poniedziałek, 23 stycznia 2023

Z dziejów wsi Sławsko Dolne - cz. 3

Zapewne wielu już zapomniało, że pięć miesięcy temu zamieściłem 2. część artykułu o dziejach podstrzeleńskiej wsi Sławsko Dolne. Ale są i tacy, których język świerzbi, by spytać - zapomniałeś o naszej wsi? Zatem, spieszę z odpowiedzią - że nie, nie zapomniałem, w międzyczasie prowadziłem korespondencję i pozyskiwałem materiały źródłowe, które pozwoliły mi na dopełnienie dziejów wsi, a szczególnie historii potomków tutejszych Niemców. Ta cierpliwość zaowocowała mapką, z pamięci i ręcznie odtworzoną, a sporządzoną przez potomka rodziny Klotzbücher. Na niej są naniesione poszczególne gospodarstwa z opisem do kogo należały tuż przed wojną. Szczegóły znajdziecie w 4. części, a dzisiaj zapraszam na cz. 3. opowieści o Sławsku Dolnym.

A oto linki do pozostałych części, czyli 1. i 2.

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2022/08/z-dziejow-wsi-sawsko-dolne-cz-1.html

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2022/08/z-dziejow-wsi-sawsko-dolne-cz-2.html

Pod zaborem pruskim - cd.

Po zakończeniu procesu uwłaszczeniowego, który z rentowym wykupem gruntów trwał 20 lat, obie wsie Sławsko Małe i Sławsko Małe Kolonia wraz ze swoimi mieszkańcami okrzepły. Przełomowym był rok 1848, czyli Wiosna Ludów, który był rokiem kończenia spłat rentowych i pełnego gospodarzenia na swoim. Tutejsi polscy chłopi zrównali się w prawach z kolonistami i mogli swobodnie dysponować swoimi gospodarstwami. To wówczas wytworzyła się owa wolna warstwa, którą zaczęto nazywać włościanami, czyli panami na swoich włościach. Układ przestrzenny wsi nie uległ zmianie. Blisko niej w 1853 roku oddano do użytku nowy odcinek drogi łączącej Poznań z Toruniem.

Rozkład starej szkoły w Sławsku Małym

Z danych zawartych w Amtsblattach z 1858 roku dowiadujemy się, że w Sławsku Małym bauerzy Krzysztof Schnoll oraz Jakub i Jerzy Würtz'owie posiadali licencjonowane stacje krycia klaczy, z 4-5 letnimi ogierami. W kolejnych latach informacje te są potwierdzane, co może świadczyć o wyspecjalizowaniu się niektórych rolników w hodowli koni. Lata 70. XIX w. pozostawiły ślad po wzmożonym przez zaborców kulturkampfie. Po 1872 roku zaczęto nagminnie germanizować życie codzienne, wypierając m.in. z obiegu polskie nazewnictwo. W 1877 roku działania te dotknęły również obie wsie. Część Sławska Małego, która nosiła nazwę Sławsko Małe Kolonia, zamieniono na Kaisershöh. Część zamieszkałą przez włościan polskich przechrzczono wówczas na Kaisersthal. Nazwy te nawiązywały do potęgi powstałego w wyniku zjednoczenia w 1871 roku Cesarstwa Niemieckiego.

Relikty cmentarza ewangelickiego w Sławsku Dolnym

Pod koniec XIX w. Kaisersthal liczyło 24 domy z 228 mieszkańcami, z tego mieszkało tutaj 132 katolików i 96 protestantów. Gospodarzono na 305 ha - 265 ha roli, 9 ha łąk i inne (drogi, podwórza ogrody). We wsi Kaisershöh więcej było Niemców, czyli pierwotnych osadników z 1781 roku. Było tutaj 20 domów zamieszkałych przez 164 osoby, z tego 22 katolików i 142 protestantów. Gospodarzono tutaj na 239 ha, z tego 194 ha roli, 19 ha łąk i inne (drogi, podwórza, ogrody). Dane te wskazują, że przewagę w obu wsiach stanowili ewangelicy, których łącznie było 238, zaś katolików, czyli Polaków tylko 154.  Z danych z 1903 roku poznajemy najzamożniejszych mieszkańców obu wsi z widoczną przewagą Niemców. W koloni - Kaisershöh byli to: Jan Cichocki gospodarz i Jan Dobrzyński - kowal oraz gospodarze niemieccy - Karl Höpfner, Johann Kämmerer, Ludwig Klotzbücher, Wilhelm Klump, Christoph Lindemann, Georg Würtz, Johan Würtz i Eduard Wiedemeyer. W Kaisersthal, w której przewagę stanowili Polacy, z ich nacji było dwoje bogatych rolników - Andrzej Dobrzyński i Tomasz Szeliga; natomiast spośród Niemców najbogatszymi byli rolnicy - bauerzy: Friedrich Belchhaus, Michael Gestalter, Emil Mutschler, August Mutschler, Johan Reich, Otto Rinno, Johan Würtz, Wilhelm Würtz i Herman Würtz.

Relikty cmentarza ewangelickiego w Sławsku Dolnym

Swoistą metamorfozę wieś przeszła na przełomie XIX i XX w. Wówczas we wsi przybyło wiele nowych murowanych budynków - duże, wielopokojowe domy mieszkalne, okazałe budynki inwentarskie typu: obory, stajnie, chlewnie, a spośród nich wiele posiadało magazynowo-spichrzowe piętra. Największe gospodarstwa dysponowały własnymi zestawami omłotowymi z tzw. lokomobilami parowymi oraz po kilkanaście koni. 21 czerwca 1911 r. powstała w Sławsku Małym - Kaisersthal Spółka Odwodnieniowa pod nazwą Entwässerungsgenossenschaft. 30 września 1924 roku zmieniła ona statut i przyjęła polską nazwę Spółka Odwodnienienia Strzelno-Sławsko Małe. Jej siedzibę ustanowiono w miejscu, w którym każdorazowo będzie mieszkał jej przewodniczący. Jak niemalże wszędzie, tak i tutaj funkcjonowała tzw. przymusowa straż pożarna, a budynki ubezpieczone były w kasach ogniowych. Nader często zdarzały się większe i mniejsze pożary, do których spieszyła cała tutejsza dorosła ludność - przymuszona ustawowo do pomocy sąsiedzkiej w gaszeniu pożarów. O kilku z nich donosiła ówczesna prasa. W sierpniu 1910 roku w Sławsku Małym Koloni - Kaisershöh spłonęły dwa stogi i młocarnia u Niemca Gestaltera, a w listopadzie 1912 roku w Sławsku Małym - Kaisersthal spłonął dom mieszkalny należący do Niemca Maksymiliana Würtza.

Relikty cmentarza ewangelickiego w Sławsku Dolnym

Statystyki z 1912 roku wykazywały, że w Sławsku Małym Koloni - Kaisershöh największym gospodarzem był Niemiec Karl Höpfner, który posiadał 58,5 ha, a z inwentarza 8 koni, 40 szt. bydła, 45 szt. trzody chlewnej. Natomiast w Kaisersthal prym wodziła niemiecka rodzina Würtzów, Herman i Wilhelm, Którzy łącznie mieli106 ha, a z inwentarza 14 koni, 60 szt. bydła, 24 szt. trzody chlewnej. Tutaj też gospodarzył na 47 ha Andrzej Dobrzyński, z inwentarzem - 12 koni, 33 szt. bydła, 16 szt. trzody chlewnej. W lutym 1918 roku Dobrzyński powiększył swój stan posiadania, kupując od Niemca Friedricha z Sławska Małego 85-morgowe (ok. 21 ha) gospodarstwo za 63 tys. marek.

Szkoła

Wracając do czasów kolonizacji i osadzenia w 1781 roku w Sławsku kolonistów z Baden-Durlach w Wirtembergii należy zwrócić uwagę na ich szybki przyrost. Już w kilka lat później zorganizowano we wsi nauczanie dzieci. Początkowo były to dzieci przybyszów, których uczył w domu modlitwy najstarszy i najbardziej doświadczony kolonista. Podobnie działo się w koloniach Ciechrz i Stodoły. Wkrótce wybudowano w Sławsku Małym budynek nowej szkoły z tzw. pecy. Obiekt ten przetrwał do 1911 roku, czyli do czasu wybudowania nowej, stojącej do dziś szkoły. Ówczesna pozycja nauczyciela w tutejszym środowisku była bardzo wysoka. Zawdzięczał ją nie tylko sprawowanemu urzędowi, ale szczególnie wysokiemu uposażeniu jakie otrzymywał od władz i to zarówno w naturaliach, jak i gotówce. Podobnie jak w Stodołach i Ciechrzu nauczyciel otrzymywał 3 akry (ok. 1,3 ha) gruntów ornych i ogród warzywny przy budynku szkoły. Jego wynagrodzenie w gotówce wynosiło 50 talarów plus 4 srebrne grosze od ucznia. Podczas wielkich świąt otrzymywał od gospodarzy dobrowolne ofiary w gotówce i naturaliach. Nadto w owych naturaliach otrzymywał od karczmarza 1/2 szefla miary toruńskiej jęczmienia oraz z lasów królewskich 8 sążni drewna opałowego.

Rozkład parteru nowej szkoły

Do szkoły uczęszczały dzieci kolonistów oraz miejscowe polskie. W ciągu roku szkolnego uczyły się: wiedzy o literaturze, czytania, pięknego i poprawnego pisma - kaligrafii, obliczania z liczbami całkowitymi i łamanymi, religii według ewangelicko-luterańskiej wiary, śpiewu, geografii, historii oraz języka niemieckiego i polskiego. Dla kolonistów - ewangelików w niedziele i święta miał obowiązek czytać kazania zborowi zgromadzonemu w tych dniach w szkole oraz prowadzić śpiew. Nadto uczył młodzież w każdą niedzielę popołudniu przez godzinę katechizmu.

Rozkład I piętra nowej szkoły

Pierwszym nauczycielem dwuklasowej Szkoły Ewangelickiej, na którego trafiamy w Sławsku Małym (Kaisershöh) był zatrudniony tutaj od października 1881 roku Friedrich Hermann Pichner. Urodził się on 21 września 1829 roku. Był synem Ludwiga i Rosiny Zwanzig. W 1860 roku ukończył seminarium nauczycielskie i pracował w okolicach Piły. W 1877 roku poślubił w Pile młodszą od siebie o trzy lata wdowę Bertę Marię Matyldę Meister z domu Barankiewicz. W październiku 1881 roku objął etat nauczyciela w szkole ewangelickiej w Sławsku Małym - Kaisershöh. Po nim od 1887 roku nauczycielem został Wilhelm Holke z Wilkowa. Następnie szkołą kierował nauczyciel Krüger, którego od 9 maja 1905 do 1 kwietnia 1906 roku zastępował nauczyciel ze Stodół Adolf Radler. Od października 1906 roku posadę nauczyciela objął Montua. Od marca do sierpnia 1909 roku Montuę zastępował nauczyciel Hagedorn, a w 1911 roku nauczyciel Wilhelm. Ostatnim ewangelickim nauczycielem w Sławsku Dolnym był Holly.

Rozkład działki szkolnej - budynek szkoły, ogród, plac zabaw i budynki gospodarcze

W 1911 roku w Sławsku Małym (Kaisershöh) wybudowana została przez bydgoskie władze szkolne nowa dwuklasowa Szkoła Ewangelicka -  Ludową. W tym też roku uczęszczało do niej 104 dzieci, w tym 81 katolików i 23 ewangelików. W nowej szkole na parterze znajdowały się dwie klasy dla 60. uczniów każda, czyli mogły one pomieścić 120 uczniów oraz trzypokojowe mieszkanie z kuchnią. Na mansardowym piętrze nad klasami było drugie większe mieszkanie dla kierownika szkoły z czterema pokojami, w tym gabinetem kierownika, kuchnią i oddzielnym pokojem dla pomocy domowej. W części strychu znajdowała się również wędzarnia. W podwórzy, poza budynkami gospodarczymi, znajdował się plac zabaw dla dzieci szkolnych oraz ogród.

Foto; archiwum bloga - skany starej kroniki szkolnej, http://lapidaria.wikidot.com/cmentarz-ewangelicki-slawsko-dolne

 

sobota, 21 stycznia 2023

Strzelno. Przed i po 21 stycznia 1945 r. Fragmenty Pamiętnika Urszuli Firyn

Dzisiaj polecam poniższe fragmenty Pamiętnika strzelnianki Urszuli Firyn, wnuczki właścicieli mleczarni państwa Gąsiorowskich. Wraz z rodziną, na początku okupacji, została przez Niemców wysiedlona z mieszkania w mleczarni przy ul. Szerokiej (obecnie Gimnazjalna) i zamieszkała w jednym z nieistniejących już domów vis a vis szpitala. Z fragmentów Pamiętnika poznacie prawdziwy obraz Rosjan wkraczających 21 stycznia 1945 r. do Strzelna. 

Dnia 21-go stycznia, w niedzielę o godz. mniej więcej 5-tej (po południu - MP.) przyjechały pierwsze rosyjskie tanki (czołgi). Była krótka strzelanina, bo w szpitalu było jeszcze sporo Volkssturmistów, którzy się bronili króciutko i oczywiście najzupełniej bez skutku. Przy tej okazji wpadł nam jeden strzał przez okno do pokoju i drugi też oknem do sypialni. Strachu wyżyłam wtedy niemało i całkowicie wyszłam z fasonu.

(...)

Już parę dni przed niedzielą można było zauważyć u Niemców zdenerwowanie i rozgorączkowanie. W piątek (19 stycznia) przejeżdżały przez Strzelno pierwsze furmanki z uciekinierami spod Włocławka.

(...)

Noc niespokojna. Ciągle jadą furmanki z uciekinierami i auta ciężarowe. Na podwórzu u Küchla pełno furmanek, ciągły hałas i obawa, co z nami będzie, nie pozwala spać. Na dobitkę pod samym oknem usiedli jacyś Polacy z tych uciekinierów i głośno rozmawiają. Znaczy, że Polaków też ewakuują. Oby nas nie ruszyli, za żadną cenę się nie ruszamy. Jechać w ten mróz i w dodatku na pewną zagładę? Ale wszyscy twierdzą, ze ewakuacja jest przymusowa. To byłoby gorsze.

Nareszcie ta okropna noc minęła. Zawsze noc była mi za krótka, to była pewnie pierwsza noc, po której odetchnęłam z ulgą, ze się skończyła. Zdenerwowanie piętrowe, w porównaniu ze sobotą to fajka. Jak rano przyszłam do pracy p. Rataja już nie było. Wyjechali wszyscy samochodem rano o 6-tej.

(...)

Wszyscy Niemcy spieszą się do pociągu. O 9-tej ma ruszyć transport. W takim hałasie i bałaganie jeszcze nigdy nie sprzedawałam. Stół nam przesunęli tak, że nie możemy się z Bronią ruszyć. Wilma rano przyszła, ale zaraz się pożegnała i odeszła. Prawdopodobnie też wyjedzie. Pełną satysfakcję sprawia mi patrzenie na Niemców. Te ich przestraszone miny, ten pośpiech. Widać na nich przemęczenie po nocy spędzonej przy pakowaniu. Dawnej buty i pewności siebie ani śladu. Policjanta Schultzego tak Polaczyska wydusili jak czekał na masło jak w maglu. Kiedy indziej krzyczałby i awanturował się, dzisiaj stał tak pokornie i cicho i z taką rzadką miną, że aż miło było patrzeć. To jest jednak frajda. Z tej radości nie czuję ani zimna ani zmęczenia.

(...)

W mieście coraz puściej. Około 12-tej odszedł Arbeitsdienst. I oni się pakują. Policji już podobno nie ma. Wyszłyśmy ze składu około 2-ej. Furmanki ciągną sznurem. Mróz, że strach. Tak jak miałam frajdę patrząc na tutejszych Niemców jak im się nosy wydłużały, tych starców i dzieci na wozach żal mi. Pociąg jeszcze nie nadszedł. Wszyscy jeszcze na dworcu siedzą. W mieście już prawie pusto. Tylko tu i ówdzie widać kilka Niemek wystraszonych. O 3-ej poszła i panna Amela na dworzec razem z pannami Goering. Panna Richter została. Pociąg, który miał już o 9-tej odjechać, odjechał wieczorem o 6-tej. Otwarte bydlęce wagony. Pierwsze rozczarowanie już ich spotkało.

(...)

Noc znowu niespokojna. Jakieś strzały czy wybuchy. Jeszcze gorsza od poprzedniej. Ze strachu aż mi zimno. Wzdycham, żeby było rano. Nie wiem gdzie się podział mój śpioch i leniuch co tak lubił ciepłe łóżko. Jak taki stan potrwa długo, odzwyczaję się od spania i od jedzenia. Nie mogę jakoś jeść i nie jestem głodna!

Urszula Firyn - autorka Pamiętnika

Pierwsza wiadomość jaką usłyszałam rano po przyjściu do pracy, to, to, że Prokop (rotunda św. Prokopa) spalony! Küchel i Raschke wrócili i „działają”. Podpalają i podkładają miny. Miasto pełne najgroźniejszych wersji.

(...)

Właśnie siedzimy przy obiedzie jak pod naszymi oknami przechodziło niemieckie wojsko. Piechura, bez najmniejszego szyku, z karabinami, z pancerfaustami, zmęczone. Ledwie nogi wlekli. Rozbitkowie. Niedużo tego zresztą. O 3-ciej przechodził Volkssturm. Jeszcze gorsze niedobitki. Stare, kulawe dziady. Zasłaniają odwrót! Urządzili postój. Znowu ogarnia mnie blady strach, żeby tylko nie weszli do mieszkania. Upatrzyli sobie szpital i poszli tam. Znowu to beznadziejne oczekiwanie. Rosjanie już podobno są blisko. 

Dlaczego nie ma ich jeszcze w Strzelnie? Żeby już nareszcie przyjechali.

(...)

Rosyjskie wojska są już w Młynach i lada chwila będą w Strzelnie. (...) Po krótkiej chwili dały się słyszeć rzeczywiście tanki. (...) Słałam do nieba tylko jakieś krótkie urywane westchnienia, w których naprawdę tylko Pan Bóg mógł się połapać, takie były bezładne. Już od samego przejeżdżania tanków trzęsła się chałupka. Ja myślałam, że to już strzały. Dopiero Erich mnie uświadomił, że to dopiero przyjdzie. 

I rzeczywiście. Jak na komendę zaterkotały karabinki. Mamusia i chłopcy zostali w pokoju i o ile to, przy gęstej mgle, jaka wówczas była, możliwe obserwowali co się dzieje. Dopiero, jak od strzałów, które były kierowane na dom pastora zrobiło się jasno w pokoju, opuścili swoje placówki i przyszli do kuchni.

(...)

Strzelanina nie trwała długo i cała rodzinka zabrała się zgodnie do kolacji. (...) Po chwili odwiedził nas pan Strzelecki, potem pan Kobus (Stanisław) szukał Bożenki. Wyszła do szpitala i nie wróciła.

Pan K. był jej tam szukać i natknął się zaraz u wejścia na Volkssturmistów. Miał szczęście, że go nie zatrzymali. Radziliśmy mu, żeby niezwłocznie zameldował o tych Niemcach wojsku rosyjskiemu. Ale co się stało z Bożeną? Jeszcze jeden kłopot więcej.

Około godz. 7-mej przyprowadził jakiś łobuz 2 oficerów. Pytali się b. grzecznie z nadzieją, czy mogą u nas zanocować razem z 6-ma żołnierzami. Oczywiście zgodziliśmy się bardzo chętnie. Powtarzane przez wszystkich uprzejme „zdrastwujtie” (dzień dobry) zdołało nawet mnie wywabić z mojego strusiego schronienia i zobaczyłam pierwszych towarzyszy. Byli całkiem niczego. Rosłe zdrowe chłopaki, każdy w kożuchu i baraniej czapce. Niejednego naszego chuderlaka po 5-cio letnim odżywianiu resztkami można by taką czapą nakryć. 

Żołnierze po uprzednim myciu i goleniu rozkwaterowali się w kuchni na podłodze. Ci dwaj oficerowie „goworili” z nami w pokoju. Patrzałam w nich jak w obraz i słuchałam tego, co opowiadali jak bajki. Byli naprawdę bardzo kulturalni i nadzwyczaj grzeczni. Nie mogłam wyjść z podziwu. Przynieśli potem wódki, poprosili o zakąskę i wszyscy razem wznieśli toast za pomyślność Polski i polskiej armii. Zanosiło się na dłuższe posiedzenie, więc najmłodsza latorośl tego rodu, więc i ja w tej liczbie (taka tu już starszyzna, że ja należę jeszcze do najmłodszych) poszliśmy spać. Nie pamiętam kiedy spałam tak dobrze jak wtedy.

W poniedziałek od rana ruch. Procesje istne, chodzą się myć. Z rozkoszą używają mydła i wody. W pokoju na zmianę ucztują. Pod piecem śpią. O ile to możliwe sprzątamy pokój (...) 

Po południu dopiero przyszedł pan Kobus. Jeszcze blady, wystrachany z oczyma pełnymi przerażenia. Poszedł wczoraj wieczorem jeszcze raz do szpitala szukać Bożenki. W szpitalu byli jeszcze Volkssturmiści i tym razem go już nie wypuścili. Zamknęli go jako więźnia w jednej sali, gdzie już w tym samym charakterze był pan Droszcz, pan Grzybowski i dwóch nieznajomych. Po dłuższych naradach i w najwyższym strachu zaryzykowali ucieczkę, która im się chwała Bogu udała i znowu zameldowali o tym w komendzie wojskowej. Z Bożeną się oczywiście nie widział i nie miał pojęcia co się z nią dzieje. Można sobie wyobrazić tę noc u pp. Kobusów. Dopiero rano wróciła Bożenka. Całą noc przesiedziała razem z resztą personelu szpitalnego uwięziona przez Volkssturmistów. Co przeżywali – można sobie wyobrazić. To zresztą miała wypisane na twarzy jeszcze trzy dni później jak się z nią widziałam. Całą noc przeżyli w panicznym strachu, że ich wymordują V., a po tym nad ranem, kiedy wojska przypuściły szturm na V., ta obawa, ze trafi ich jaka kula przeznaczona całkiem komu innemu. Na szczęście wszyscy wyszli cało.

We wtorek odbyło się przed magistratem zebranie. Wybrano burmistrza i zorganizował się Tymczasowy Komitet Ludowy oraz milicja. Rajmund poszedł też na magistrat pomagać w uruchomieniu tej całej machiny. Jurek też zaczął pracę w magistracie. Zaczął od najniższego szczebla hierarchii urzędniczej – od gońca. Na razie tam jeszcze bałagan. Zobaczymy co się z tego chaosu wyłoni. 

Pan Wieliński jest komendantem milicji. Rozdaje broń milicjantom i urządza całą milicję. W mieście pojawiają się polskie chorągwie. Milicjanci noszą biało-czerwone opaski na rękawach. Wszyscy noszą biało-czerwone kokardki. Wydobywamy z ukrycia naszego orła i po długim więzieniu wędruje znowu na honorowe. Zeszywam też i prasuję chorągwie. Jedną dla chałupki (zaraz następnej nocy ktoś nam ją skradł), drugą dla mleczarni. Nastrój uroczysty, ale myślałam zawsze ze jestem bardziej sentymentalna. 

Cały tydzień minął nam bez specjalnych wydarzeń. Ciągle mamy żołnierzy na kwaterze. Zupełnie prości, ale porządni ludzie. Nieraz się z nimi i z nich śmiejemy serdecznie. (...)

 

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Książ - wieś tonąca w błocie?

W latach powojennych infrastruktura wsi Książ w gminie Strzelno niczym nie różniła się od tej z XIX w. Z początkiem XX w. we wsi był już telefon. Na przełomie lat 50. i 60. XX w. postęp zdawał do niej się wdzierać. W pierwszej kolejności na betonowych słupach zainstalowano liny stalowo-aluminiowe, którymi popłynął prąd elektryczny. Natomiast w 1961 roku wieś została połączona ze Stodołami nową 1,5 km drogą asfaltową. 

Załączone poniżej zdjęcia zostały zrobione przed 1961 rokiem. Nie widać, by we wsi była utwardzona asfaltowa droga, za to widać betonowe słupy linii energetycznej oraz wewnętrzne drogi polne. Zdjęcia pochodzą z kolekcji Klausa Mantheya z Hermsdorf koło Drezna - Niemcy. Na odwrocie opisane są tylko dwoma słowami „Książ - Kopeć“. Zatem, są to zdjęcia ze wsi Książ oraz z gospodarstwa rodziny Kopciów, których Klaus odwiedzał podczas swych przyjazdów do Polski.







Książ według Heliodora Rucińskiego





 

sobota, 14 stycznia 2023

Ciencisko - miejsce masowych zbrodni w lesie Amerykan

W grudniu 2022 roku staraniem burmistrza Dariusza Chudzińskiego poddano pracom remontowym miejsce pamięci narodowej w lesie zwanym Amerykan pod Cienciskiem. W tym miejscu rozstrzelano, a później zacierano ślady niemieckiej zbrodni. W czasie II wojny światowej Lasy Miradzkie były świadkami masowych egzekucji ludności narodowości polskiej i żydowskiej, dokonanych przez okupanta niemieckiego. Do dzisiaj zidentyfikowanych jest 101 osób rozstrzelanych w Lasach Miradzkich (Kopce, Jeziorki, Kurzebiela i Ciencisko), z tego 41 Polaków w miejscowości Kopce. W odniesieniu prawie do co najmniej 80 osób brak danych. Do tej liczby należy doliczyć jeszcze Żydów wymordowanych w lesie Leśnictwa Kurzebiela. Zabójstw dokonywali członkowie Selbstschutzu, żołnierze Wehrmachtu oraz funkcjonariusze żandarmerii, SS i Gestapo. Dzisiaj dla przypomnienia historii masowych straceń Polaków i polskich Żydów w Lasach Miradzkich przypomnę dzieje tego szczególnego miejsca ludobójstwa pod Cienciskiem, w lesie Amerykan.   

Okres drugiej wojny światowej pozostawił krwawą bliznę na polskiej części społeczeństwa. Okoliczne lasy Nadleśnictwa Miradz stały się miejscem kaźni mieszkańców byłego powiatu strzeleńskiego i gmin Strzelno-Północ oraz Strzelno-Południe. Jedna z pierwszych egzekucji jaką wykonali zbrodniarze niemieccy miała miejsce 29 października 1939 roku na skraju lasu w miejscowości Kopce. Kolejna, 25 listopada 1939 roku w lesie leżącym pomiędzy Cienciskiem, a Jaworowem, zwanym przez miejscową ludność lasem Amerykan lub lasem Babiniec w Leśnictwie Przedbórz. W tym dniu hitlerowcy zwieźli do lasu zakładników ze Strzelna i okolicy, których wcześniej przetrzymywali w miejscowym więzieniu i dokonali na nich zbiorowej egzekucji. Podobnie postąpili w grudniu tegoż roku.

 

W kronice szkolnej nieistniejącej już dzisiaj Szkoły Podstawowej w Ciencisku znajdujemy opis tych straszliwych wydarzeń. Spisał je na podstawie wywiadów przeprowadzonych tuż po wojnie wśród miejscowej ludności Edmund Boesche, kierownika szkoły. Zapisał on między innymi: Nauczyciel ...Rostkowski, ...wysiedlony w roku 1939 przez Niemców, zaginął. W szkole zaczęła uczyć Niemka Traute Karge. ...Za należenie do polskiej organizacji młodzieżowej aresztowano wielu Polaków, znęcano się nad nimi i mordowano. Taki los spotkał Juliana Baranowskiego, syna tutejszego rolnika, rozstrzelanego w lesie w Łąkiem. Zamęczony został również w lagrze rolnik tutejszy Józef Sarnowski. W lesie pobliskim, zwanym Babiniec, rozstrzelano wielu Polaków ze Strzelna i okolicy. Wśród zamordowanych byli (wymieniono tu również strzelnian pomordowanych w innych częściach lasów Nadleśnictwa Miradz): Albin Radomski, Kazimierz George, Władysław Trzecki, Marian Plewiński, Jan Dałkowski kierownik szkoły nr 1 w Strzelnie, Wincenty Płócienniczak, [Stanisław] Kasiorski, [Mieczysław] Olszak, Stanisław Jezierski, Wacław Cieślewicz, wszyscy ze Strzelna, [Kazimierz] Deskiewicz z Markowic, kowal z Markowic, którego nazwiska tu nieznano, a który toporem zabił trzech Niemców (z patrolu wojsk niemieckich), ks. Marian Wyduba proboszcz z Markowic (Rozstrzelany został w lesie za leśniczówką Kurzebiela ok. 500 metrów, po lewej stronie, od drogi do Cienciska), Francuz akademik Jerzy Don, Bardzki Władysław z Jezior Wielkich, Tomasz Szutowski z Jezior Wielkich, Bernard Kopaczewski z Jezior Wielkich, Bolesław Pasturczak? z Jezior Wielkich... Egzekucji tej przyglądał się, ukryty w konarach wysokiego drzewa, młody Czesław Wegner, późniejszy kierownik szkoły w Kruchowie. Na miejsce straceń przywiodła go obawa, czy wśród rozstrzelanych nie znajduje się jego ojciec, przetrzymywany w strzeleńskim więzieniu. Ponadto rozstrzelano ...60 zakonników franciszkanów z Przeorem. Zakonnicy źle rozstrzelani, żywcem przeważnie zakopani w dole i polani kwasem solnym. Na drugi dzień jeszcze okoliczni rolnicy Polacy, którzy z narażeniem własnego życia poszli tam zobaczyć, widzieli jeszcze ruszającą się ziemię.

25 listopada 1982 roku - przemawia Antoni Wesołowski

Opisane w kronice szkolnej rozstrzelanie zakonników zdaje się mieć odniesienie do innego wydarzenia, kojarzonego przez niektórych mieszkańców Cienciska z masową egzekucją Żydów. Miała ona miejsce w lesie, po lewej stronie drogi, pomiędzy leśniczówką Kurzebiela a Cienciskiem w odległości około połowy długości tejże drogi w głębi lasu. Najprawdopodobniej ofiarami krwawego mordu stali się więźniowie żydowscy hitlerowskich obozów pracy przymusowej z okolic Inowrocławia, a nie franciszkanie. Miało to mieć miejsce około 20 grudnia 1942 roku.

25 listopada 1982 roku - tablicę na pomniku odsłaniają, Antoni Wesołowski i Gwidon Trzecki

Z dalszych informacji zawartych w kronice szkolnej możemy dowiedzieć się, że: W roku 1944, widząc, że kończy się ich panowanie, Niemcy wykopali zwłoki pomordowanych Polaków i spalili je na stosach by zatrzeć ślady okrutnego mordu. Trupy zwożono kilka dni z całego powiatu i spalono razem około 500 [?] zwłok. Znaki po tym spaleniu pozostały na okolicznych drzewach do dziś dnia. Wystawiono tam krzyż ku upamiętnieniu tejże tragedii, a dzieci Szkoły Powszechnej [później Podstawowej] w Ciencisku pielęgnują to miejsce rok rocznie.

25 listopada 1982 roku - przemawia Franciszek Rosiński

Opowiadali mieszkańcy wsi, że niemal codziennie można było widzieć samochody wjeżdżające ze skazańcami do okolicznych lasów, a następnie dawało się słyszeć odgłosy strzałów dochodzące z ich głębi i powracające puste samochody. Lasy Miradzkie, a szczególnie leśnictwa Kopce, Kurzebiela i Przedbórz - jak zapisano w Kronice szkolnej Szkoły Podstawowej w Łąkiem kierownik Franciszek Kostka - usiane były grobami pojedynczymi i zbiorowymi. Na rejon leśnictwa Kopce wywieziono pod koniec października i w początkach listopada dwie grupy dawniejszych powstańców wielkopolskich ze Strzelna i okolicy, raz 18 osób, a drugi raz 22 osoby. Również niedaleko drogi z Łąkiego do Jeziorek zostało jednego wieczora listopadowego straconych 7 osób, między nimi prawdopodobnie miał być (...) Andrzej Marchlewicz. Ludność z Jeziorek zmuszono do zakopywania żywych jeszcze ludzi (według zeznania Nowaka z Jeziorek, którego zmuszono do wykonania pochówków). Również niedaleko drogi do Kopców i pól łąckich były groby dwóch nieznanych ludzi. Koło leśniczówki Kurzebiela nad drogą do Miradza, znaleziono grób księdza [proboszcza z Markowic, Mariana Wyduby - M. P.]. Ówczesny robotnik leśny Ignacy Krzewina z Łąkiego podsłuchał rozmowę Niemców, leśniczego i gajowego, z której wynikało, że zostało w tych lasach rozstrzelanych ponad 120 osób.

 

Z zeznania złożonego przez Stanisława Budziszaka, robotnika drogowego, a zapisanego w Kronice szkolnej SP w Łąkiem dowiadujemy się, że ów idąc do pracy spotkał kolumnę 9 samochodów jadących w stronę Cienciska. Niektóre samochody okryte były plandekami i gdy kolumna zatrzymała się, by przepuścić przejeżdżającą furmankę, w jednym z samochodów rozpoznał uwięzionych, Jana Dałkowskiego, kierownika szkoły w Strzelnie i [Wincentego - M. P.] Płócienniczaka. Pracując dalej na szosie, po godzinie zauważył, że samochody te, puste wracały do Strzelna. 

Jesienią 1944 roku (według kronik szkolnych z Cienciska i Łąkiego), wobec niechybnej klęski militarnej Niemiec hitlerowskich okupant przystąpił do zacierania śladów masowych zbrodni. W tym celu dokonano ekshumacji szczątków doczesnych ofiar reżimu w leśnictwach Kopce i Kurzebiela, zwożąc je do lasu  Amerykan, położonego pomiędzy Cienciskiem a Jaworowem. Wydobycia zwłok i transportu dokonywali sami Niemcy, okoliczni osadnicy, którzy przybyli tutaj w latach 1939-1940 z krajów nadbałtyckich, szczególnie z: Łotwy, Wołynia, Galicji i Besarabii, na miejsca wysiedlonych stąd Polaków. Sami furmankami transportowali przez las zwłoki pod Ciencisko, nie wtajemniczając w to bestialskie przedsięwzięcie miejscowej ludności.  

Ułożone w pryzmy zwłoki, obłożone drewnem i oblane benzyną spalono, a popiół i niedopałki zakopano. Z posiadanych wykazów sporządzonych na podstawie zeznań, poszukiwań, ustaleń sądowych i innych czynności wynika, że w lasach tych zginęło mniej osób niż to podano w Kronice... Ostatecznie nie uda się ustalić pełnej liczby ofiar, ani ich tożsamości, a to w związku ze skutecznym zatarciem śladów przez okupanta hitlerowskiego.

2008 rok

Czynności ekshumacyjne i palenie zwłok wykonywali Żydzi z obozu pracy w Busewie, pod Markowicami. Po zakończeniu tych prac Żydów tych rozstrzelano. Wiadomość o tym wydarzeniu przetrwała dzięki relacji naocznego świadka, a mianowicie Niemca mieszkańca Strzelna, komendanta ówczesnej straży pożarnej Otto Schultza (pochodził on ze Zbytowa). O zdarzeniu tym opowiadali również strażacy, Popielewski i Nowak, którzy relację z wyjazdu przekazali Gwidonowi Trzeckiemu ze Strzelna, obecnemu prezesowi ZKRPiBWP. Schultz, jak wspomniałem był w czasie okupacji komendantem Straży Pożarnej w Strzelnie i po zaalarmowaniu, iż za Cienciskiem w lesie Amerykan pali się, wyruszył z drużyną składającą się z Polaków do gaszenia pożaru. Jednakże przy lesie, z którego wydobywały się kłęby dymu, został zatrzymany przez esesmana i cofnięty z powrotem do miasta. Zanim to polecenie wykonał, wszedł na dach samochodu gaśniczego i zaobserwował z niego, kręcących się wokół potężnych ognisk, Żydów i pilnujących ich esesmanów. Z przerażeniem odjechał spod lasu Amerykan nakazując strażakom milczenie o wszystkim, co zdążyli zauważyć, skoro życie swe miłują. Jak wspomina prezes koła ZKRPiBWP w Strzelnie, Gwidon Trzecki, relację Niemca znał bezpośrednio od niego. Wiedział również, że Żydów, którzy wykonywali ekshumacje i palenie zwłok, po zakończeniu tych prac esesmani rozstrzelali.

2020 rok - odnowienie napisu i zamontowanie granitowej półki sumptem TMMS

W 1964 roku sumptem ówczesnej Gromadzkiej Rady Narodowej Strzelno Klasztorne, postawiono na miejscu straceń skromny pomnik. Przez kolejne lata, aż do 1974 roku patronat nad tym miejscem sprawowali uczniowie miejscowej Szkoły Podstawowej. Po jej likwidacji opiekę przejęli miejscowi druhowie z OSP. W 18 lat od wystawienia pomnika, w 1982 roku dokonano całkowitej przebudowy tego miejsca. Wówczas to ustawiono o wiele większy monument, wymurowany z kamienia polnego i wmontowaną w niego dużą, marmurową tablicą epitafijną. Pomnik zwieńczony został wyniesieniem na kształt piramidy wymurowanej z kostki granitowej, na której szczycie umieszczony został niewielki metalowy Krzyż. Otoczenie monumentu zostało wygrodzone metalowym płotkiem. Dojście do miejsca pamięci utwardzono i po obu stronach obsadzono choinkami.

Dość niezwykłe są dzieje samej tablicy, która pierwotnie znajdowała się na strzeleńskim cmentarzu ewangelickim, na grobie jednego z tutejszych Niemców. W latach 60. XX w. piękny marmur został skradziony z cmentarza i znalazł się u jednego z kamieniarzy w Gniewkowie. W wyniku śledztwa prowadzonego w całkowicie innej sprawie została ta marmurowa tablica znaleziona u kamieniarza i powróciła do Strzelna. Wówczas to przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej Antoni Wesołowski kazał tę tablicę zdeponować na posterunku Milicji Obywatelskiej, gdzie przeleżała do 1982 roku.  

Nowa tablica - styczeń 2023 roku

25 listopada 1982 roku w 43 rocznicę egzekucji dokonano uroczystego odsłonięcia pomnika. Udział w uroczystości wzięło kilkaset osób z Cienciska, Ostrowa, Strzelna. Wśród nich członkowie ZBoWiD, harcerze strzeleńskiego Hufca ZHP im. dra Jakuba Cieślewicza, poczty sztandarowe, młodzież szkolna, delegacje z zakładów pracy oraz inicjator budowy pomnika, przewodniczący byłego powiatowego i członek Wojewódzkiego Komitetu Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa Antoni Wesołowski. Wystąpił z okolicznym referatem przewodniczący Miejsko Gminnej Rady Narodowej Franciszek Rosiński, a następnie z rysem historycznym Antoni Wesołowski, który wspólnie z druhem Gwidonem Trzeckim - krewnym zamordowanego tutaj przez Niemców Władysława Trzeckiego - dokonał uroczystościowego odsłonięcia pomnika.

Foto: Archiwum Bloga i Heliodor Ruciński


środa, 11 stycznia 2023

Tajemnicze znalezisko w Gaju Wymysłowickim

W niedzielę za pośrednictwem Messengera otrzymałem informację o znalezisku, jakiego dokonała w Lesie Wymysłowickim, zwanym Lasem Kobylarz Weronika Drzewiecka. Pani Weronika poinformowała mnie o tym na co trafiła, podpierając owe znalezisko kilkoma zdjęciami. Napisała również, w którym miejscu ono się znajdują i jak tam trafić: - przy drodze z cmentarza w głąb lasu, po prawej stronie, pomiędzy zwalonym drzewem a amboną myśliwską…

Przeglądając powiększone zdjęcia, w części rozbitego granitowego krzyża łacińskiego - chrześcijańskiego, trafiłem na trzywierszowy napis na jego ramionach: - Selig sind, die reinen Herzens sind denn sie werden Gott schauen. Ev. Matth. 5. V 8. Końcowa sygnatura owego napisu wskazuje jednoznacznie na fragment Ewangelii według św. Mateusza, rozdział V werset 8, który w tłumaczeniu na j. polski brzmi: - Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Ewangelia św. Mateusza 5,8.

 

Odpisując, poinformowałem Panią Weronikę, że nazajutrz powiadomię odpowiednie służby o jej odkryciu, co też uczyniłem, informując już z rana samego burmistrza Dariusza Chudzińskiego. Tenże zaproponował mi, byśmy w południe udali się razem w to miejsce i odszukali owe artefakty. Nie było zbyt pogodnie, siąpił drobny deszczyk, a my hajda w las. Samochodem dojechaliśmy do cmentarz i udaliśmy się w głąb enklawy. Początkowo było trudno, ale na co mieliśmy opis i załączoną mapkę. Trafiliśmy pod ambonę myśliwską, a tam nic… Wróciliśmy pod cmentarz i obraliśmy drugą drogę. W międzyczasie przywołałem św. Antoniego, patrona rzeczy zagubionych…

- Jest zwalone drzewo - przytłumionym głosem zawołałem do Włodarza.

Zrobiliśmy kilkanaście kroków i moim starym oczom ukazał się z dala, pośród drzewami sterczący z ziemi granitowy cokół. Potwierdził widok Burmistrz. Podeszliśmy pod niego i zaczęliśmy go oglądać - ani ślady obicia ani stłuczenia.

- Ale gdzie krzyż, nigdzie go nie widać? - powiedziałem do siebie.

Burmistrz zaczął rozgarniać powój, mech, liście i nagle naszym oczom ukazał się szczelnie zamaskowany fragment krzyża, a na nieuszkodzonym jego ramieniu wyryty, wyżej cytowany trójwiersz. 

Towarzyszyło nam ogromne wrażenie, jakbyśmy trafili na jakiś skarb… Zmoczeni, gdyż cały czas siąpił deszcz, zaczęliśmy przywoływać nasze - sprzed lat - wyprawy do Lasu Kobylarz. Dziwiliśmy się, że nikt nie zwrócił nigdy uwagi na owe artefakty. Przecież zarówno leśnicy, jak i grzybiarze, czy myśliwi musieli je widzieć… Zaczęliśmy zadawać sobie pytania: - Dlaczego elementy krzyża znalazły się właśnie w tym miejscu? Kto je porzucił z dala od leśnego cmentarza ewangelickiego? Czy są to elementy bramy wjazdowej na cmentarz, czy już samego cmentarza?

W krótkich słowach podsumowaliśmy nasz poniedziałkowy wypad i wyznaczyliśmy - tutaj na miejscu - kierunek dalszych działań. Krzyż wróci na cmentarz, a jego usytuowanie omówimy w szerszym gronie…   

  

Ratując pamięć o dziedzictwie kulturowym byłych mieszkańców naszej gminy wyznania ewangelickiego tyczymy drogę dialogu ekumenicznego, a zachowując miejsca po nich, jak chociażby cmentarze, oddajemy hołd ludziom na tej ziemi onegdaj żyjących i tutaj pracujących. Łączy nas wszystkich Ewangelia, kapłańska Modlitwa Pana Jezusa - „aby wszyscy byli jedno“. Bóg chce, abyśmy nie tylko czytali słowo Boże, ale abyśmy nim żyli.

Cmentarz w Gaju Wymysłowickim, jesień 1939 roku. Krzyż jakby podobny na zbiorowej mogile rodziny Reichów...

Więcej o rodzinie Reichów znajdziecie pod linkami:

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2021/04/markowicka-tragedia-mistrz-polski-ewald.html

https://strzelnomojemiasto.blogspot.com/2021/05/unikatowe-zdjecia-dopenienie-historii.html

Czy godzi się przejść obok tego miejsca obojętnie? Jeszcze około 80 lat temu rosły na tym cmentarzu rzadkie odmiany drzew i krzewów, posadzone staraniem jego założycielki, matki Ulricha, której zapewne pomagał w skomponowaniu tego swoistego ogrodu pamięci przyjaciel rodziny kochający sztukę, Herr von Zedtwitz z Drezna, projektując urocze i piękne enklawy zieleni w Markowicach wokół pałacu i w Gaju Wymysłowickim.

 

Ulrich von Wilamowitz-Möellendorff, światowej sławy filolog klasyczny, który został na tym cmentarzu pochowany, tak wspominał ostatnią drogę swojej matki na ten cmentarz:

- „Pielęgnowałem ją w ostatnich miesiącach. Kiedy zmarła [26 czerwca 1874 r.] osobiście złożyłem jej ciało w trumnie wypełnionej tylko kwiatami i pąkami jej ukochanych róż. Nadzorowałem również prace związane z wybudowaniem grobowca w Waldkirchhof - na cmentarzu leśnym [w Gaju Wymysłowickim - Möllendorff], który zbudowała dla rodziny i miejscowych ewangelików. Już wcześniej wybrała na nim swoje miejsce spoczynku. Wikariusz katolicki z miejscowego kościoła odmówił bić w dzwony - bo zmarła była ewangeliczką. Wezwany do pałacu przybył na spotkanie, gdyż wydało mi się naturalne, że powinien uderzyć w dzwony. Odciągnąłem go na bok do ogrodu różanego i powiedziałem: „Jeśli nie zadzwonisz, uroczystość odbędzie się w dzień Piotra i Pawła rano” (główne święto diecezji), „a wówczas zobaczymy, dokąd idą twoi wierni, do ciebie czy do ich pani”. Te słowa zadecydowały - pozwolił dzwonić, jak chciałem. Orszak żałobny wypełnił całą drogę od Markowic do Gaju Wymysłowickiego“.


piątek, 6 stycznia 2023

10-lecie Orszaku Trzech Króli w Strzelnie


Odkąd święto Trzech Króli, znane jako Epiphania Domini - Święto Objawienia Pańskiego, ustanowiono dniem wolnym od pracy, po miastach i wsiach polskich zaczęły chodzić barwne orszaki przebierańców, na czele których kroczą królowie Kacper Melchior i Baltazar. W Strzelnie po raz pierwszy taki orszak zorganizowano 6 stycznia 2013 roku. Zatem w tym roku obchodzimy jego 10-lecie. Inicjatorem i organizatorem orszków był śp. ks. kan. Otton Szymków. Od tego czasu, corocznie o godz. 11:00 wyruszał orszak z bazyliki św. Trójcy i ulicami: Plac św. Wojciecha, Kościelna, Gimnazjalna, Powstania Wielkopolskiego, Świętego Ducha, Rynek, Kościelna, Plac św. Ducha przemierzył śródmieście i o godzinie 11:30 docierał do świątyni na uroczystą mszę św.

Ten, jak już możemy powiedzieć, zwyczaj zapoczątkowany został w Łodzi i Warszawie w 2009 roku. Wówczas po raz pierwszy kameralne jasełka przeniesiono w przestrzeń miejską organizując orszaki uliczne. Zatem, jest to coś nowego, coś co wyrasta z kultury chrześcijańskiej i coś, co posiada już swoją nazwę. Owo przedstawienie, jasełka miejskie to „Orszak Trzech Króli” – przedstawienie jasełkowe w przestrzeni miejskiej nawiązujące do nowotestamentowego złożenia darów przez mędrców-magów narodzonemu Dzieciątku Bożemu. Dopiero w IX wieko nadano im imiona Kacpra, Melchiora i Baltazara. Kacper przedstawiany jest jako ofiarujący mirrę czarnoskóry, Melchior - jako dający złoto biały Europejczyk i Baltazar - Azjata o żółtej skórze przynoszący do żłóbka kadzidło.

6 stycznia, jest świętem nakazanym, czyli katolik ma obowiązek tego dnia wziąć udział we mszy św. W ten dzień w kościołach święci się kadzidło i kredę. Kreda służy do oznaczania drzwi literami K+M+B. Obecnie mówi się, że to inicjały imion królów, dawniej były to odczytywane jako pierwsze litery łacińskiego zdania: Christus mansionem benedicat - Niech Chrystus mieszkanie błogosławi. A kadzidłem, czyli suszonymi ziołami i startą żywicą okadza się domy.

Święto Trzech Króli było dniem wolnym od pracy po raz ostatni w 1960 roku. Oficjalnej rangi pozbawił je Sejm PRL. Starania o przywrócenie dnia 6 stycznia jako ustawowo wolnego od pracy podjął w 2008 roku ówczesny prezydent miasta Łodzi Jerzy Kropiwnicki. Pod obywatelskim projektem ustawy w tej sprawie zebrano w całej Polsce ponad 1,5 miliona podpisów. W 2010 roku Sejm ustanowił 6 stycznia dniem wolnym od pracy. Podobnie jest w Niemczech, Austrii, Chorwacji, Grecji, Hiszpanii, Słowacji, Szwajcarii, Włoszech, Szwecji i Finlandii.

Ten stosunkowo nowy zwyczaj, z upływem lat wpisał się w stały kalendarz wydarzeń religijno-kulturalnych naszego miasta. Czerpiąc z praktyki innych miejscowości należałoby bardziej rozpowszechnić ów element święta Trzech Króli. Co jest do tego potrzebne? Ano zaangażowanie szkół, młodzieży, instytucji, a także ludzi starszych. W tym celu, wraz z rozpoczęciem roku szkolnego należy propagować na lekcjach religii piękny, zrodzony w przestrzeniach wielkomiejskich obrzęd Orszaku Trzech Króli. Należy napisać scenariusz, który wzbogaci przemarsz elementami jasełkowymi, zorganizować środki na przygotowanie strojów oraz dekoracji przestrzennych, a nadto uzmysłowić katolikom, że to święto, to nie dodatkowy dzień wolny od pracy, ale dzień, który trzeba choć w części poświęcić Bogu. By wszystko wyszło, organizować próby w grupach, którym scenariusz przypisuje konkretne role.

Wiem, że jest to proste do napisania, a do realizacji? - Wiem, że w strzeleńskich szkołach i instytucjach kultury z prężnymi dyrekcjami można byłoby podołać zadaniu rozbudowy Orszaku Trzech Króli o nowe elementy, stroje i dekoracje przestrzenne, a szczególnie o uczestnictwo młodzieży. Mniemam, że podobnie mogą uczynić organizacje pozarządowe oraz sami rodzice…

Foto.: Heliodor Ruciński


środa, 4 stycznia 2023

Śp. Maria Świdowska (1949-2022)

Wczoraj odprowadziliśmy na miejsce wiecznego spoczynku wieloletnią dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1 im. Jana Dałkowskiego oraz Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Jana Dałkowskiego w Strzelnie Marię Świdowską. W poczcie nauczycielstwa strzeleńskiego zapisała się jako znakomity pedagog, organizator i dyrektor placówek oświatowych oraz osoba wdrażająca w życie kilka reform oświatowych. Za Jej dyrektorowania została wybudowana hala sportowa z dwoma salami gimnastycznymi, zapleczem bibliotecznym i klasami, kompleks sportowy „Orlik“, termomodernizacja budynku szkolnego oraz jego kompleksowe remonty wewnętrzne.

Maria Świdowska podczas uroczystości poświęcenia tablicy pamiątkowej ciotki Haliny Gorlach - Honorowej Obywatelki Miasta Strzelna w 2006 roku

Maria Świdowska z domu Lipińska urodziła się 12 grudnia 1949 roku w Strzelnie w patriotycznej rodzinie Barbary i Mariana Lipińskich. Ojciec przeszedł gehennę niemieckich obozów zagłady: Szczeglin, Dachau i Mauthausen-Gusen. Podobnie jak ciotka Halina z Lipińskich Gorlach - nauczycielka, Honorowa Obywatelka Miasta Strzelna. Po maturze w Liceum Ogólnokształcącym Maria kontynuowała naukę w Studium Nauczycielskim w Bydgoszczy, a po jego ukończeniu w 1969 roku rozpoczęła pracę jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Wylatowie. W 1978 roku rozpoczęła pracę w SP 1 w Strzelnie i z tą szkołą związała się do czasu przejścia na emeryturę w 2018 roku. W międzyczasie - maj 1978 rok - ukończyła studia magisterskie w Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Zmarła 28 grudnia 2022 roku i spoczęła 3 stycznia 2023 roku w rodzinnej kwaterze, obok swojego męża Romana, rodziców i wujostwa - na starej strzeleńskiej nekropoli.

Kwesta cmentarna - darczyńca...

 Oddanie do użytku kompleksu Hali Sportowej w 2006 roku

Oddanie do użytku "Orlika" 2012 rok

Po mszy św. odprawionej w bazylice św. Trójcy i NMP w Strzelnie pożegnali śp. Marię najbliżsi - syn Radosław z małżonką Elżbietą, rodzeństwo zmarłej z bliskimi, liczna rodzina, przyjaciele, współpracownicy, znajomi, wychowankowie i mieszkańcy Strzelna. W tym licznym zgromadzeniu żałobników widoczna był duża grupa koleżeństwa śp. Marii - absolwenci strzeleńskiego LO z Jej klasy. Ceremonii pogrzebowej przewodniczył ks. Daniel Leszczyński, a duchowo łączył się z nim kuzyn zmarłej ks. kan. Jan Kasprowicz proboszcz bazyliki katedralnej w Gnieźnie. Celebrans odczytał list pożegnalny Przewodniczącego Episkopatu Polski i Metropolity Poznańskiego abp. Stanisława Gądeckiego, kolegi z ławy szkolnej śp. Marii (LO). W imieniu społeczności szkolnej zmarłą pożegnał Jej następca dyrektor Jarosław Kaniasty.

Dyr. Maria Świdowska z ks. kan. Ottonem Szymków

Szczególnie ciepło, serdecznie i przyjacielsko popłynęły słowa pożegnania z ust przyjaciela, wieloletniego wicedyrektora szkół, w których oboje pracowali i późniejszego dyrektora SP 1 Tadeusza Twarużka. Zacytuję je w całości, wykonując życzenie Zmarłej, która przechodząc na emeryturę powiedziała przyjaciołom: - Jak już kiedyś przyjdzie mnie tak naprawdę pożegnać, to proszę, byś ty Stasiu [Lewandowski] napisał, a ty Tadziu [Twarużek] odczytał nad trumną te słowa! A oto i one:

Szanowna, pogrążona w smutku Rodzino,

Drodzy Przyjaciele i Znajomi świętej pamięci Marii Świdowskiej,

Są mowy pogrzebowe, które wygłasza się z obowiązku, bo przyszedł czas pożegnać współpracownika, bo wypada przypomnieć czyjeś dokonania, czyjś życiorys, bo tak nakazuje tradycja, ale to, co chcę dzisiaj powiedzieć, to słowa płynące z serca, wypływające z potrzeby uczczenia kogoś wyjątkowego, człowieka dobrego, szczerego, wspaniałego.

Nadeszła chwila, której się nikt z nas się nie  spodziewał, choć mamy świadomość przemijalności ludzkiej natury, kruchości życia. Nastała chwila, która niesie cierpienie, ból, protest, że brakuje kogoś, kto wydawało się od zawsze był z nami, funkcjonował w naszej świadomości, wspierał, towarzyszył, pomagał. I oto stoimy nad grobem Marii, Maryni, dla przyjaciół – Myni 

Wielokroć przekomarzałem się z Marią, kto kogo będzie żegnał. Jednak nie spodziewałem się, że tak szybko ta chwila nadejdzie, że to już dziś będę musiał pochylić czoło nad mogiłą mojej przyjaciółki. Przyjaciółki, bo tak ją całe zawodowe życie traktowałem i taką pozostanie w mojej pamięci. Pracowaliśmy razem przez 35 lat. Wspólnie tworzyliśmy i zamykaliśmy szkoły, wspólnie wysłuchiwaliśmy problemów uczniów, rodziców, nauczycieli. Maria cały czas uczyła mnie, jak pochylać się nad problemami innych, jak dostrzegać potrzeby drugiego człowieka, szczególnie uczniów, których zawsze rozumiała, wspierała, doceniała. A teraz, niespodziewanie przychodzi mi się z tą mądrą i serdeczną koleżanką rozstać.

Zdajemy sobie sprawę, że w życie ludzkie wpisana jest śmierć. Oswajamy się z nią od dzieciństwa. Ileż to razy spotykaliśmy się już na tym cmentarzu? Pozornie wydaje nam się, że już ją rozumiemy. Wiemy, czemu przychodzi. Jednak taki dzień jak ten udowadnia, że to są tylko złudzenia, pozory. Tak właśnie stało się minionej środy, gdy to rano dotarła do nas wiadomość o śmierci Marii. Wówczas rodziło się niedowierzanie, zwątpienie w sens życia. Jak to, Maria nie żyje? Tak trudno uwierzyć w takie straszne słowa. Przecież jeszcze niedawno widywaliśmy się w murach szkolnych, spotykaliśmy się na ulicy, w sklepie. Jeszcze tak nie dawno rozmawialiśmy o planach na życie. Maria mówiła, jak dobrze być emerytem. Zawsze będę pamiętał błysk w oku Marii, gdy opowiadała o kolejnej wakacyjnej wyprawie do Chorwacji, nad ciepłe morze, które tak kochała. Wsiadała w samochód i ze swymi dziećmi spełniała swoje marzenie. Teraz to już tylko przeszłość. Okrutna śmierć to wszystko przerwała.

Wspaniała Koleżanko, zostawiłaś na świecie bardzo dużo załzawionych oczu. Wlałaś smutek w serca setek byłych uczniów, koleżanek i kolegów. Pogrążyłaś w rozpaczy nie tylko Radka i Elżbietę, ale także całą rzeszę ludzi, którzy Cię podziwiali i cenili. Została pustka po niezapomnianej pani dyrektor Marii Świdowskiej. Pracowaliśmy ze sobą wiele lat w szkole podstawowej, następnie gimnazjum. Przeżywaliśmy wspólnie smutki i radości. A teraz…

„Spadają gwiazdy i my padniemy, kwiaty więdną i my zwiędniemy

Ale te gwiazdy przecież świeciły i pięknym życiem te kwiaty żyły

A klejnot w grudzie zostanie.“

Mario, wierzymy, że tamten świat, w którym teraz przebywasz jest dla Ciebie łaskawy, że patrzysz teraz na nas z góry i widzisz tych wszystkich, którzy przyszli Cię pożegnać. Żyj więc tam w spokoju. Nasze łzy zapewne z czasem obeschną, jednak pamięć o Tobie nigdy nie wygaśnie w naszych sercach. 

Radku, Elżbieto mieliście wspaniałą mamę.

Drogie Koleżanki, szanowni Koledzy, straciliśmy mądrą i oddaną przyjaciółkę.

Ja utraciłem bliską memu sercu osobę.

Mario… Dziękuję, że byłaś z nami....