemu ratunkowi w kilka godzin ugaszono. Ta częstotliwość pożarów spowodowała, że kolej ze swojej strony ustanowiła jednego człowieka pilnującego toru, a nadleśnictwo poleciło leśniczemu z Młynów codziennie w popołudniowych i wieczornych godzinach przejazdu pociągów obchód oddziału 106. Łączne straty jakie poniosło nadleśnictwo w 1921 roku w wyniku pożarów spowodowanych iskrami z lokomotyw wyniosły 621 802 marki i o odszkodowanie w tej kwocie wystąpiło do Dyrekcji PKP.

Ciąg dalszy pisma burmistrza Ciesielskiego do Wojewody Poznańskiego

Największy pożar jaki nawiedził w latach międzywojennych obszar lasów Nadleśnictwa Miradz miał miejsce 3 sierpnia 1921 roku. Wybuchł on w środku lasu o godz. 13:15 w oddziale 80, na wschód od Jeziora Czyste, tuż przy drodze publicznej wiodącej z Miradza do Gaju (tzw. Gajowiance). Na skutek silnego wiatru pożar rozprzestrzenił się szybko. W początkowej fazie objął podszyt (przyziemie), jednakże wkrótce zajął część oddziału 80 jako pożar wierzchołkowy, skąd przeniósł się do oddziału 98, do 12-letniego drzewostanu. Tam, z powodu rzadkiego zadrzewienia, przeniósł się na podszyt i tylko miejscami paliły się mniejsze sosny, aż do wierzchołka.

Po pół godzinie przystąpiono do akcji ratunkowej. Dzięki większej ilości ludzi, którzy prawie natychmiast znaleźli się na miejscu pożaru, po dwóch godzinach ciężkiego zmagania się zdołano pożar zlokalizować w kulturze w oddziale 97. Łączne straty powierzchniowe zamknęły się na 9,6458 ha. Nadleśnictwo po oszacowaniu strat wystąpiło do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy o pozwolenie na „wyrąbanie” uszkodzonych drzew, co uwzględniono w cięciach na 1922 rok.

Burmistrz i prezes OSP Konstanty Ciesielski

17 sierpnia 1921 roku burmistrz Ciesielski za pośrednictwem Wojewody Poznańskiego wystąpił do Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy o zwrot poniesionych kosztów w wysokości 3 000 marek przy gaszeniu pożarów w Lasach Miradzkich. Już 8 września 1921 roku Państwowa Kasa Leśna w Strzelnie otrzymała polecenie wypłaty poniesionych kosztów Magistratowi w Strzelnie.

Po trzech latach prezesowania OSP w Strzelnie zmarł nagle 3 lutego 1923 roku burmistrz Konstanty Ciesielski. Od 1 maja nowym włodarzem został Tadeusz Busza - urzędnik szczebla wojewódzkiego, skierowany do Strzelna przez wojewodę Adolfa Bnińskiego. Już w czerwcu 1923 roku OSP w Strzelnie odbyła zebranie z udziałem nowego burmistrza Buszy. Wprowadzając zebranych do dyskusji, burmistrz: - przedstawił ważność i zadanie straży pożarnej. Po obszernej dyskusji uchwalono nadal pozostawić ochotniczą straż pożarną. Wybrano nowy zarząd w składzie: prezes - Tadeusz Busza, naczelnik - Wiktor Piątkowski, I zastępca naczelnika - Franciszek Osiński, II zastępca naczelnika - Józef Rydlewski, adiutant - Stanisław Dymel, sekretarz - Józef Musiałkiewicz, skarbnik - Józef Przybylski, gospodarz - Ignacy Kramarczyk. Korespondent prasowy odnotowujący to wydarzenie zapisał w formie komentarza, iż: -  Spodziewać się należy, że nowo wybrany zarząd postawi straż na poziomie na jakim się znajdować powinna. („Dziennik Kujawski”, 1923, nr 147).

9 wrześniu 1923 roku (w niedzielę) odbyła się w Strzelnie impreza strażacka zorganizowana przez OSP. Przybyli goście, których z udziałem orkiestry powitano na dworcu, a następnie w uroczystym pochodzie przeprowadzono przez miasto do kościoła. Tam podczas mszy przemówił do członków OSP ks. kan. Kopernik. Po południu zaprzysiężono nowych członków OSP i wręczono dyplomy, po czym odbyły się ćwiczenia gaszenia pożaru, piramidy i defilada. W ogrodzie „Parku Miejskim” przy licznym udziale strzelnian miał miejsce koncert, a po nim zabawa taneczna przy pochodniach. Uczestnicy złożyli datki w gotówce i naturaliach na cele OSP. Pomoc dla druhów w kolejnych dniach przyjmowano w „Rolniku” oraz za pośrednictwem druhów - Piątkowskiego i Musiałkiewicza.   

15 października 1923 roku w poniedziałek rozpoczął się w Parku Miejskim w Strzelnie z inicjatywy Zarządu Wielkopolskiego Związku Straży Pożarnych kurs praktyczny i teoretyczny dla członków Straży Pożarnych - kierowników i instruktorów Straży Pożarnych powiatów strzelińskiego, inowrocławskiego i mogileńskiego. Otwarcia kursu dokonał inspektor pożarnictwa K. Górniak z Poznania przy udziale licznych delegatów i przedstawicieli władz oraz 50 kursantów. Z ramienia zarządu okręgu VI obecny był Eckert z Inowrocławia. Kurs trwał 6 dni i obejmował ćwiczenia praktyczne, wykłady o gimnastyce oraz zajęcia z teorii i praktyki pożarniczej. („Dziennik Kujawski”, 1923, nr 227 i 240).

CDN    


wtorek, 23 grudnia 2025

Święta, święta któż to pamięta?

Żłóbek Bożonarodzeniowy w strzeleńskim kościele św. Trójcy i NMP - 1996-1997 rok

Jako, że tradycja nakazuje składanie sobie życzeń, takoż i ja czynię wespół z moją rodziną: z żoną, dziećmi i wnuczętami. Życzymy naszym rodzinom, znajomym, a szczególnie czytelnikom bloga zdrowych, szczęśliwych i spokojnych świąt. By brakującym przestało brakować, by posiadającym starczyło na dzielenie się z potrzebującymi, by zapanowała zgoda i przyjaźń, a szczególnie życzymy spełnienia się wszystkiego, co dobro niesie. Radości bycia z najbliższymi, nawet na odległość. Zaś Tym wszystkim, którzy za chlebem wyjechali i w innych krajach zwyczaj polski kultywują, życzymy wszelkich łask Bożych i pamięci o tych, którzy w kraju pozostali i modlą się za rychłe powroty. Niech przychodząca na ten świat Boża Dziecina błogosławi nam wszystkim.

Nadto - Wam wszystkim - ofiarowuję to moje opowiadanie, które, jak mniemam wprowadzi was w nastrój świąteczny.

Kiedy nastaje okres świąteczny w licznie wydawanych czasopismach możemy wyczytać, jakie to onegdaj panowały zwyczaje bożonarodzeniowe, skąd one się wzięły i czy są jeszcze kultywowane. Wszem i wobec podaje się do wiadomości, że strojna choinka to zwyczaj zachodni i najwcześniej przyjęła się w zaborze pruskim, że kolędy śpiewano już w średniowieczu przy żywej szopce zbudowanej przez św. Franciszka i że pierwszy żłóbek zbudowano w Neapolu w XIII w.. Sporo uwagi poświęca się jadłu świątecznemu: rybom na wiele sposobów sprawionym, grzybom i suszom owocowym, potrawom kapustnym i mącznym z pierogami wszelakimi skrywającymi pyszne nadzienie. Oddzielną pozycję w barwnych czasopismach zajmują wypieki cukiernicze z królującymi piernikami i makowcami, a także innymi pysznymi słodkościami i łakociami świątecznymi.

Moja pamięć przywołuje tak odległe czasy, że można, by je podzielić na wiele epok. Czyż jestem, aż tak stary? Raczej nie, ale mą pamięć wydłużają opowieści mamy o dawnych zwyczajach i wspominki cioci Peli - o tradycjach panujących w strzeleńskich rodzinach. W samym Strzelnie niewiele jest rodzin, których miejscowe korzenie sięgają XVIII w. Można byłoby policzyć je na palcach jednej ręki. Znacząca większość to rodziny, które przybyły do Strzelna w XIX i na przełomie z XX wiekiem. Osiedlając się tutaj zaprowadzały swoje zwyczaje, które niewiele, acz różniły się od miejscowych. Gro nowych mieszkańców stanowili kawalerowie żeniący się ze strzelniankami i na odwrót. Znaczący ich odsetek pochodził z centralnej Wielkopolski, zaś z Kujaw, ograniczał się do tzw. Kujaw rozdzielonych w 1772 r. linią zaborów, czyli Kujaw Zachodnich. Tak też stało się z moją rodziną, której kądziel była miejscową, zaś miecz pochodził spod poznańskiego Głuchowa

Jak wiele zwyczajów wniósł dziadek Poznaniak, a jak wiele babcia Kujawianka, dziś nie sposób stwierdzić, gdyż węzłem małżeńskim połączyli się w 1902 r. Ale czytając prasę z II połowy XIX w. mogę śmiało powiedzieć, że święta Bożego Narodzenia, niemalże niczym się nie różniły na obszarze całego zaboru pruskiego. Dlatego też, rozważając temat zwyczajów świątecznych pamiętajmy, że są to święta kościelne, zatem ściśle związane z kalendarzem liturgicznym. Okres poprzedzający te najpiękniejsze polskie święta, to czas Adwentu, czyli oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny. Rozpoczyna się on na cztery tygodnie przed Wigilią. Jako dzieci chodziliśmy w tym okresie na codzienne nabożeństwa poranne, zwane Roratami- odbywały się one o 6:00.

  

Kontynuując wspominki bożonarodzeniowe przywołam starą tradycję, która całkowicie zanikła na początku lat sześćdziesiątych, około 1962 r. Był to zwyczaj chodzenia - kolędowania z szopką. Pamiętam to dokładnie, jak dwaj przebrani mężczyźni obchodzili co znaczniejsze domy, sklepy i firmy prywatne. To kolędowanie zaczynało się na tydzień przed Wigilią i trwało, jak mnie pamięć nie myli, do Trzech Króli. Jeden z nich, zapewne ten ważniejszy, niósł przewieszoną na pasku przez szyję szopkę betlejemską. Wykonana ona była w kształcie domku, z odsłoniętą przednią ścianą. Wewnątrz znajdowały się figurki Świętej Rodziny, pasterzy, aniołków, trzody – a wszystko wycięte w sklejce i oklejone barwnymi strojami. Obok niosącego szopkę szedł drugi kolędownik, który niósł dużą wielobarwną gwiazdę na trzonku. Raz po raz wprawiał ją w ruch za pomocą linki umocowanej na dwóch rolkach. Już wówczas uważano ten zwyczaj za gasnący. Ostatnimi, którzy odwiedzili Strzelno z tym świątecznym rekwizytem byli dwaj mieszkańcy Sławska Dolnego. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, choć minęło blisko 50 lat. Zapamiętałem tę parę dlatego, że odwiedziła ona sklep cioci Peli. W podzięce obdarowała Ona wędrowców „brzęczącą” monetą. Po tej wizycie, z grupą dzieciarni, towarzyszyliśmy kolędnikom obchodząc z nimi rynek i ulice miasta.

 

Innym elementem świątecznej tradycji jest choinka. W 1859 r. „Dziennik Poznański” donosił, że: Poznań, bowiem dawszy od dawna przystęp tak miłemu dla młodych i starych dzieci germańskiemu obyczajowi strojenia choinki Bożego Narodzenia podarkami, połączył ten zwyczaj ze staropolską kolędą i nazwał to wszystko razem Gwiazdką. W naszym domu, jak i u sąsiadów, rodziny i znajomych tą choinką zawsze był świerk. W mej pamięci zapisały się dwie choinki, ta domowa i u cioci Peli. Tę właśnie ostatnią chciałbym przypomnieć, gdyż była ona niezwykła. Drzewko oprawione w żeliwny stojaczek stało w dużym okrągłym, jak stolik kwietniku, tuż przy fortepianie. Przybrane było ozdobami pamiętającymi okres międzywojnia. Wykonała je własnoręcznie, jako panienka, sama ciocia Pela. Wszystkie one były z papieru, łącznie z piękną gwiazdą zastępującą niejako szpic. Całość utrzymana była w tonacji kremowej, gdyż onegdaj biały papier zdążył nieco stracić swą śnieżną biel. Łańcuszek – kilkumetrowy – był misterną plecionką rozkładającą się spiralnie wokół drzewka od dołu do samej góry, jak jedna długa harmonika. Na nitkach wisiały przybrane w białe krepowe sukienki uskrzydlone aniołki z buźkami wyciętymi z oleodrukowanych kolorowanek. Zamiast bombek z gałązek zwisały misternie złożone na kształt brył przestrzennych gwiazdy i gwiazdeczki – różnych rozmiarów, od maleńkich, jak paznokieć do wielkich jak jabłko. W całość wpięte były spiralne białe świeczki, które wyróżniały się nieskazitelną bielą. Choinkę pokrywał śnieżny puch wykonany z waty opatrunkowej, zaś pod nią stał maleńki porcelanowy, również biały żłóbek.

Przez wiele lat budowałem z kolegami z MGOKiR takie i podobne żłóbki w kościele św. Trójcy i NMP  w Strzelnie

Wspominki moje chciałbym zakończyć bożonarodzeniowym zwyczajem, jaki panował w organizacjach społecznych, instytucjach i szkołach w okresie międzywojennym i kontynuowany był do roku 1948, by z kolei odrodzić się po 1989 r. Generalnie nazywany był spotkaniem wigilijnym lub opłatkowym. Bardzo wcześnie bo na przełomie lat 80. i 90. XIX w., jak donosił „Nadgoplanin”, organizowano owe Gwiazdki dla ubogich dzieci gromadząc dary i datki pieniężne za pośrednictwem redakcji. 31 grudnia 1887 r. gazeta donosiła: We wilią o godz. 3 po południu odbyła się w pomieszkaniu księży wikariuszy gwiazdka dla biednych dzieci, z których więcej niż 50 w ubrania, kapotki, pończochy, rękawiczki itp. zaopatrzonych zostało. Ta sama gazeta, choć ukazywała się przez niespełna 5 lat, przed świętami była zawsze pełna cudnych staropolszczyzną pisanych reklam. Jedna z nich głosiła, że za zaliczeniem pocztowym można dostać cukierki na choinkę w pudełku, które zawiera 440 sztuk łakoci zapakowanych w papierki o prześlicznych wzorach. Wystarczy napisać do Drezna… Inna głosiła, że od 1 grudnia w Kruszwicy u Romana Sępowskiego trwać będzie „wystawa gwiazdkowa”.

W starych kronikach strażackich, w gazetach regionalnych i specjalistycznych znajdujemy opisy mówiące o spotkaniach różnych środowisk w okresie przedświątecznym, jak i po świętach, a nawiązującym do przyjścia Bożej Dzieciny na świat. Świąteczne Wigilijne jednania miały miejsce na frontach I wojny światowej, kiedy to opłatkiem dzieliły się zwaśnione strony. Nie dziw, zatem, że szczególnie kultywowano ten zwyczaj w odrodzonej Polsce. Strzeleńscy strażacy, na kilka dni przed Wigilią spotykali się w restauracji tzw. „Parku Miejskiego” u swego komendanta druha Wiktora Piątkowskiego. Za sprawą sponsorów urządzano Wigilię Strażacką, na której podawano kiszkę z wody z kapustą kiszoną zasmażaną i bułkami. Do tego gorąca herbata oraz ciasto piernikowe i strucla makowa. Wspólnie przy specjalnie przygotowanej choince śpiewano kolędy. Wigilia u strażaków, jak również w innych organizacjach społecznych, była jednocześnie częścią działalności charytatywnej stowarzyszeń. Mianowicie obdarowywali oni swych bezrobotnych i ubogich druhów konkretnymi paczkami świątecznymi. Ich skład był różny, generalnie były to artykuły żywnościowe. Na przykład Młyn Parowy Zygmunta Jaśkowiaka, co roku darował kilka worków kaszy i mąki, majętności ziemskie żywiec, przerabiany u rzeźnika Lechowskiego na pyszne kiełbasy i pasztety. Organizowano loterie fantowe i przedstawienia teatralne kończone zabawami. Były to imprezy odpłatne, a uzyskany z nich zysk przeznaczano na wsparcie przedświąteczne dla potrzebujących.

W zwyczaju szkolnym podobne spotkania organizowano dla dzieci. W strzeleńskich szkołach od 1945 r. były to spotkania klasowe oraz tzw. gwiazdki dla ubogi dzieci. Zaś na wsiach w spotkaniach uczestniczyli również rodzice. Każde takie spotkanie miało w programie przedstawienie jasełkowe, lub teatralne nawiązujące do tradycji świątecznej oraz śpiewanie kolęd. Pięknie te zwyczaje opisane są w starych kronikach szkolnych, jednakże ich żywot kończy się z grudniem 1948 r. Spotkania wigilijne zostały zastąpione choinką noworoczną a tradycyjnych kujawsko-wielkopolskich Gwiazdorów zastąpiły Dziadki Mrozy – rodem z krainy dobrobytu socjalistycznego. Podobne noworoczne choinki organizowały związki zawodowe dla dzieci swych pracowników i choć wówczas również przychodziły Dziadki Mrozy, to i tak myśmy nazywali ich Gwiazdorami, a owe słynne „paczki” Gwiazdkami, przenosząc stare nazewnictwo domowe do życia publicznego. 

Po 1989 r. w niektórych zakładach kultywowano i kultywuje się zwyczaj socjalnych „paczek” świątecznych. Ale on pomału zanika, choć jeszcze niektóre zakłady pracy podtrzymują go. Za to rozwinęło się wypłacanie tzw. „karpiówki” z funduszy socjalnych oraz wydawanie pracownikom bonów towarowych do realizacji w marketach i sklepach wielkopowierzchniowych. Do łaski powróciły spotkania opłatkowe urządzane szczególnie w okresie poświątecznym z udziałem osób duchownych. Swego rodzaju novum przyniosły też i czasy, w jakich przychodzi nam żyć. Od lat dziewięćdziesiątych zaprowadzono zwyczaj spotykania się władz miejskich z samotnymi i ubogimi mieszkańcami miasta i gminy. Corocznie Stołówka Gimnazjalna ze środków MGOPS przygotowuje piękne Wigilie. Na stoły trafiają wyśmienite staropolskie posiłki, którym towarzyszy łamanie się opłatkiem i wspólne spożywanie dań świątecznych, a do tego śpiewanie kolęd. Takie Wigilie przygotowywał zespół pracownic kierowany przez moją małżonkę.


Ale w tym wszystkim, co przeżywamy w Wigilię Narodzenia Pańskiego najważniejsze jest to, że staropolskie zwyczaje domowe, choć już nie w tak pełnym wymiarze, jak te naszych matek i babć, nadal są żywe i nie poddają się trendom współczesnym, że tak powiem uprzemysłowionym. Szczęść Wam Boże! Łamiący się z Wami opłatkiem

Marian Przybylski z żoną Lidką i ukochaną rodziną

 

piątek, 19 grudnia 2025

Spacerkiem po Strzelnie - cz. 218 ul. Sportowa - cz. 6

Oj dawno, dawno bo grubo ponad pół roku temu, a dokładniej, 1 czerwca 2025 roku ostatni raz spacerowaliśmy razem ulicą Sportową. Opowieści nie dokończyłem, a przecież pozostała do przybliżenia historia, która tak po prawdzie mogłaby się stać podwaliną pod nową książkę - monografię o naszej strzeleńskiej, wielce zasłużonej dla miasta i regionu Ochotniczej Straży Pożarnej. Zatem czas, by chociaż w skrócie opowiedzieć Wam o tych, którzy z oddaniem walczyli i walczą o nasze mienie, nasze zdrowie, ratując nas z pożarów, wypadków drogowych i dziesiątek innych zdarzeń losowych. Niech ta opowieść stanie się naszym wspólnym podziękowaniem za 125 lat służby strzeleńskiemu społeczeństwu. Przypomnę, że 27 września minęła właśnie taka rocznica.


OSP Strzelno - cz. 1 (1900-1919)

Idea niesienia pomocy bliźniemu na skutek nieszczęścia pożaru sięga czasów najodleglejszych. Ludzkość nie zna wypadków by człowiek przyglądał się spokojnie jak żywioł trawi dobytek szeroko pojętemu sąsiadowi. W obszarze współczesnych granic naszej gminy pierwsza Ochotnicza Straż Pożarna powstała w 1900 roku w Strzelnie. Drugą pod względem stażu jest OSP we Wronowach, która powstała 9 czerwca 1926 roku. Nie znaczy to, że wcześniej nie było zorganizowanej pomocy w gaszeniu pożarów. Otóż, już od średniowiecza istniał obowiązek delegowania, co najmniej jednego dorosłego domownika, zaopatrzonego w wiadro do gaszenia pożarów, które w okresie zabudowy drewnianej bardzo często wybuchały po wsiach, jak i w samym Strzelnie. Przepisy przeciwpożarowe zawarte były w przywilejach miejskich, a w XIX w. w ordynacjach miejskich. Według obowiązujących rozporządzeń policyjnych na mieszkańcach spoczywał obowiązek świadczenia pomocy w razie pożarów. Była to forma tzw. przymusowej straży pożarnej, która wyznaczała do tego świadczenia mężczyzn od 17 do 60 roku życia (później od 18 do 50) oraz dostarczania koni do sikawek i beczkowozów, według harmonogramu ustalonego przez burmistrza i za stosownym wynagrodzeniem. W mieście to on odpowiadał za prowadzenie sprawnych akcji gaśniczych.

Opis pewnego zdarzenia z udziałem zespołu gaśniczego znajdujemy w „Nadgoplaninie”, a który odnotowany został w numerze 60 z 31 lipca 1889 roku. Czytamy w zawartej w nim relacji, iż: ...z piątku na sobotę sikawka miejska pędząc ulicami miasta do pożaru, jaki wybuchł w zabudowaniach rzeźnika Krischa, potrąciła obywatela p. Giesego. Woźnica kierujący sikawką nie winien temu, gdyż noc była ciemna. Potrącony Eduard Giese był właścicielem browaru zlokalizowanego przy końcu ulicy Inowrocławskiej, natomiast pogorzelec Krisch był Żydem, rzeźnikiem, właścicielem nieruchomości przy ul. Świętego Ducha, pod współczesnym numerem 16.

Sikawka model z 1904 r.

O tym, że pożary w II połowie XIX w. nie należały do rzadkich wypadków potwierdzają informacje prasowe i statystyki o tychże zdarzeniach prowadzone przez starostwo. W latach 1887/1888 było w powiecie strzeleńskim 28 pożarów za które Towarzystwo Prowincjonalne Ogniowe wypłaciło 35 tys. marek. Najwyższą kwotę odszkodowania odebrał gospodarz Siudziński w Młynach - 2 400 marek. Na przykład 16 stycznia 1889 roku wieczorem spłonęła w Stodołach sołtysowi Pechtoldowi stodoła z wszystkimi zapasami. Jakim sposobem ogień powstał, nie zdołano ustalić. W kilka dni później 26 stycznia prasa informowała o podłożeniu ognia: W czwartek wieczorem spalił się stodoła napełniona zbożem sołtysowi Kerthowi w Ciencisku... 12 lutego 1889 r. kolejna informacja, tym razem z Młynów: W piątek 8 lutego o godz. 11 wieczórem wybuchł pożar u gospodarza Głodka w Młynach. Spaliła się stodoła ze zbożem i zabudowania gospodarcze oraz dom należący do Amtu Młyny. Przyczyn ognia nie ustalono. I tych drastycznych i tragicznych w skutkach informacji było więcej, lecz nie sposób ich wszystkich w tym wątku wynotować. Niemalże co roku pożary wybuchały w okolicznych lasach, co leśnicy skrupulatnie odnotowywali w swojej ewidencji oraz donosząc o zdarzeniach Rejencji.

Pod wpływem starań ze strony Poznańskiego Prowincjonalnego Związek Straży Pożarnych założonego 18 października 1891 roku wydał minister spraw wewnętrznych pod datą 28 grudnia 1898 roku polecenie starostom powiatowym tworzenia ochotniczych i przymusowych straży pożarnych, o ile możności w każdej miejscowości. Skutkiem tego polecenia było zwołanie przez burmistrza Philipa Herrgotta na dzień 27 września 1900 roku w sali Medego zebrania założycielskiego Ochotniczej Straży Ogniowej Miasta Strzelna. Uchwalono przygotowane w języku polskim i niemieckim statutu - ustawy ochotniczej straży pożarnej miasta Strzelna, a spośród uczestników zebrania wyłoniony został zarząd, w składzie: Philipp Herrgott (burmistrz i dyrektor straży pożarnej), Carl Ritter junior (kierownik grupy strażaków), Władysław Wojciechowski (zastępca kierownika), Leo Lippmann (księgowy i sekretarz) oraz Heinrich Plagens (kierownik od sprzętu).

Pierwszym dyrektorem strzeleńskiej Ochotniczej Straży Ogniowej był Philipp Herrgott, który tę funkcję pełnił do czasu przejścia na emeryturę w 1912 roku. Po nim na czele strzeleńskich strażaków ochotników stanął członek magistratu Albert Morawietz. W tym samym czasie kierownikiem strażaków był Carl Ritter, a jego zastępcą Władysław Wojciechowski. Na przestrzenia 16 lat od 1900 do 1915 roku liczba członków wahała się pomiędzy 28 a 44. Spośród nich utworzone były dwa oddziały gaśnicze, którymi kolejno kierowali: pierwszym - Johannes Jablonka, Otto Lorusch i Johann Hoffmann; drugim - Otto Lorusch, Johann Hoffmann i Wincent Osiński. Łącznie przez szeregi przewinęło się wówczas 87 członków czynnych. Dysponowali oni od chwili powstania dwoma sikawkami, czterema żelaznymi beczkami przekazanymi im przez Magistrat oraz kompletami węży (50 m), drabin i prostym sprzętem gaśniczym - tłumicami i bosakami, siekierami oraz łopatami. Już na początku działalności Carl Ritter przekazał na cele Straży 500 marek, a na dalsze wyekwipowanie złożyli się „ofiarni obywatele” oraz Magistrat.

Pierwsza remiza straży pożarnej, jeszcze tej przymusowej zapewne mieściła się przy Magistracie, przy ul. Lipowej, co możemy wydedukować z opisu przejazdu sikawki do pożaru z 1889 roku, który wybuchł przy ul. Św. Ducha. Na nową remizę przyszło ochotnikom spod znaku czerwonego kura czekać ćwierć wieku. Jak odnotowano w sprawozdaniu jubileuszowym z okazji 30-lecia OSP Strzelno: - Straż swoją służbą strażacką zapisała się chlubnie w dziejach strażactwa. Trudno wymienić wszystkie pożary przeciętnych rozmiarów. Z wielkich zaś godzi się zanotować następujące: Rok 1906 - pożar mączkarni w Bronisławiu, gdzie przy pomocy jednej kompanii wojska straż pracowała bez przerwy trzy doby; Rok 1907 - groźny pożar tartaku w Strzelnie; Kilkakrotne pożary Państwowych Lasów Miradzkich; Rok 1910 - pożar gorzelni w Strzelnie; Rok 1911 - pożar cukrowni w Kruszwicy.

W maju 1912 roku na miejsce burmistrza Herrgotta kierownikiem Straży został druh A. [lbert] Morawietz. Pozostał on na tym stanowisku w okresie mobilizacji i wojny światowej. W tym czasie - między innymi - wybuchł poważny pożar zabudowań „Rolnika” w Strzelnie; jedna kobieta postradała wówczas życie.

Z innych pożarów jakie odnotowano w prasie, a które miały miejsce w Strzelnie zdarzyły się:

W 1909 roku - Strzelno. We wtorek spłonęła w Bielsku szkoła wraz z wszystkimi należącymi do niej zabudowaniami. („Postęp”, 1909, Nr 148).

W 1914 roku - Strzelno. Podczas ostatniej burzy pioruny spowodowały kilka poważnych pożarów. W Skalmierowicach uderzył piorun w dwór posiedziciela ziemskiego Działowskiego tak, że spłonął on zupełnie. W Annabergu (Bielsko Kolonia - Podbielsko) uderzył grom w stóg żyta posiedziciela Tonna, stóg spalił się kompletnie. Piorun uderzył dalej w dom mieszkalny posiedziciela Antoniego Mochalskiego z Bielska. Mieszkańcom udało się jednakże ogień ugasić - lipiec. („Postęp”, 1914 Nr 171).

W 1915 roku - Strzelno. W Strzelnie wybuchł ogień w mieszkaniu kapitalistki Ryszkiewiczowej, podobno wskutek nieostrożnego obejścia się ze świecą. Szkodę wyrządzoną obliczają na 3500 marek. Niestety w płomieniach zginęła także 82 letnia Ryszkiewiczowa. Znaleziono ją zwęgloną. („Gazeta Toruńska”, 1915, Nr 72).

CDN


wtorek, 16 grudnia 2025

Szkoła w Markowicach 1821-1919

Druga z kolei szkoła mieściła się w latach 1833-1913 w pomieszczeniach poklasztornych

Dzisiejsza szkoła w Markowicach to piękny obiekt z wyremontowanym w 2024 roku budynkiem szkolnym z małą salą gimnastyczną. Wybudowany on został w 1956 roku i uroczyście oddany do użytku 2 września. W 2023 roku przy szkole powstał piękny wielofunkcyjny kompleks sportowo-rekreacyjny. Sięgając do zasobów Archiwum Państwowego w Bydgoszczy oraz do dziejów Markowic w opracowaniu Clausa von Heydebrecka odtworzyłem funkcjonowanie szkoły w Markowicach w latach 1821-1919. Oto i one:

Do czasów rozbiorów szkolnictwo na wsi polskiej pozostawało w rękach Kościoła. Dekrety synodalne wielokrotnie podkreślały, że przy każdym kościele parafialnym powinna znajdować się szkoła. Niestety, w wypadku parafialnego dla Markowic Ludziska, taka szkoła nie funkcjonowała. Dopiero w 1821 roku dowiadujemy się o pierwszych poczynaniach w zakresie edukacji dzieci w Markowicach. W tym czasie starosta powiatu inowrocławskiego doniósł Rejencji w Bydgoszczy, że dzierżawca Markowic, Antoni von Preuss, założył szkołę. Była to Katolicka Szkoła Elementarna (Szkoła Ludowa), która koncentrowała się na nauce religii, moralności i podstawowej nauce (czytanie, pisanie, arytmetyka), stanowiła ważny element tożsamości i przetrwania polskiej kultury, mimo późniejszych nacisków germanizacyjnych. Przekazał on na ten cel budynek i na własny koszt wyposażył go w stoły, ławy i tablice. Nauczycielem został starszy mężczyzna, który niegdyś był organistą w katedrze we Włocławku, a następnie prywatnym nauczycielem w różnych dworach ziemiańskich. Oprócz bezpłatnego zakwaterowania otrzymywał on pensję w wysokości 40 talarów i 20,5 buszla zboża. Preuss, który okazywał wielki entuzjazm dla szkoły i nie tylko często uczęszczał na lekcje, ale także pozwalał na udział w nich swoim dzieciom, wkrótce zdołał przekonać mieszkańców do partycypowania w kosztach prowadzenia szkoły.

Na spotkaniu, które odbyło się 27 września 1821 roku, 16 rolników, 6 półrolników, 5 chałupników, 9 parobków, 2 pasterzy, młynarz i kowal zobowiązali się do płacenia po jednym talarze rocznie na utrzymanie szkoły oraz dostarczanie łącznie 12 buszli żyta, 5 buszli jęczmienia, 3 buszli grochu i 112 buszli rzepy. Każdy z rolników miał również zasadzić połowę grządki ziemniaków dla nauczyciela. Administrator powiatu dodał w swoim sprawozdaniu z 29 października 1821 roku, że szkoła w Markowicach wkrótce stanie się jedną z najlepszych szkół wiejskich w powiecie i wyraził nadzieję, że sześć sąsiednich wiosek dołączy do szkoły. Władze z wielkim entuzjazmem podchodzili do markowickiej placówki edukacyjnej.

Już 9 listopada starostwo informowało, że wsie Niemojewko, Krusza Duchowna, Górki, Żerniki, Żegotki i Bożejewice wyraziły chęć przystąpieniu do szkoły markowickiej, a ich zobowiązania miały zostać wkrótce na stałe ustanowione. Starostwo wystąpiło również do władz kościelnych, aby uzyskać w klasztorze pomieszczenie na salę lekcyjną, co zostało obiecane. Jednakże z kolejnego sprawozdania starosty z 21 kwietnia 1822 roku dowiadujemy się, że stary nauczyciel całkowicie oślepł i wyjechał do Polski, a szkoła została zamknięta. W odpowiedzi z rejencji bydgoskiej urzędnicy wyrazili zdziwienie szybko słabnącym entuzjazmem i zażądali, aby starosta zajął się tą sprawą energiczniej. W tym czasie wystąpił poważny kryzys rolny, w związku z czym starosta odpowiedział, że sami rolnicy nie mają z czego żyć i nie mogą wywiązać się ze swoich zobowiązań. w 1827 roku zmarł Antoni von Preuss i dopiero w 1829 roku mieszkańcy Markowic, Wymysłowic, Gaju i Niemojewka zostali zobowiązani do partycypowania w kosztach wynagrodzenia nauczyciela. Mieli płacić corocznie:

1 duży gospodarz w Markowicach z 36 buszlami zasiewu = 3 talary
10 gospodarzy z 24 buszlami zasiewu każdy, po 2 talary każdy =  20 talarów
8 karczmarzy z 12 buszlami zasiewu każdy, po 1 talar każdy = 8 talarów
7 chałupników z 10 buszlami zasiewu każdy, po 10 srebrnych groszy każdy = 2 talary i 10 sg.
24 parobków i lokatorzy, po 5 sg. każdy = 4 talary
4 pasterzy i jeden karczmarz, po 1 talar każdy = 5 talarów
2 kowali w Markowicach i Niemojewku, po 15 groszy każdy = 1 talar
Razem. 43 talary 10 srebrnych groszy

Biskup włocławski przeznaczył po 30 talarów z funduszy kasowanego klasztoru karmelitów dla nauczyciela i organisty, pod warunkiem, że oba stanowiska będzie mogła obsadzić jedna i ta sama osoba. W ramach uregulowania stosunków dworsko-chłopskich nauczycielowi przydzielono również cztery morgi ziemi - dwa folwarczne i dwa chłopskie - które zostały tymczasowo wydzierżawione. Seminarium nauczycielskie w Poznaniu na razie nie miało jednak odpowiednich kandydatów. Utworzenie mieszkania i sali lekcyjnej dla szkoły również nastręczało pewne trudności. Proboszcz z Ludziska zobowiązał się do zapewnienia i umeblowania pomieszczeń w klasztorze, na co dozór szkolny wyasygnowała 100 talarów w dwóch ratach. Do marca 1833 roku nic jednak nie zrobiono, a starosta powiatowy musiał interweniować, aby zmusić proboszcza do wypełnienia jego obowiązków. Dopiero w 1838 roku organista Mikulski, zatrudniony w Markowicach od dwóch lat, mógł rozpocząć nauczanie.

Jego dochód wynosił 35 talarów i 20 groszy z tytułu stanowiska organisty i nauczyciela (wliczając w to wartość dwóch mórg ziemi) oraz 89 talarów i 10 groszy (wliczając w to cztery morgi ziemi i dziesięć wiązek drewna) oraz parafia płaciła 30 talarów.

Mikulski sprawował urząd do 1855 roku. Jednak jego osiągnięcia wydawały się raczej mierne, ponieważ sprawozdania z przeprowadzonych przez niego egzaminów były niepochlebne. Często zgłaszano również nieregularne uczęszczanie do szkoły. Tymczasem nauczyciel skarżył się, że zobowiązani nie płacą mu uzgodnionych opłat. Niemniej jednak postęp był niezaprzeczalny, ponieważ już w 1858 roku obaj członkowie dozoru szkolnego potrafili się podpisać. Mikulski, wielokrotnie był karany za rażące zaniedbanie obowiązków, ostatecznie dobrowolnie zrezygnował ze stanowiska. Starosta Hugo von Wilamowitz-Möllendorf, który kierował powiatem inowrocławskim w latach 1867–1876, wykazywał szczególne zainteresowanie lokalną szkołą. Nauczycielem był wówczas Paweł Klókowski z uposażeniem197 talarów. Do szkoły chodziło 45 dzieci, w tym 38 polskich i 7 niemieckich. W szkole nauczano w obu językach. Już w pierwszym roku urzędowania Wilamowitz-Möllendorfa zapewnił on na krótko zatrudnienie drugiej siły. Była nią żona nauczyciela, której wypłacano pensję w wysokości 12 talarów.

W 1868 roku nauczyciel w Markowicach był uposażony pensją w wysokości 279 marek, w 1872 roku zrosła ona do 315 marek, a w 1875 roku do 465 marek. Zapewniono mu również 17 buszli żyta i 60 marek na zakup drewna. Ponieważ czesne wzrosło w międzyczasie do 4 talarów i 7 fenigów dla rolników oraz 3 talarów i 9 groszy i 5 fenigów dla półrolników, rząd przyznawał od 1873 roku roczną dotację w wysokości 261 marek. Starosta starał się również o lepsze warunki lokalowe dla szkoły i nauczyciela, w tym o utworzenie drugiej klasy i zatrudnienie drugiego nauczyciela, ponieważ pomieszczenia w starym klasztorze, których utrzymaniem zajmował się proboszcz, były w bardzo złym stanie. Jednakże jego przedsięwzięcie nie powiodło się, mimo że sama Rejencja uznała potrzebę budowy nowego budynku i zatrudnienia drugiego nauczyciela.

W 1875 roku, z powodu braku funduszy, Rejencja zaprzestała dotychczasowych subwencji państwowych, co pociągnęło za sobą konieczność sześciokrotnego podniesienia opłat szkolnych. Doprowadziło to do ożywionych sporów z radą okręgową, która po kilku bezskutecznych apelacjach wniosła skargę do prezesa Rejencji. Głównym celem tego przedsięwzięcia było obalenie twierdzenia Rejencji, że kierownicy szkół mogliby z łatwością pozyskiwać 100% podatków gruntowych, budowlanych i klasowych na rzecz szkoły. Ziemie rolników zostały sklasyfikowane w trzech najwyższych kategoriach gruntów, ale wszyscy właściciele, z wyjątkiem dwóch, byli mocno zadłużeni. Za początkowo wysokim kredytem hipotecznym w wysokości 6% zaciągniętym przez towarzystwo kredytów gruntowych, niezmiennie kryły się pożyczki w wysokości od 8 do 10%, a oprócz renty z banku hipotecznego zarejestrowano również renty dożywotnie. Raport kończył się słowami: Procedura niedawno przyjęta przez rząd, uzależniająca przyznawanie subwencji państwowych stowarzyszeniom szkolnym od wysokości wszystkich bezpośrednich podatków państwowych i wymagająca, aby 100% tych podatków było pobierane z podatków gminnych, nie tylko prowadzi do poważnych trudności, ale także poważnie zagraża istnieniu klasy drobnych właścicieli ziemskich, klasy samoistnej. Klasa ta leży w interesie państwa, gminy i gospodarki ogółu, i wymaga tu szczególnej troski i wsparcia. Na krótko przed odejściem, 1 lutego 1876 roku starosta z satysfakcją przyjął zatwierdzenie kontynuacji przyznawania istniejących subwencji państwowych.

Budynek szkolny wystawiony w 1913 roku

Mimo pilnej potrzeby nie pobudowano nowej szkoły, a drugi nauczyciel zatrudniony został dopiero w 1897 roku, mimo że liczba dzieci wzrosła już do 147 w 1893 roku. Długo oczekiwany nowy budynek ostatecznie wzniesiono w 1913 roku na ziemi nabytej od właściciela majątku Markowice Clausa von Heydebrecka. Koszty budowy wyniosły 29 900 marek, z czego 4300 marek to nieodpłatna praca i usługi związane z wykorzystaniem zwierząt, świadczone przez właściciela majątku Markowice i społeczność szkolną. Państwo przyznało dotację w wysokości 24 600 marek, a pozostałą kwotę oraz koszty wyposażenia wnętrz, wynoszące łącznie 2 150 marek, społeczność szkolna pokryła z pożyczki. Nowa szkoła była gotowa do użytku 1 stycznia 1914 roku. Atrakcyjny nowy budynek, z jasnymi, przestronnymi salami lekcyjnymi i przyjemnymi mieszkaniami dla nauczycieli, stanowił z pewnością znaczną poprawę, ale również znaczne obciążenie dla społeczności szkolnej.

Koszty utrzymania szkół odgrywały znaczącą rolę na obszarach wiejskich. Warto zobrazować to na konkretnym przykładem. Jak wiadomo, dawne stowarzyszenia szkolne działające na podstawie ogólnego prawa wiejskiego nadal istniały w prowincji poznańskiej. Koszty utrzymania szkół nie były pokrywane przez lokalne gminy, lecz przez głowy rodzin każdego wyznania, zrzeszone w stowarzyszeniu szkolnym, w formie specjalnych składek szkolnych. Zgodnie z budżetem na lata 1913-1919, na utrzymanie szkoły w Markowicach, do której uczęszcza 150 dzieci z Markowic majątku i wsi oraz Niemojewka, potrzeba było łącznie 4800 marek. Z tej kwoty państwo zapewniało 1200 marek w formie subwencji ustawowej i 1 400 marek w formie dotacji nadzwyczajnej. Chociaż państwo pokrywa w ten sposób ponad połowę kosztów, to i tak stowarzyszenie szkolne musiało zebrać 2 200 marek. W Markowicach na jednego ucznia wydano rocznie sumę 32 marki.