
Dzisiejszy odcinek spacerku -
podobnie, jak ostatni - ograniczę do jednej kamienicy, chyba najokazalszej pod
względem wielkości i niegdysiejszych standardów jej mieszkań. Znajduje się ona
w sąsiedztwie ostatnio opisywanej posesji Wawrzyńca Szudy i jest oznaczona
numerem 12, a przed wojną numerem 9. Jej okazałość i dawne dostojeństwo
podkreślają wysokie piwnice, trzy kondygnacje oraz frontowy pas poddasza z
ceramicznym, mansardowym zadaszeniem i tkwiącymi w nim pięcioma lukarnami. Jest
to budowla 10-cio osiowa i już na pierwszy rzut oka można zauważyć, że
wystawiona została w zaczynającym wówczas dominować w budownictwie stylu
modernistycznym. Zrodził się on na przełomie stuleci XIX i XX w., kiedy jeszcze
kwitła secesja, pod wpływem krytyki nadmiaru zdobień i zastosowania ornamentu w
architekturze. Obecnie kamienica znajduje się w zarządzie ADM-u, stanowiąc
mienie Gminy Strzelno. Jej wygląd estetyczny ma wiele do życzenia, niemniej
jednak to dawne dostojeństwo budynku nadal w nim tkwi. Ta swoista okazałość
budowli, to wysokie kondygnacje, trzy logie balkonowe i wysunięty nad masywnym
portalem wejścia głównego - frontowego balkon na trzeciej kondygnacji oraz o
dużej powierzchni rozkład wnętrz mieszkalnych. Oko przykuwają dwa narożne
ryzality. Bardziej wysunięty wschodni, skrywa w swym wnętrzu logie balkonowe,
zaś zachodni ukazuje perspektywę skrywanych za trzema oknami dużych pokoi salonowych.
Nadto robi wrażenie trzykondygnacyjna oficyna podwórzowa.

Kamienica została wybudowana w 1910
roku, a jej inwestorem był bogaty Żyd Moritz Baschwitz. Usytuowana została na
części parceli należącej niegdyś do Schudy, którą budowniczy odsprzedał i wystawił
na niej na zlecenie Baschwitza ową kamienicę. Zamieszkała w niej rodzina
Moritza oraz lokatorzy o bardziej zasobnym portfelu. Wśród tych ostatnich był Wincenty
Szklarski, w latach międzywojennych inspektor skarbowy na powiat strzeleński, a
następnie wysoki rangą urzędnik skarbowy w powiecie mogileńskim. Rodzina Baschwitzów była wyznania
mojżeszowego i pochodziła z Wójcina. Antenat wilczyńskiej gałęzi rodu Aron,
prowadził karczmę z zajazdem, wyszynkiem oraz szeroko pojęty handel. Warto
zaznaczyć, że Wójcin był miejscowością graniczną i tutaj znajdowało się
przejście graniczne z zaborem rosyjskim, tzw. „cło”. Zapewne usytuowanie
przygranicznego interesu sprzyjało pomnażaniu zasobów finansowych Baschwitzów i
ostatecznie sprawiło, iż Moritz przeniósł się do Strzelna. Od początku ich
pozycja społeczna była ugruntowana, zaś oni sami - podobnie jak pozostali
miejscowi Żydzi - dalecy byli zachowaniom ortodoksyjnym.
 |
Wójcin - lokale Baschwitzów |
Baschwitzowie pochodzili z Witkowa.
Tam głowa rodziny Aron w wieku 28 lat poślubił w 1874 roku swoją rówieśniczkę
Frommet Fuchs. Był on synem Osche Baschwitza i Peroli Koinskiej. Aron był
restauratorem i kupcem w Wójcinie. Z tego co udało mi się ustalić to
małżonkowie mieli synów Richarda i Moritza oraz córki Paule i Emme. Interesujący
nas kupiec Moritz Baschwitz z Wójcina żonaty był z Julie Fischer z Pleszewa.
Małżonkowie mieli syna Martina (Marcina). Mieszkając w Wójcinie Moritz w
1906 roku został wybrany do dozoru szkolnego, co wywołało poruszenie w prasie
inowrocławskiej i regionalnej. W jego obronie stanął sam dziedzic Ignacy
Skrzydlewski, który napisał: …znam
go od dziecka, jest to prawy człowiek, wychowany w tutejszej szkole. Ojciec
Jego i On płacą do tutejszej szkoły podatki szkolne i ponoszą ciężary, a biorą
towary obydwoje i robią zakupy u kupca, znanego Polaka [Pińkowskiego –
MP.] w Strzelnie.
W rok później dowiadujemy się, że z
tą nagonką na Baschwitza było trochę przesadzone, gdyż jedna z córek Arona
Baschwitza, a siostra Moritza, Paula przeszła na katolicyzm, przybierając imię
Helena i wyszła za syna miejscowego włościanina, Polaka Henryka Hęclewskiego
syna Stanisława. Jednakże, zastanawiającym dla ówczesnych było, jak to możliwe,
że w dozorze szkoły katolickiej znajduje się Żyd? Dodając przy tym, że tak się
dziać może tylko w Prusach. Moritz Baschwitz wśród mieszkańców Wójcina należał
do nielicznych, którzy posiadali umiejętność biegłego posługiwania się
rachunkami i porozumiewania się w językach: hebrajskim - jidysz, niemieckim,
polskim i rosyjskim. Zaznaczyć należy, że byli to jedyni Żydzi w Wójcinie. Uzupełniając
wiedzę o Baschitzach dodam, że Siostra Moritza, Emma ur. w 1875 roku poślubiła
w Strzelnie w 1897 roku starszego o 7 lat Carla Barucha syna Lewina i Rossali
Koppel. Emma zginęła w obozie - getcie Terezin na terenie Protektoratu Czech i
Moraw.
Osiedlając się w Strzelnie, Moritz
Baschwitz kontynuował już wcześniej rozpoczętą działalność handlową w zakresie
handlu żywcem wołowym. Tu na miejscu rozwinął ją do znacznych rozmiarów.
Skupował bydło, szczególnie z majątków ziemskich i dostarczał je do ubojni
wielkomiejskich, skąd tzw. ćwierci wołowe trafiały do dużych zakładów mięsnych,
łącznie z eksportem. W okresie międzywojennym taki eksport prowadzony był
również do Niemiec, min. do Berlina. Później doszło pośrednictwo w handlu
nieruchomościami i czerpanie korzyści z papierów wartościowych oraz z dywidend
od akcji wielkich spółek kapitałowo-przemysłowych. Wynajmowali również
apartamenty, jakie znajdowały się w ich nieruchomościach oraz mieszkania
czynszowe w oficynie.

Prasa przedwojenna była pełna
ogłoszeń o pośrednictwie, jakim parał się Moritz. W 1927 rok miał na dogodnych
warunkach do zbycia dobre gospodarstwa od 40 do 400 mórg w dobrej okolicy przy
szosie i stacji. Ogłoszenia te opatrywał podpisem: M. Baschwitz. Strzelno, Młyńska 125. Telefon 62. W 1928 roku
oferował gospodarstwo 50 morgowe, przy szosie, 5 km od stacji, ziemia
pszenno-żytnia, z żywym i martwym inwentarzem za cenę 30 tys. zł. Zdarzało się,
że na to jego pośrednictwo patrzano spod przysłowiowego oka. Na przykład, kiedy
w 1933 roku pośredniczył w sprzedaży w Chełmcach w pow. mogileńskim
gospodarstwa, które z rąk polskich przeszło w ręce niemieckie. Tak tę
transakcję opisała ówczesna prasa: Sprzedawczykiem
okazał się właściciel zagrody 60-morgowej Kotwica w Chełmcach. Za pośrednictwem
żyda ze Strzelna, Baschwitza sprzedał Niemcowi Herterowi z Kobylnicy jedno z
najpiękniejszych gospodarstw w tej wiosce. W 1937 roku posiadał w ofercie
300 mórg ziemia pszenno-buraczanej z dobrymi zabudowaniami i kompletnym
inwentarzem. Za całość żądał przedpłaty w wysokości 50 tys. zł., a pozostała
kwota miała być rozłożona w ratach.
O rodzinie Baschwitzów w
międzywojennym Strzelnie zbyt wiele nie wiemy, a to za sprawą ich wojennych
tragicznych losów. Szczątkowe informacje dotyczą udziału Baschwitza w życiu
społecznym miasta wskazują, że był on członkiem Klubu Kręglarzy w Strzelnie i w
rankingu sportowym dość dobrze notowanym. Na ten przykład w 1928 roku po
dwutygodniowym kulaniu zajął 3 miejsce. Z innej informacji dowiadujemy się, o
incydencie polegającym na wrzuceniu kamienia przez zamknięte okno do biura
Baschwitza, znajdującego się na parterze kamienicy od strony ulicy. Ów zranił
handlarza i naraził go na szkody: wybicia szyby i uszkodzenia mebli.
Syn Moritza, Marcin (Martin)
Baschwitz urodził się w 1909 roku w Wójcinie. Parał się kupiectwem,
współpracując z ojcem. Żonaty był z córką Ludwika Lippmanna, Teą urodzoną w
1909 roku i jak wieść niesie, nadzwyczajnej urody kobietą. Jedna z informacji
jaką przed laty uzyskałem głosiła, że rodzice obojga doprowadzili do połączenia
dwóch fortun. Po ich ślubie, uznawano tę parę za najbogatszą w Strzelnie.
Młodzi ponoć zamieszkali w okazałej kamienicy, przy obecnej ulicy Powstania
Wielkopolskiego 12. Zaś ostatnio uzyskałem informację od jednego z sędziwych
mieszkańców Strzelna, że młodzi Baschwitzowie mieszkali w domu rodziców Tei
przy ulicy Szkolnej, narożnik ze Ściankami na I piętrze. Mieli oni dwójkę
dzieci: Manfreda ur. w 1933 roku i Ewę ur. w 1935 roku.

27 grudnia 1933 roku w strzeleńskim
rejestrze handlowym prowadzonym przez miejscowy Sąd Grodzki w dziale B. strona 5
wpisano kontraktem spółkowym zawartym w Kancelarii Notarialnej Dra Koehlera spółkę:
„Ludwik Lippmann spółka z ograniczoną poręką z siedzibą w Strzelnie”. Przedmiotem
przedsiębiorstwa był handel (zakup i sprzedaż) ziemiopłodami, zbożem, sztucznymi
nawozami, nasionami, paszą, opałem i wszelkimi zapotrzebowaniami rolniczymi. Kapitał
zakładowy spółki wynosił 20 000 zł. Kierownikami spółki byli Ludwik Lippmann kupiec
w Strzelnie i jego zięć Martin Baschwitz kupiec w Strzelnie, którzy niezależnie
jeden od drugiego firmę podpisują. Zapis ten świadczył, że to zięć, a nie
dzieci był potencjalnym spadkobiercom interesów Lippmanna.
Żywot Baschwitzów z linii
strzeleńskich ze wszech miar zakończył się bardzo tragicznie. Po raz pierwszy o
ich istnieniu dowiedziałem się w latach 70. minionego stulecia, z rozmów z
wujkiem Marianem Strzeleckim. Ale tym dotychczas nieznanym źródłem dotyczącym
Żydów strzeleńskich są przypiski metrykalne pochodzące z lat sześćdziesiątych a
dotyczące umiejscowienia zgonu rodziny Baschwitzów w aktach USC Strzelno. Na ten
trop naprowadziła mnie w latach osiemdziesiątych ówczesna kierowniczka USC
Krystyna Wikaryczak. W aktach tych jest mowa o śmierci całej rodziny Marcina
Baschwitza.
Tragiczny los jaki ich spotkał
dotyczył również wszystkich Żydów strzeleńskich. Po wybuchu II wojny światowej
wszyscy Żydzi, którzy zostali w mieście zginęli. Jak dotychczas to udało się
ustalić los zaledwie 5 przedstawicieli tej narodowości. Marcin oraz jego
dzieci: Manfred i Ewa zginęli w zagładzie, w bliżej nieznanych okolicznościach
już w 1939 roku. Thea (Tea) Baschwitz, żona Marcina, została zamordowana
w Treblince w 1942 roku (według zeznań brata Maxa Lippmanna).
Wiadomym jest również, że Leo
Lippmann urodzony w Strzelnie w 1873 roku, syn Abrahama i Dorotey, miejscowy
kupiec ożeniony z Selmą, został zamordowany w 1944 roku w Buchenwaldzie. Miał
wówczas 71 lat. Był on bratem Ludwika - ojca Tei i Maxa. Z kolei Ludwik
Lippmann urodzony w Strzelnie w 1880 roku brat Leo, również miejscowy kupiec,
żonaty z Martą z domu Krushka został zamordowany w 1941 roku w Piotrkowie. Zaś
żona Ludwika Marta Lippmann urodzona w Powidzu w 1882 roku, córka Izydora
Krushki i matka Tei i Maxa została zamordowana w Treblince w 1942 roku. Dodam
jeszcze, że ofiarą holokaustu był również Izydor Lewin, urodzony w Strzelnie w
1875 roku, maż Rozalii. Był on kupcem i został zamordowany w KL Auschwitz, w
wieku 75 lat.

W czasie okupacji kamienica
zasiedlona była przez Niemców i Polaków. Jedną z rodzin było młode małżeństwo,
Teresa z Michalaków i Alfons Rucińscy. Zawarli oni związek małżeński 5 kwietnia
1942 roku. Tuż po ślubie wynajęli mieszkanie przy ulicy Młyńskiej w kamienicy
po Baschwitzach. Pan młody w tym czasie pracował, jako księgowy w Krochmalni w
Bronisławie. Ciekawostką przekazaną przez Heliodora Rucińskiego, syna
ówczesnych nowożeńców jest wydarzenie jakie miało miejsce na strychu tejże
kamienicy. Otóż małżonka Alfonsa poprosiła męża, by ten udał się na strych i
przyniósł stamtąd słoik z kompotem. Gdy ten był już na poddaszu i przeglądał
półkę z zaprawami, dostrzegł na dole regału kompoty z wiśniami, o które prosiła
małżonka. Schylił się, by sięgnąć słoik i w tym samym czasie usłyszał nad głową
świst kuli i trzask pękających szkieł na górnych półkach. Oniemiał, a gdy się
wyprostował i rozejrzał, zobaczył zbitych kilka słoików i dziurkę w szybie
okienka. Opaczność Boska czuwała nad przedwojennym i powojennym dyrygentem
Chóru „Harmonia”. To w ogrodach przy ulicy Cegiełka podpici Niemcy strzelali do
wróbli, a schylenie Alfonsa było tak szczęśliwe, że kula nie trafiła go w
pierś, tylko świsnęła nad schyloną głową, rozbijając słoje. A co stałoby się, gdyby żona
poprosiła go o kompot śliwkowy, który stał na górnej półce? Zginąłby młody
Alfons, zaś we współczesnym krajobrazie miasta i okolicy nie dopatrzylibyśmy
się sylwetki pana w okularach i czapce z przewieszonym przez szyję aparatem
fotograficznym. Opaczności zawdzięczamy, że dzisiaj możemy cieszyć oko
Heliodorem i zdjęciami w jego wykonaniu. No i co najważniejsze, rozkoszować się
bogatą ikonografią blogu „Strzelno moje miasto”.

Powojenne losy kamienicy, to obraz
przedwojnia i współczesności. Budowla nadal pełni funkcje mieszkalne i nadal
robi wrażenie. Oczywiście potrzebuje remontu o czym utwierdza nas stan
łuszczącej się elewacji. Jedną z osób, która utkwiła w mej pamięci, a która
tutaj mieszkała był wieloletni pracownik administracji samorządowej, były
sekretarz w Urzędzie Gminy Jeziora Wielkie Florian Sobkowiak. I już na
zakończenie dopowiem, że w podwórzu znajdowała się wolno stojąca stolarnia
należąca onegdaj do szpitala strzeleńskiego, później stała się stolarnią
komunalną. Ostatecznie budynek został adaptowany na mieszkania i taką funkcję
pełni do dziś.
Foto.: Heliodor Ruciński